Kim jest twórca jednej z największych spółek warszawskiej giełdy? Dariusz Miłek z wykształcenia jest górnikiem, ale węgla nigdu nie fedrował. Chciał być profesjonalnym kolarzem, ale stan zdrowia nie pozwolił mu spełnić tego marzenia. Hart ducha sportowca pozwolił mu za to zarobić fortunę na handlu obuwiem i stać się miliarderem.

Wielu polskich krezusów dorobiło się nie tylko dzięki żyłce do interesów, ale pośrednio także za sprawą koneksji politycznych. Tymczasem Dariusz Miłek to człowiek, który praktycznie cały sukces zawdzięcza samemu sobie i pracownikom firm, które stworzył. Talent do handlu miał zawsze, a dzięki sportowemu paszportowi mógł dorobić za granicą jeszcze w czasach PRL. Na łamach “Gazety Wyborczej” Miłek opisywał, że gdy był kolarzem, potrafił wycofać się z wyścigu we Francji, żeby zarobić na sprzedaży garnków. Warto jednak podkreślić, że przez długi okres wydawało się, że to właśnie kolarstwo, a nie handel, stanie się przyszłością Miłka.

Wszystko zaczęło się, gdy miał trzynaście lat, kiedy zauważył drużynę kolarską, która rozpoczynała trening przed jego blokiem. Wspomina, że ruszył za nimi na swoim składaku i zdołał przejechać kilka kilometrów za kolarzami na profesjonalnych rowerach szosowych. Co prawda, zaliczył tego dnia wywrotkę, ale następnego dnia stawił się po raz kolejny na trening. Trener widząc jego determinację i znakomitą kondycję, zaproponował mu wstąpienie do sekcji kolarskiej Górnika Polkowice. Dostał od klubu rower z najwyższej półki – marki Jaguar. Na podobnych startowali Polacy w Wyścigu Pokoju. W pierwszym wyścigu, w jakim startował, zajął bardzo dobrą, 4 lokatę swoim przedziale wiekowym. W kolejnych latach odniósł wiele zwycięstw w różnych kategoriach wiekowych. Jako kolarz był typem sprintera, czyli umiał uciec konkurentom na ostatnich metrach wyścigu. Gorzej szło mu w górach i w jeździe na czas. Niestety świetnie zapowiadającego się sportowca trapiły kontuzje. Dwa razy złamał podstawę czaszki, 4 razy obojczyk. Gdy tylko zbliżał się do kolarskiego szczytu, sportowy pech zmuszał go do krótszych i dłuższych przerw w karierze. Z profesjonalnego uprawiania sportu zrezygnował w 1992 roku. Na koniec kariery udało mu się zdobyć tytuł wicemistrza Polski w kategorii seniorów. Sport pozwolił mu poznać świat, zwiedzić wiele krajów. Miłek wiedział, jak wygląda życie w państwach po drugiej stronie żelaznej kurtyny. To wszystko pomogło mu w kolejnych latach, gdy zaczął realizować się w biznesie.

W czasie transformacji, podobnie jak setki tysięcy innych polskich początkujących przedsiębiorców, sprzedawał towary na łóżku polowym na bazarze. Jego miejsce pracy mieściło się w Lubinie , w punkcie, gdzie wiele lat później postawił centrum handlowe. Sprzedawał wszystko, co ludzie chcieli kupić i do czego miał dostęp, między innymi elektronikę i chemię.

Przygoda Miłka ze sprzedażą butów rozpoczęła się – jak to często bywa w biznesie – zupełnie przypadkowo. Jeden z jego kontrahentów nie miał pieniędzy, więc zamiast gotówki przekazał Miłkowi rosyjskie buty. Okazało się, że ich sprzedanie i odzyskanie pieniędzy było bardzo łatwe. Kolejnych zakupów dokonywał u polskich hurtowników. Krokiem milowym w rozwoju firmy był zakup towaru od jednej z upadających fabryk butów. Sprzedał go ulicznym detalistom i tym sposobem stał się hurtownikiem.

W podjęciu decyzji o tym, czy wejść w branżę obuwniczą, pomógł Miłkowi także sąsiad. Jego opowieści wprowadziły przyszłego miliardera w arkana handlu obuwiem. Zdobyta od niego wiedza na temat wyboru gatunków i fasonów, a także możliwych rabatach była bardzo cenna dla początkującego w tej branży. Słuchając jego opowieści, Miłek zaczął liczyć, ile pieniędzy sąsiad jest w stanie zarobić na takich transakcjach. Według niego wyniki były na tyle dobre, że grzechem byłoby nie spróbować. W związku z tym udał się do fabryki polecanej przez sąsiada, aby zakupić towar. Na drugi dzień Miłkowi udało się sprzedać cały asortyment. W ten sposób zaprzestał handlu “czym tylko się dało” i skupił się na butach.

Biznes bardzo szybko nabrał dużych rozmiarów, a łóżko polowe Miłka zamieniło się w dziesięć stanowisk. Stwierdził wówczas, że jest to dobry moment, aby zacząć działać przede wszystkim jako hurtownik. W związku z tym przekazał funkcjonujące stanowiska rodzinie oraz znajomym, a sam postanowił zająć się zaopatrzeniem. Buty dostarczał nie tylko do zorganizowanych przez siebie punktów, ale także sprzedawał je innym przedsiębiorcom, którzy handlowali na bazarach. Ponieważ liczba klientów szybko rosła, wkrótce musiał zamawiać całe kontenery obuwia. To zaś przełożyło się na możliwość negocjacji korzystnych rabatów, a w konsekwencji na zwiększenie liczby odbiorów, których zachęcały atrakcyjne warunki cenowe. Można powiedzieć, że zaczął tu działać efekt skali.

Raj jednak nie trwał wiecznie. Już po pięciu latach okazało się, że rynek obuwniczy jest przesycony. Co za tym idzie, sprzedaż butów znacząco spadła. Oznaczało to problemy nie tylko dla handlarzy, ale także dla Miłka. Sprzedawcy detaliczni nie posiadali bowiem pieniędzy, aby zapłacić za obuwie dostarczane przez biznesmena, więc ten nie otrzymywał należności. Jedynym rozwiązaniem było odbieranie butów handlarzom, co zresztą i tak przynosiło spore straty. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że był to moment, w którym wyczerpał się dotychczasowy model biznesowy, bazary będą istnieć jeszcze wiele lat ale czasów świetności z początku lat 90. nigdy nie odzyskają. Klient stał się bardziej wybredny niż wcześniej i zaczął oczekiwać bardziej komfortowych warunków zakupów niż targ na wolnym powietrzu.

Pomimo trudności Miłek nie poddawał się. W 1996 roku wpadł na pomysł utworzenia Żółtej Stopy. Były to kiermasze obuwia umiejscowione w tanich lokalach, na przykład w świetlicach. Asortyment był stosunkowo niedrogi. Dodatkowo, by podkreślić wrażenie niskich cen, buty umieszczano luzem w wielkich koszach, a nie w pudełkach. Miłek twierdził, że to zwiększało sprzedaż, ponieważ klienci sądzili, że zostawiają na kiermaszu mniej pieniędzy, niż wydaliby w sklepie. Dziś ten sam zabieg stosuje chociażby Lidl.

Biznes bardzo szybko się rozwijał. W szczytowym momencie Żółta Stopa prowadziła pod swoim szyldem aż czterysta dwadzieścia kiermaszów. Po pewnym czasie jednak nawet kiermasze nie były w stanie sprostać wymaganiom polskiego rynku. Okazało się bowiem, że ten kanał sprzedaży najlepszy czas ma już za sobą. Zaistniała więc konieczność stworzenia nowej koncepcji, która byłaby w stanie przetrwać dłużej niż kilka sezonów. Wpisując ten moment w historię polskiego handlu, nadszedł czas, w którym system sprzedaży zaczął ewoluować ku wzorom zachodnioeuropejskim. Oznacza to rynek z dominującą rolą wielkich sieci detalicznych, skupionych w centrach handlowych. Wielką mądrością byłego kolarza było to, że potrafił zrozumieć ten fakt w odpowiedniej chwili.

Dalsza kariera Miłka to już dobrze dziś znana sieć sklepów obuwniczych, która w 1999 roku otrzymała nazwę CCC. Skąd taka nazwa? Slogan reklamowy głosił „Cena czyni cuda”. Miłek skupił się na masowym odbiorcy i buty sprzedawał w umiarkowanych cenach, co nie zawsze oznaczało dobrą jakość. Dzięki efektowi skali i bezpośredniemu zlecaniu produkcji na Dalekim Wschodzie firma Miłka wypracowała bardzo przyzwoite wyniki finansowe. Przykładowo w 2016 roku firma uzyskała 306 mln zysku, sprzedając produkty za ponad trzy miliardy złotych. Oznacza to 10% marży zysku. Jest to świetny wynik, z którym może się równać niewiele firm na świecie. Dla porównania: Adidas w ostatnich latach uzyskuje tylko cztero-, a Nike porównywalną z CCC jedenastoprocentową marżę.

Jak wygląda CCC w liczbach? W 2016 roku salony firmy odwiedziło 200 milionów osób, z czego 30 mln zdecydowało się na zakup oferowanych produktów. Firma prowadziła w tym czasie 1166 sklepów zlokalizowanych w krajach zarówno nowej, jak i starej Unii Europejskiej oraz kilku innych państwach. Od debiutu giełdowego w 2004 do 2016 roku akcje spółki podrożały o grubo ponad 2 tysiące procent. Co ciekawe w 2016 roku firma produkowała na masową skalę buty także w Polsce, konkretnie w Polkowicach. W 2016 roku wyprodukowano tam 3,6 mln par butów.

Dariusz Miłek stara się sprawdzać większość nowych lokalizacji osobiście. Uważa, że odpowiednie miejsce to klucz do sukcesu. Gdy dziesięć lat temu postanowił zbudować galerię handlową w niewielkim Lubinie, niewiele osób wierzyło w powodzenie tego przedsięwzięcia. Dziś to prawdziwie centrum regionu, odwiedzane przez 6 milionów ludzi rocznie i nagradzane prestiżowymi nagrodami. Co skłoniło go do otwarcia galerii w Lubinie? CCC ma już bardzo duży udział w polskim rynku obuwniczym, więc dalszy rozwój w dotychczasowym tempie jest już mało realny. Ekspansja zagraniczna jest znacznie trudniejsza, co pokazały niezbyt optymistyczne wyniki sklepów w Niemczech w 2018 roku.

Centrum handlowe było dla niego elementem dywersyfikacji biznesu. Bazar „Skorpion”, na miejscu którego powstała galeria Cuprum Arena jest dla Dariusza Miłka miejscem symbolicznym, ale biznesmen nie kierował się sentymentem. W Lubinie i okolicy liczni pracodawcy są powiązani z wydobyciem miedzi, dzięki czemu pensje należą tam do najwyższych w kraju. Galeria zaś znajduje się w samym centrum miasta. Na stronie Cuprum Arena można znaleźć informację, że jej przychody sukcesywnie rosną i w to w tempie 8% rocznie. Dopóki ceny miedzi będą wystarczająco wysokie, by pokryć koszty wydobycia surowca z coraz trudniej dostępnych złóż, dopóty KGHM będzie zarabiać a Miłek cieszył się sowitymi zyskami ze swojej dużej inwestycji w rodzinnym Lubinie.

Miłek wielokrotnie udowodnił, iż jest człowiekiem który wie, że rzeczywistość biznesowa się szybko zmienia i umie się do niej dostosować. Takim perspektywicznym posunięciem jest na pewno zakup w 2015 roku eobuwie.com.pl, czyli internetowej platformy dedykowanej sprzedaży butów. Według informacji z sierpnia tego roku, które ukazały się w “Pulsie Biznesu”, transakcja opiewała na prawie sto trzydzieści milionów złotych. Dzięki tej inwestycji CCC wkroczyło na rynek e-commerce. Ponadto firma pozyskała około ośmiu milionów aktywnych użytkowników, zwiększając pośrednio zbyt butów produkowanych przez CCC.

Na liście 100 najbogatszych Polaków według “Wprost” Miłek znajduje się od 2004 roku. Znalazł się wówczas na sześćdziesiątej pozycji z majątkiem rzędu dwustu pięćdziesięciu milionów złotych. Od tego momentu systematycznie pnie się na szczyt. W 2018 osiągnął 8 miejsce, mając w posiadaniu 4,3 miliarda złotych. Co więcej, ten rok był dla niego wyjątkowo szczęśliwy, ponieważ wówczas wartość jego majątku przekroczyła miliard dolarów. Dzięki temu “Forbes” umieścił go na globalnej liście miliarderów. Jest to bez wątpienia ogromne osiągnięcie. Co więcej, Miłek jest najmłodszym polskim biznesmenem, któremu udało się dostać do tego elitarnego grona.

Życie miliardera nie wygląda jednak jak bajka. Daleko mu do wiecznych wczasów pod palmami. Miłek zaczyna pracę codziennie o godzinie ósmej. Kończy ją zaś dopiero około dziewiętnastej, a więc po jedenastu godzinach. Pracuje więc znacznie dłużej niż przeciętny Kowalski. Ponadto większość czasu spędza w biurze. Twierdzi jednak, że taki styl życia jak najbardziej mu odpowiada.

Po powrocie do domu stara się jednak poświęcać czas dzieciom, a także żonie, której nie do końca odpowiada ilość czasu, jaką jej mąż spędza w pracy. Mimo wszystko biznesmen twierdzi, że jego partnerka przyzwyczaiła się do takiego stanu rzeczy.

Miłek przyznaje, że praca jest jego uzależnieniem. Nie obchodzi go to, co je. Nie ma również żadnego innego hobby poza kolarstwem. Kiedy jednak znajdzie czas dla siebie, nie robi po prostu nic, oddając się lenistwu. Dla Miłka istotne jest przede wszystkim to, co robi jako przedsiębiorca, a nie to, jaka kwota aktualnie znajduje się na jego koncie bankowym, więc stereotypowe życie miliardera zdecydowanie nie jest dla niego.

W jednym z wywiadów Miłek wspomina, że nie lubi długich wakacji. Optymalny odpoczynek trwa dla niego trzy lub cztery dni. Wspomina również o dłuższym wyjeździe na Wyspy Kanaryjskie, gdzie przebywał z żoną przez dwa tygodnie. Twierdzi, że cały ten okres spędził w budce telefonicznej, ponieważ były to czasy, w których telefony komórkowe należały do rzadkości. Stał tam całymi dniami i załatwiał interesy. Pilnował także tego, czy towar został odebrany, oraz sprawdzał, czy nie trzeba zamówić nowej partii. Pewnego dnia jakiś Niemiec zaczął się irytować tym, że Miłek zbyt długo okupuje budkę telefoniczną. Wówczas biznesmen wyszedł z budki i poprosił go w kilku żołnierskich słowach, aby ten nie przeszkadzał mu w robieniu interesów.

Miłek do dzisiaj pielęgnuje w sobie miłość do kolarstwa. Co roku przeznacza pół procenta przychodów CCC, aby wesprzeć profesjonalną grupę kolarską CCC Sprandi Polkowice. Miliarder traktuje inwestycje w sport jako swego rodzaju podatek na rzecz tego środowiska sportowego. Twierdzi, że jest to winien kolarstwu, ponieważ ono go wychowało. Dużą część wydatków na sport wraca jednak do firmy. W trakcie sezonu odbywa się mnóstwo kolarskich wyścigów, a wiele z nich jest transmitowanych przez stacje telewizyjne na całym świecie. Miłek twierdzi więc, że sponsorowanie kolarstwa to stosunkowo tania reklama. W 2017 grupa ta wystartowała między innymi w drugim najważniejszym wyścigu kolarskim na świecie – Giro d’italia. Przyszłość natomiast rysuje się w jeszcze jaśniejszych barwach. W 2018 CCC połączyło się z grupą kolarską BMC dzięki czemu zespół stał się członkiem kolarskiej ligi mistrzów i pomarańczowe koszulki z logiem CCC będzie można zobaczyć we wszystkich najważniejszych imprezach kolarskich na świecie, z Tour de France włącznie.

Jedną z kwestii najczęściej poruszanych odnośnie CCC jest niska jakość obuwia. Miłek z całą stanowczością twierdzi, że to nieprawda. Według niego buty są najczęściej reklamowanym produktem na świecie głównie z tego względu, że są niewłaściwie używane. Częściowo jest to logiczna argumentacja. Nie każde buty nadają się każdą pogodę, a przykładowo buty na obcasie nie są stworzone do wielokilometrowych marszów. Rozwijając ten temat, można wspomnieć o jednej z sieci sklepów sportowych, która na sprzedawanych przez nią butach potrafi napisać przykładowo ”do okazjonalnego użytku kilka razy w miesiącu. Czyli przy codziennym użytkowaniu mają prawo się zepsuć.

Ponadto biznesmen twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak słaba jakość, ponieważ wszystko jest zależne od tego, jaką kwotę klient jest gotowy zapłacić za dany produkt. Podkreśla, że nie ma takich butów, które kupione za pięćdziesiąt złotych mogłyby służyć przez trzy lata. Według niego, gdyby buty w CCC nie nadawały się do użytku, to konsumenci nie wracaliby do jego sklepów, a jego sieć nie notowałaby corocznego wzrostu sprzedaży. Miłek spekuluje także, że na jakość jego butów narzekają tylko ci, którzy chcą się wyżyć w Internecie. Tak mówi o tych osobach: “Klienci reklamujący u nas buty dzielą się na dwie grupy: część przychodzi, bo im się naprawdę popsuły, ale większość reklamuje je, kiedy kończy się sezon i chce je sobie wymienić na nowe. Wystarczy, że zaświeci wiosenne słońce, a ludzie zjawią się w sklepach z kozakami. Nie wiem, co oni myślą. Że prowadzę wypożyczalnię butów?”.

Choć gorycz Miłka jest jak najbardziej zrozumiała, to warto jednak zauważyć, że gdyby buty z CCC się nie psuły, to nikt nie miałby podstaw, aby pod koniec sezonu przyjść do sklepu z wyżej wspomnianymi kozakami. Z drugiej jednak strony na obiegowe opinie działa efekt skali. CCC jest jednym z największych detalistów w Polsce, więc liczba niezadowolonych z jakości osób, też będzie duża. Niestety nie dysponujemy informacjami, które pozwoliłyby porównać odsetek wadliwych produktów różnych marek obuwniczych.

Miłek, jako szef, jest bardzo wymagający. Uważa, że dobry menedżer to osoba, która nie spoufala się z podwładnymi. “Trzeba z ludzi wyciskać robotę, inaczej wszystko się posypie” – mówi. Jako przykład podaje zwolnienie ze stanowisk swoich kolegów, których poznał jeszcze w czasach kolarstwa. W CCC piastowali oni stanowiska dyrektorskie. Miłek nie miał jednak skrupułów, kiedy okazało się, że ich wyniki nie spełniają jego oczekiwań. Dla znajomych biznesmena taki obrót sprawy okazał się dużym zaskoczeniem, ponieważ dotychczas sądzili, że są nietykalni.

Zdziwienie wywołały także jego słowa dotyczące zakazu handlu w niedzielę. Według informacji z października 2016 roku, które ukazały się w “Na Temat”, miliarder miał powiedzieć: “Zwolnię trochę osób. Będę miał piętnaście procent oszczędności w firmie”. Oprócz zimnych kalkulacji jest to jednak także forma ironii. Miłek twierdzi bowiem, że zakaz handlu w niedzielę to nie jego problem, ponieważ ludzie i tak muszą kupić buty. Nie ma więc znaczenia to, czy zrobią to w niedzielę, czy inny dzień tygodnia. Nowa ustawa szkodzi więc nie jemu, a pracownikom, którzy stracili pracę. W tym jednak przypadku można polemizować z właścicielem CCC, bo słowa “muszą kupićnie odnoszą się do wszystkich. Szczególnie kobiety kupują buty, bo mają na to chęci i czas, a nie dlatego, że ich w danej chwili potrzebują. Zapewne Miłek o tym doskonale wie, gdyż dział męski w jego sklepach jest wielokrotnie mniejszy niż damski.

Kiedy pyta się Miłka o przyczynę jego sukcesu, wówczas odpowiada, że jest po prostu dobrym organizatorem. Nie wymyślił niczego nowego. Nie kryje się także z tym, że budując CCC, inspirował się Deichmannem,, czyli liderem branży obuwniczej na rynku europejskim, który stał się jego największym rywalem. Choć w Europie Zachodniej niemiecki konkurent nadal może pochwalić się największymi przychodami z działalności, to w Europie Środkowej panuje już CCC. Warto jednak podkreślić, że inwestycje Miłka to nie tylko pasmo sukcesów, są też problemy. Można wspomnieć tutaj o braku rentowności w 2018 roku sklepów CCC zlokalizowanych w Niemczech i Austrii. Podbój matecznika Deichmanna będzie dla niego trudnym wyzwaniem.

Dariusz Miłek jest bez wątpienia człowiekiem z nieco innej bajki niż większość polskich bogaczy. Po pierwsze jest o pokolenie od nich młodszy, po drugie wielkich pieniędzy nie dorobił, korzystając ze skomplikowanych czasów transformacji. Na początku lat 90. był tylko właścicielem stoiska na targu. Wielkich pieniędzy dorobił się sam i nie ma w jego życiorysie niejasnych powiązań politycznych. Nie były mu takie układy potrzebne, nie robił interesów z sektorem rządowym. Wygrał i stał się bogaczem, bo umiał zaspokoić oczekiwania milionów klientów, sprzedając produkty nieco drożej, niż je nabył.

Autorzy: Łukasz Tomys, Kinga Kosecka, Maciej Rajewski

Zdjęcie: https://pl.wikipedia.org/wiki/CCC_(przedsi%C4%99biorstwo)#/media/Plik:CCC,_Va%C5%88kovka,_Brno.jpg