Ciąg dalszy biografii Trumpa, ściśle powiązanej z amerykańskim rynkiem nieruchomości. Zajrzyj do pozostałych wpisów by zobaczyć wcześniejsze losy rodziny Trumpów. 

„Po ukończeniu studiów Donald mógł już pracować u ojca Freda na pełny etat. Robił to, co wcześniej, czyli zajmował się osiedlem Trump Village. Był to największy projekt Freda, a zarazem jedyny, który nazwał swoim nazwiskiem. Osiedle składało się z siedmiu dwudziestotrzypiętrowych bloków, w których poziom bezpieczeństwa, czystość, dbałość lokatorów o mieszkania i otoczenie pozostawiały wiele do życzenia. Klasa średnia opuszczała centrum Nowego Jorku, a do budownictwa wielorodzinnego stopniowo wkradała się bieda.

Wśród amerykańskich właścicieli nieruchomości przeważała opinia, że należy unikać osób czarnoskórych. Najlepiej nie wynajmować im mieszkań, ponieważ ich obecność w okolicy spowoduje spadek cen nieruchomości, a także ściągalności czynszów od wszystkich lokatorów. Afroamerykanie uważani byli za niesolidnych płatników. W celu przeciwdziałaniu dyskryminacji, w 1968 roku, czyli tydzień po zabójstwie Martina Luthera Kinga weszła w życie ustawa Fair Housing Act, zatwierdzona przez prezydenta Lyndona B. Johnsona. Była ona zwieńczeniem kampanii przeciwko dyskryminacji mieszkaniowej, która ruszyła po licznych zamieszkach i protestach czarnoskórej ludności. Pod koniec lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych narodziły się zjawiska, które dzisiaj nazwalibyśmy poprawnością polityczną i akcją afirmatywną. W ramach tzw. dyskryminacji pozytywnej osoby czarnoskóre miały ułatwiony wstęp na uczelnie wyższe, dostawały punkty za pochodzenie, aby zwiększyć udział tej ludności wśród amerykańskich elit. Dla Trumpów ustawa ta była niewygodna, a Donald walcząc z amerykańskimi władzami, musiał przejść pierwszą batalię o interesy rodzinnej firmy.

Na początku lat siedemdziesiątych czarnoskóra ludność stanowiła 25% populacji Brooklynu i 13% w Queens, natomiast w nieruchomościach Trumpów położonych w tych dzielnicach zaledwie 1,3% lokatorów, stanowili Afroamerykanie. W 1972 roku doszło do sytuacji, gdy małżeństwo mieszane próbowało osobno uzyskać mieszkanie w obiekcie Trumpa. W pierwszej kolejności lokal próbował wynająć czarnoskóry mężczyzna, któremu odmówiono, a następnie zgłosiła się tam jego biała żona, której się powiodło. Oburzeni małżonkowie szybko zgłosili ten problemem władzom. Donald Trump zdążył się już wówczas zaprzyjaźnić z Royem Cohnem, prawnikiem budzącym kontrowersje, który oficjalnie walczył z ruchem LGBT w Stanach Zjednoczonych, mimo że sam był homoseksualistą. Wcześniej należał do komisji McCarthy’ego, która zajmowała się “polowaniem na czarownice”, czyli poszukiwaniem w Stanach osób o sympatiach lewicowych, które mogły współpracować z radzieckim wywiadem. Oczywiście mnóstwo niewinnych osób padło ofiarą tej nagonki, choć z drugiej strony, gdy w latach dziewięćdziesiątych odtajniono archiwa KGB w Moskwie, okazało się, że część oskarżanych osób rzeczywiście współpracowała z Rosjanami. Trump częściowo przyswoił sobie metody działania Roya Cohna. Ten ostatni w sprawach prawnych często stosował atak, zamiast biernie się bronić. Tak też było w przypadku oskarżenia o dyskryminację Afroamerykanów. Gdy w związku z tym Departament Sprawiedliwości wytoczył w sprawę Trumpom, Donald i Roy nie ograniczyli się do obrony. W styczniu 1974 roku podczas konferencji prasowej w hotelu Hilton Trump wraz z Cohnem zaatakowali urząd. Donald stwierdził: „Ani ja, ani nikt z mojej organizacji według mojej najlepszej wiedzy nigdy nikogo nie dyskryminował”. Warto zwrócić uwagę, że Trump posłużył się sformułowaniem, którego nie powstydziłby się doświadczony prawnik lub polityk. Mówiąc o „najlepszej wiedzy” zostawił sobie otwartą furtkę na okoliczność pojawienia się nowych faktów lub dowodów. Twierdził też, że nie dochodziło do dyskryminacji ze względu na kolor skóry, a przyczyną odmów była niechęć do przyjmowania osób żyjących z zasiłków. Wśród ludności czarnoskórej odsetek otrzymujących zasiłki był znacznie wyższy niż w przypadku ludzi białych. Ten argument został użyty przez Trumpa, aby usprawiedliwić nadreprezentację białych w jego osiedlach. Twierdził też, że nie zgadza się, aby zmuszać go do przyjmowania ludzi żyjących z pomocy społecznej, którzy później będą przynosić straty jego inwestycjom. Z domniemanego rasisty stawał się ciemiężonym przedsiębiorcą. Co więcej, zaatakował Departament Sprawiedliwości, twierdząc, że na skutek nieprawdziwych oskarżeń poniósł dodatkowe straty wizerunkowe i materialne. Zażądał w związku z tym odszkodowania w wysokości 100 milionów dolarów. Kwota była jak na tamte czasy zawrotna i niewspółmierna do ewentualnie poniesionych strat wizerunkowych. Przypomnijmy, że cały majątek Freda Trumpa wynosił wtedy 100 milionów dolarów. Jest to kolejny przykład “thinking big” w wydaniu Trumpa i budowania wizerunku potężnego przedsiębiorcy, którym jeszcze wtedy nie był.

Ostatecznie Donald Trump nie zyskał zbyt wiele na procesowaniu się z Departamentem Sprawiedliwości. Uważał jednak, iż przyjął słuszną strategię, i że w ten sposób buduje sobie reputację kogoś, kto walczy, z kim lepiej nie zadzierać, bo odpiera ataki. Twierdził również, że na dłuższą metę jest to opłacalne podejście i warto ten wysiłek podejmować. Ostatecznie Trumpowie musieli wyrazić zgodę na publikację w prasie na własny koszt olbrzymich, zajmujących całą stronę, ogłoszeń, w których zapewniali, że osoby czarnoskóre są mile widziane w ich obiektach oraz nie będą miały problemów z wynajęciem mieszkania. Co więcej, zostali zobowiązani, aby zgodzić się na kilkuletni nadzór ze strony urzędników i udostępnić im wszelką prowadzoną dokumentację. Urzędnicy mieli czuwać, czy na pewno realizowane są postanowienia ugody, a w obiektach Trumpów nie dochodzi do dyskryminacji.”

Autor: Łukasz Tomys