Jerzy Malek jako biznesmen jest prawdopodobnie lepiej znany w Norwegii niż nad Wisłą. 66-letni przedsiębiorca z fortuną szacowaną na 500 mln złotych to jeden z najbogatszych Polaków, ale w przeciwieństwie do Józefa Wojciechowskiego nie obnosi się ze swoim majątkiem.

Pochodzi ze Szczecina, gdzie zdobył zawód elektryka automatyka, a później zdecydował się na podjęcie studiów na politechnice. Edukacja nie była jednak jego priorytetem, ciągnęło go w świat. Dzięki pomocy ze strony matki udało mu się kupić bilet do Kanady. Podróż odbył drogą morską na pokładzie statku Batory. Dla wielu obywateli Polski Ludowej rejs tym wycieczkowcem był sposobem na ucieczkę za “żelazną kurtynę”. Dzięki tej podróży udało mu się poznać świat tak odmienny od siermiężnej rzeczywistości PRL-u lat 70. Poznał język, pracował i chciał pozostać w kraju klonowego liścia dłużej, lecz niestety nie dostał pozwolenia na pobyt i po roku powrócił do kraju. Jego wyjazd został potraktowany jako ucieczka i w ramach kary musiał powtarzać rok na uczelni, na której chciał wznowić edukację. Nie przystał jednak na takie warunki. Postanowił zająć się działalnością gospodarczą w branży instalatorstwa elektrycznego. Nie czuł się jednak dobrze w ojczyźnie, pragnął wyjechać po raz kolejny, lecz długi czas jego prośby o wydanie paszportu były odrzucane. Dopiero pod koniec 1980 roku otrzymał upragniony dokument. Oficjalnie miał udać się na wycieczkę do Turcji, w rzeczywistości wybrał się do Austrii, gdzie w australijskim konsulacie załatwił wizę wjazdową do tego kraju. Życie na antypodach rozpoczął od tego, na czym znał się najlepiej, czyli od instalatorstwa. Później próbował swoich sił jako właściciel pieczarkarni. Rozwój tego biznesu zablokowały banki, które nie przyznały mu wsparcia kredytowego, co argumentowały tym, że nie ma w tej branży wystarczających kompetencji. Sprzedał więc pieczarkarnie i zainwestował w bary szybkiej obsługi w centrach handlowych. Udało mu się trafić w gusta Australijczyków. Świetnym posunięciem było zaoferowanie klientom całych sztuk mięsa np. szynek i udźców. Decyzję o powrocie do kraju podjął po urlopie spędzonym w Polsce w 1990 roku.

Nie od razu jednak odnosi sukces, kilka prób rozkręcenia biznesu nad Wisłą kończy się niepowodzeniem. Myślał nawet o powrocie do Australii, nie zrobił tego tylko ze względu na ciężką chorobę żony.

Dopiero w 1996 roku pojawia się okazja do zainwestowania Ustce, w zakład branży przetwórstwa rybnego Milarex, na bazie którego powstała później jego najbardziej znana inwestycja firma – Morpol. Głównym powodem, dla którego wybrał tę ścieżkę biznesową, były zwolnienia podatkowe, które mu zaoferowano. Nie bez znaczenia mogło też być doświadczenie życiowe Malka, który podczas pobytów za granicą widział, że poza granicami Polski spożycie ryb jest znacząco wyższe niż w naszym kraju. Dzięki temu dostrzegł więc potencjał w polskim rynku.

Początkowo w zakładach produkowano głównie konserwy z wątróbek dorszowych i ikry. W 1998 roku rozpoczęto przetwórstwo wędzonego łososia, które do dziś stanowi podstawową działalność firmy. W kolejnych latach, aby uniezależnić się od dostawców surowca, rozpoczęto inwestycje w hodowlę tej szlachetnej ryby. Kupiono między innymi 3 farmy na Morzu Północnym.

Ważnym momentem było przejęcie w 2007 roku niemieckiej firmy Laschinger. Dzięki temu sprytnemu posunięciu Morpol zdobył zagraniczną markę i łatwy dostęp do zachodnioeuropejskich sieci dystrybucji. Wzorując się tym sukcesie, przejmowano w późniejszym czasie mniejsze firmy przetwórcze ze Szkocji i Norwegii. Rola przejętych wówczas przedsiębiorstw była ograniczana do działalności handlowej. Podobny schemat biznesowy zastosowano także w Japonii, w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii i Francji.

Firma szybko się rozrastała, lecz większość polskich inwestorów giełdowych dowiedziało się o niej dopiero w 2010 roku. To właśnie wtedy Morpol zadebiutował na parkiecie, tyle że nie na GPW lecz w Norwegii.

Dzięki wejściu na norweską giełdę w 2010 roku firma otrzymała potężny zastrzyk gotówki z emisji akcji. Pozyskane w ten sposób 800 mln zł przeznaczono na powiększenie zakładów i farm łososia.

Jerzy Malek nie jest typem prezesa, który – siedząc w swym gabinecie – czyta raporty i wysłuchuje sprawozdań podległych sobie dyrektorów. W Morpolu poznał proces produkcyjny tak dokładnie, że osobiście wymyślił i wprowadził rozwiązania w zakresie procesu rozbierania ryby oraz wędzenia, co dało mniejsze straty surowca oraz lepszą jakość wyrobu gotowego. Nie lubi dawać wolnej ręki podwładnym. Znany był z tego, że wszystko w Morpolu robił sam. Każda, nawet najmniej istotna decyzja w firmie była podejmowana przez niego osobiście. Przykładowo samemu odpowiadał za wystrój wnętrz. Jak widać w biznesie nie ma żelaznych reguł i nawet osoba mająca problem z delegowaniem jest w stanie odnieść sukces. Wiele zależy od rodzaju branży. W przypadku produkcji sprawdził się styl Malka. Często przychodził do hali produkcyjnej i rozmawiał z pracownikami. Sprawdzał też, jak przebiega produkcja i starał się ją udoskonalić. Nadawał firmie kierunek rozwoju. Nie obawiał się wprowadzania nowych strategii i podejmowania kontrowersyjnych decyzji.

Biorąc pod uwagę, z jakim zaangażowaniem kierował firmą, dziwić może jego decyzja o sprzedaży przedsiębiorstwa w 2012 roku. Spółka była wtedy – dzięki wcześniejszym przejęciom – jednym z liderów branży rybnej. Jej działalność obejmowała całościowy proces gospodarczy od hodowli ryb na morskich farmach, poprzez przetwórstwo, a na dystrybucji kończąc. Morpol został sprzedany koncernowi Marine Harvest. Przez wiele lat firma ta była nie tylko konkurentem firmy Malka, ale także w niektórych aspektach jej partnerem biznesowym. “Polski król łososia” nie wycofał się jednak z tego biznesu całkowicie. Połowę kwoty transakcji, czyli 260 mln zł, otrzymał – co prawda – w gotówce, a reszta została przekazana mu w postaci akcji Marine Harvest.. Tym samym dołączył do akcjonariuszy spółki, która przejęła Morpol.

W wyniku sprzedaży Morpol stał się częścią międzynarodowego giganta, który pod koniec 2017 roku wyceniany był na 71 mld koron, czyli blisko 9 mld dolarów. Dzięki temu wszedł w posiadanie nowych biur sprzedaży i jeszcze większej sieci dystrybucji. Otrzymał też pieniądze na kolejne inwestycje, dzięki którym może cały czas unowocześniać zakłady. Największą przewagą Marine Harvest nad konkurencją jest wytwarzanie własnej karmy dla łososi. Wcześniej rynek ten zdominowany był przez jej dwóch producentów. Dzięki własnej karmie Morpol i Marine Harvest mają bezpośredni wpływ na jakość hodowanych ryb oraz mogą ograniczyć koszty.

Przed przyłączeniem firma Malka prowadziła farmy łososia, zakłady produkcyjne i centra dystrybucji. Obecnie jest częścią większej struktury o klarownym podziale na hodowlę, przetwórstwo i sprzedaż. Można powiedzieć, że Morpol wrócił do swoich korzeni. Stał się częścią oddziału o nazwie Marine Harvest Consumer Products , który zajmuje się przetwórstwem ryb.

W 2017 roku w Morpolu pracowało ponad 4 tysiące osób w blisko 10 krajach, z czego zdecydowana większość była zatrudniona w Polsce. Firma ta jest obecnie największym pracodawcą na Pomorzu. Przetwarza blisko 80 tysięcy ton łososia rocznie, co stanowi aż 1/10 rynku europejskiego.

Powróćmy do Jerzego Malka. Po jego rezygnacji z fotela prezesa w Morpolu spekulowano, że nie pozostanie on długo poza branżą rybną. Co prawda, do roku 2016 biznesmena obowiązywał zakaz konkurencji, jednak wkrótce po wygaśnięciu tego zobowiązania Malek rozpoczął kolejny łososiowy biznes. Nowa firma z siedzibą w Słupsku została nazwana Milarex. Tym razem jednak biznesmen nie zdecydował się na samodzielne długookresowe rozwijanie przedsiębiorstwa. Według jego słów już w momencie założenia wiedział, że spółka zostanie przeznaczona na sprzedaż. Na kupca wybrał norweski fundusz inwestycyjny Summa Equity. Przejął on 75% udziałów, wartości transakcji nie ujawniono. Według oficjalnego oświadczenia celem funduszu jest to, aby Milarex stał się największą firmą zajmującą się przetwórstwem łososia. Mocarstwowe plany nowych właścicieli są o tyle realne, ponieważ dysponują oni sumą 470 mln przeznaczonych na inwestycje. Malek nie chciał komentować deklaracji nowego właściciela. Stwierdził, że skoro ludzie z funduszu tak twierdzą, to pewnie tak będzie. Warto podkreślić, że Milarex stał się rzeczywistym zagrożeniem dla Marine Harvest, który obecnie nosi miano największego przetwórcy łososia na świecie. Sam Malek po sprzedaży drugiej firmy rybnej zrezygnował z funkcji prezesa, ale nadal pozostał w jej władzach i pomaga w prowadzeniu spółki.

Jerzy Malek unika rozgłosu i sławy. Nie pojawia się w mediach, rzadko też decyduje się na rozmowy z dziennikarzami. Nie posiada luksusowych nieruchomości czy jachtu, na którym mógłby spędzić emeryturę. Może dlatego, że na emeryturę z uwagi na jego pracowitość się nie wybiera.

Obecnie, czyli w 2018 roku, zaangażował się w inwestycje deweloperskie. Na postoczniowych terenach w Ustce chce postawić kompleks apartamentowców. Część gruntów ma być ponadto sprzedana pod inwestycje komercyjne.

Jest to już jego drugie podejście do projektów deweloperskich w tym mieście. Pierwsza próba zakończyła się fiaskiem. W 2007 roku biznesmen kupił od miasta działkę za sześć milionów złotych. Wkrótce jednak okazało się, że nabyty przez niego teren musi pozostać ogólnodostępny. Co za tym idzie – Malek nie mógł zrealizować swoich planów budowlanych.

Biznesmen uznał, że wprowadzono go w błąd. Miasto bowiem nie poinformowało go o ograniczeniach nabywanej przez niego działki. W związku z tym wytoczył Ustce proces. W pierwszej instancji przegrał, jednak wniósł apelację do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ten przyznał mu rację. Wyrok zapadł w 2014 roku i nakazywał zwrócenie przez miasto pieniędzy za zakupione tereny wraz z odsetkami, które wyniosły aż pięć milionów złotych. Malek w reakcji na orzeczenie sądowe stwierdził, że te pieniądze nie są mu do niczego potrzebne i chętnie przekaże do budżetu miasta w formie darowizny wspomnianą kwotę odsetek. Postawił jednak jeden warunek. Mianowicie burmistrz Ustki musi w zamian ustąpić ze stanowiska. Biznesmen stwierdził bowiem, że to właśnie jego błędy doprowadziły do sytuacji, w której miasto ponosi stratę w wysokości piętnastu procent jego rocznego budżetu. Burmistrz Jan Olech w tej sytuacji, kierując się dobrem miasta, zrezygnował ze stanowiska.

Choć Malek niewątpliwie ma szczęście w biznesie, to nie można powiedzieć tego samego o doborze współpracowników. Portal Gp24.pl donosi, że w październiku 2017 roku zakończyło się postępowanie w sprawie szkód, jakie spółkom Malka wyrządził Tomasz S. Był on zaufanym doradcą biznesmena, jego prawą ręką. W związku z tym miał niemalże nieograniczony dostęp do dokumentów jego spółek. Nie dość, że zarabiał miesięcznie piętnaście tysięcy złotych, to w dodatku Malek podarował mu udziały w przedsiębiorstwie. Były one wówczas warte dziesięć milionów złotych. Dlaczego więc obaj panowie znaleźli się w sądzie?

Wysoka pensja, wart miliony pakiet akcji były niewystarczające dla Tomasza S. Wykorzystując swoją pozycję w spółce, postanowił zawłaszczyć część jej gotówki. Za pomocą różnych transakcji wyprowadzał z firmy po 200 tys. zł. Liczył zapewne na to, że nikt się nie zorientuje. Było to zresztą dosyć prawdopodobne, ponieważ firma wykonywała setki przeróżnych operacji. Ostatecznie jednak księgowe zaczęły śledzić dziwne transakcje i zorientowały się, że w spółce brakuje pieniędzy. Tomasz S. zdążył jednak wyprowadzić aż półtora miliona euro. Na skutek nieuczciwych działań prawej ręki Malka, jego spółki straciły dziewięć milionów złotych.

Sąd uznał winę Tomasza S. oraz skazał go na pięć lat pozbawienia wolności. Ponadto musiał zapłacić sto tysięcy złotych grzywny oraz naprawić szkody, które poniosły przez niego spółki Malka.

Szukając przyczyn sukcesu Malka, na pewno trzeba podkreślić jego pracowitość i inteligencję. Co więcej, rozkręcenie biznesu w dalekiej Australii przez imigranta z komunistycznej Polski jest bez wątpienia powodem do dumy. Natomiast sukces w branży rybnej wynika głównie z tego, że połączył umiejętności biznesowe z korzystnym otoczeniem makroekonomicznym. Przetwórstwo ryb jest branżą bardzo pracochłonną. Malek zaś inwestycję zlokalizował w Ustce, czyli na Pomorzu Środkowym, regionie, gdzie pensje są stosunkowo niskie. Dzięki temu mógł być konkurencyjny cenowo w walce z zachodnimi konkurentami.

Aż trudno uwierzyć w to, jak bardzo Malek jest skromny. O tym, że znalazł się na liście najbogatszych Polaków “Forbesa” dowiedział się od jednego ze znajomych. Tak wypowiada się na ten temat: “Szczerze powiedziawszy, niespecjalnie się ucieszyłem. Wolałbym w ogólę na niej nie figurować. Nie lubię takiego hałasu. Zresztą nie tylko ja, bo jak to mówią, pieniądz lubi ciszę”.

Autorzy: Maciej Rajewski, Kinga Kosecka, Łukasz Tomys

 

 

Zdjęcie: Pexels