Steve Wozniak słynął z kreatywności i odrobiny szaleństwa. Najlepszym zobrazowaniem może być tutaj jeden z jego dowcipów.  Pokazuje on nieco dziecinną, a zarazem lekko  psychopatyczną naturę Steve’a Wozniaka. Był to kawał z zagłuszaczem TV. Sprzęt pozwalał  na wywoływanie szumów w telewizorze za pomocą ustawienia właściwej częstotliwości poprzez kręcenie gałką. Składał się między innymi z tranzystora, kilku oporników, cewki nadającej sygnał oraz z kondensatora.

Wozniak tak opisał cały proces budowy urządzenia w książce “iWoz”: „Zwinąłem ręcznie cewkę z jakiegoś grubego drutu, który miałem, przylutowałem mały zaczep w połowie jednego z trzech zwojów i włożyłem tam kondensator. Całość była tak niewielka jak mój mały palec, po prostu malutka”. Aby plan się nie wydał, Woz zamontował zagłuszać… w obudowie dziewięciowoltowej baterii.

Pierwszymi ofiarami żartu stali się lokatorzy akademika, w którym mieszkał Steve. Plan powiódł się od razu – w sekundę ekrany telewizorów zgasły. Kolejnego razu po użyciu przez Steve’a zagłuszacza ktoś oglądający telewizor postanowili uderzyć w odbiornik. Ku  zdziwieniu wszystkich  okazało się to skuteczne, a na ekranie znów pojawił się obraz. Wozniakowi się to spodobało i urozmaiciło jego żart. Oglądający bowiem myśleli, że w momencie, gdy ekran gaśnie należy wstać i uderzyć w niego z całej siły.

 

Wozniak powtarzał swój żart przez kolejne tygodnie, dzień w dzień. Uwielbiał w pełni kontrolować sytuację. Zachowywał się niczym dziecko, któremu dano do ręki zabawki, i który może zrobić z nimi, co tylko chce. Wydaje się, że czerpał przyjemność z tego typu wygłupów i bycia złośliwym względem swoich znajomych. W pewnym sensie podobało mu się to, że może manipulować ich zachowaniem. Zdawał sobie sprawę z tego, że ma nad nimi przewagę  a zabawa wydawała się nie mieć końća. Zdarzały się przy tym sytuacje, gdy doprowadzał oglądających do białej gorączki. W rozmowie z reporterami „Newsweeka” wspomniał nawet kiedyś, że bał się najbardziej tego, iż wyjdzie na jaw, że to on stoi za tym żartem. „Gdyby się zorientowali, pewnie skończyłbym w szpitalu” – przyznał z uśmiechem.

 

Pewnego razu zrealizował swój dowcip na zajęciach z informatyki. Ukrył zagłuszacz w mazaku i postanowił zakłócić wykład jednego z profesorów. Znów mu się udało. Mimo stopniowego przesuwania granicy nigdy nie złapano Woza za rękę, a jego znajomi z akademika byli pewni, że za brakiem sygnału i ciągłymi problemami z telewizorem stoi na przykład uszkodzona antena lub pogarszająca się pogoda za oknem.