Geniusz, inżynier serbskiego pochodzenia, którego kariera naukowa nabrała tempa dopiero w Ameryce. Jeden z pionierów szerszego wykorzystywania elektryczności. Największy konkurent Thomasa Edisona, z którym toczył wieloletnie batalie. Według Tesli to właśnie prąd zmienny, a nie prąd stały, za którym opowiadał się Edison, stanowił przyszłość nauki. Nikola Tesla ponad 100 lat temu stworzył wiele przełomowych wynalazków, które zmieniły świat.

Genialny Serb był współautorem projektu budowy słynnej elektrowni na wodospadzie Niagara, a metody pozyskiwania energii poprzez spalanie węgla i ropy już 100 lat temu ochrzcił mianem “barbarzyńskich” i w pełni pojmował ich ograniczenia. Jakże by się rozczarował widząc współczesny świat, który nadal w tak wielkim stopniu korzysta z niszczących środowisko, brudnych paliw kopalnych. Na ponury żart historii zakrawa fakt, że w XXI wieku aby zasilić komputery, lub dostarczyć prąd do oświetlenia laboratorium, w którym prowadzi się badania genetyczne, nadal spalamy gaz i węgiel, zupełnie jakbyśmy żyli pod koniec XIX wieku, gdy na ulicach Londynu czy Paryża prym wiódł transport konny. Na ponad pięć dekad zanim na agendzie stanęła kwestia niszczącego wpływu człowieka na środowisko Tesla zdawał sobie sprawę, że rozwiązanie problemów energetycznych jest kluczem dla dalszej egzystencji i rozwoju naszej cywilizacji. W świetle dokonań i poglądów genialnego Serba nie dziwi fakt, że to właśnie jego nazwiskiem ochrzczono produkowane obecnie przez Elona Muska samochody elektryczne. Obu mężczyzn łączy zresztą coś więcej niż tylko umiłowanie technologii. Podobnie jak przedsiębiorca z Doliny Krzemowej, Tesla miał fenomenalną wyobraźnię obrazową. Możemy ich pod tym względem porównać do słynącego z eksperymentów myślowych Alberta Einsteina. Dla całej trójki nie stanowiło problemu wyobrażenie sobie w formie obrazu największej nawet abstrakcji. Jak opisuje to sam Tesla: “słowa, które w trakcie rozmów wypowiadali moi rozmówcy, natychmiast pojawiały się przed moimi oczami jako przedmioty. Czasem nie byłem nawet w stanie rozpoznać, czy to, co widziałem, naprawdę miało miejsce”. Tesla wielokrotnie był w stanie ujrzeć swoje wynalazki i przekonać się o ich możliwościach jeszcze zanim powstały! Wiele uwagi poświęcał wglądowi w siebie, introspekcji i podobnie jak Einstein starał się dociec jaka była geneza powstania genialnych pomysłów, istotnych dla rozwoju nauki i techniki. Pisał: “Instynkt przekracza wiedzę. Z pewnością mamy w naszych głowach jakieś drobne połączenia, które pozwalają dostrzegać prawdę tam, gdzie zawodzi logiczna dedukcja lub inny, umysłowy wysiłek”. Dla porównania o pokolenie młodszy od niego Albert Einstein stwierdził: “Pomysł nie jest wytworem logicznego myślenia, nawet jeśli produkt końcowy związany jest z jakąś strukturą logiczną.” Pierwszy tworzył w swej niezwykłej wyobraźni genialne wynalazki, które po zbudowaniu działały dokładnie tak jak przewidział ich twórca, drugi formułował hipotezy naukowe, które następnie potwierdzano eksperymentalnie. Obydwaj byli świadomi zagrożeń wynikających z rozszczepienia atomu i wykorzystania tak powstałej energii do celów wojskowych przed czym Tesla wspomina w ostatnim rozdziale tekstu.

Błyskotliwe wnioski Nicoli Tesli odnosiły się nie tylko do świata techniki. Spisując swoje przemyślenia w 1919 roku trafnie przewidział zgubne skutki prohibicji wprowadzanej w USA w tym czasie. Komentując narastającą kampanię antyalkoholową stwierdził: “najbardziej aktywni z reformatorów powinni również pamiętać o wiecznej przewrotności ludzkości. Według społeczeństwa lepszy jest leseferyzm (czyli wolność człowieka w wymiarze społecznym i ekonomicznym) niż wymuszona kontrola ze strony państwa”. Przyszłość pokazała, że nasz bohater i tym razem miał rację. Natura ludzka się nie zmieniła, za to rozkwitły organizacje przestępcze dostarczające zakazany alkohol na czarny rynek.

Rzadko mamy możliwość wglądu do umysłów wybitnych ludzi. Nie każdy bowiem decyduje się na napisanie autobiografii. W tym przypadku na szczęście stało się inaczej. W serii artykułów przeznaczonych dla początkujących pasjonatów technologii, które ujrzały światło dzienne na łamach czasopisma „Electrical Experimenter” w 1919 roku, a które poniżej prezentujemy, serbski konstruktor pozwala dosłownie wejść w swój umysł – pozostawił po sobie rodzaj pamiętnika, w którym skrupulatnie i dokładnie opisuje uczucia i doznania, które towarzyszyły mu w najważniejszych momentach życia. Nie obyło się jednak bez łyżki dziegciu w beczce miodu. Tesla – jak na geniusza przystało – w swoich pracach posługuje się dosyć skomplikowanym językiem, nieustannie zmienia wątki, przez co chwilami naprawdę trudno za nim nadążyć. Co gorsza, jego publikacje są krótkie, co wiąże się pominięciem wielu istotnych zagadnień, nie tworzą zatem spójnej biografii w klasycznym tego słowa znaczeniu, lecz raczej luźny autobiograficzny esej z migawkami z życia. Niestety historycy nie są w stanie ustalić, czy ów nieco chaotyczny styl to wyłącznie wynik pracy i sposobu myślenia samego Tesli czy też zawinił redaktor lub wydawca “Electrical Experimenter”, który być może wyciął część fragmentów z pierwotnego tekstu Tesli. Jedno jest pewne, opisy wynalazków Serba są zdecydowanie zbyt pobieżne, a jego życie zawodowe i prywatne zostało przedstawione bardzo zdawkowo.

Czytając jego słowa można odnieść wrażenie, że granica między geniuszem a szaleństwem jest bardzo cienka. Dotyczy to chociażby fragmentu, w którym Tesla w dość specyficzny sposób tłumaczy swoją skłonność do hazardu, zaznaczając, iż na swój sposób zawsze kontrolował sytuację, a grze oddawał się dla przyjemności. Twierdzi tak mimo, iż nałóg ten kompletnie go zrujnował i przysporzył wielu cierpień nie tylko jemu samemu ale także jego rodzicom. Argumentacja genialnego wynalazcy w tym fragmencie wydaje się stać w sprzeczności z zasadami logiki. Tesla w barwny sposób opisuje też swoje – jak sam to określa – “dziwne nawyki i upodobania” oraz percepcję rzeczywistości w okresie jednego z wielu załamań nerwowych, których w ciągu życia doświadczył. Podkreślamy, że niniejsza publikacja przeznaczona jest głównie dla osób znających już dość dobrze postać tego niezwykłego wynalazcy. Będą one w stanie podążyć za jego wywodem i połączyć opisywane przez niego epizody w spójną całość.

Choć lektura nie będzie należała do łatwych, to wytrwali mogą liczyć na nagrodę, bowiem zaletą takiej formy jest fakt, iż to sam Nikola Tesla opowiada nie tylko o najważniejszych wydarzenia ze swojego życia, ale i oprowadza czytelnika po zakamarkach swojego niezwykłego umysłu. Jak sami się za chwilę przekonacie, jest to niepowtarzalne doświadczenie.

Początki

Nieustanny rozwój człowieka jest nierozerwalnie związany z wynalazkami. Są one najważniejszym produktem twórczego mózgu człowieka. Nadrzędnym celem ludzkości jest całkowite zapanowanie umysłu nad światem materialnym oraz wykorzystanie sił natury do zaspokojenia ludzkich potrzeb. To trudne zadanie należy do wynalazcy, którego wysiłki są bardzo często źle rozumiane, przez co bywa on niedoceniany. Znajduje on jednak dostateczną rekompensatę widząc z satysfakcją jak ludzkość korzysta z jego mocy twórczych oraz w świadomości, że należy on do wyjątkowo uprzywilejowanej klasy, bez której ludzkość dawno przegrałaby gorzką wal z bezlitosnymi żywiołami.

Udało mi się doznać tej niezwykłej przyjemności ponad miarę. Uważa się mnie za jednego z najciężej pracujących ludzi i być może tak właśnie jest. Będzie to stwierdzenie prawdziwe przy założeniu, że myśl stanowi odpowiednik pracy, ponieważ poświęciłem myśleniu prawie całe życie. Jednak jeśli za pracę przyjąć konkretną wydajność w określonym czasie według sztywnych reguł, to można mnie uznać za najgorszego z nierobów. Każdy wysiłek pod przymusem wymaga poświęcenia życiowej energii. Nigdy nie zapłaciłem takiej ceny. Wręcz przeciwnieciągłe myślenie determinowało mój rozwój.

Starając się w sposób rzetelny i spójny opisać moje działania w serii artykułów, które ujrzą światło dzienne przy pomocy redakcji „Electrical Experimenteri które skierowane są głównie do młodzieży, zmuszony jestem opisać choć robię to niechętnie moją młodość oraz wydarzenia, które poprowadziły mnie w takim, a nie innym kierunku kariery.

Nasze pierwsze wysiłki są czysto instynktowne, a wyobraźnia żywa i niezdyscyplinowana. Z wiekiem rozum zwiększa swoją pozycję, a my stajemy się coraz bardziej systematyczni i twórczy. Wczesne impulsy, choć nie przynoszą wyników natychmiastowo, są kluczowe i mogą wpłynąć na nasze przeznaczenie.

Rzeczywiście, czuję teraz, że gdybym je zrozumiał i rozwijał, zamiast je tłumić, wniósłbym znaczną wartość do mojej spuścizny dla świata. Jednak dopiero po osiągnięciu wieku męskiego uświadomiłem sobie, że jestem wynalazcą.

Wynikało to z wielu przyczyn. Po pierwsze mój brat został obdarowany w niezwykły sposób – był wielkim myślicielem, którego fenomenu, nie sposób pojąć. Niestety, jego przedwczesna śmierć pogrążyła moich rodziców w rozpaczy.

Mieliśmy konia, wspaniałego przedstawiciela rasy arabskiej. Zwierzę to obdarzone niemalże ludzką inteligencją pozostawało pod opieką całej rodziny. Tak się składa, że koń ten uratował raz życie mojego ojca w niezwykłych okolicznościach. Pewnego zimowego wieczora mój ojciec został wezwany do pilnej służby. Podczas przekraczania gór zaatakowały go wilki. Koń przestraszył się i uciekł, gwałtownie zrzucając go na ziemię. Zwierzę wróciło do domu zakrwawione i wyczerpane, ale gdy zabrzmiał alarm, koń popędził natychmiast, chcąc wrócić na miejsce, gdzie leżał nieprzytomny ojciec. Dotarł do niego pierwszy, jeszcze przed grupą ratunkową. Gdy grupa ratunkowa znalazła ojca, zdążył on odzyskać przytomność. Chwilę później ponownie dosiadł konia. Niestety ten sam koń odpowiadał za obrażenia śmiertelne mojego brata. Byłem świadkiem tej tragicznej sceny i chociaż minęło 56 lat, moje wspomnienie tego zdarzenia nie wyblakło. Wspominanie osiągnięć mojego brata sprawiało, że każdy mój wysiłek wydawał się mniej istotny w porównaniu do jego dokonań.

Od czasu śmierci brata, każde moje osiągnięcie powodowało jedynie głębsze poczucie straty syna u moich rodziców. Dorastałem więc z niewielką pewnością siebie. Nie postrzegano mnie jednak jako głupiego, o czym świadczy incydent, który zapamiętałem. Pewnego dnia przez ulicę, na której bawiłem się z innymi chłopcami, przechodził miejski radny, jeden z zamożnych, dostojnych obywateli. Mężczyzna zatrzymał się, aby wręczyć każdemu z nas srebrną monetę. Podchodząc do mnie, zatrzymał się nagle i powiedział: „Spójrz mi w oczy”. Nasze spojrzenia spotkały się. Wyciągnąłem rękę po cenną monetę, ale ku mojemu przerażeniu radny powiedział mi: „Nie, ode mnie nic nie dostaniesz, jesteś zbyt mądry”.

Swego czasu w towarzystwie krążyła o mnie inna, zabawna historia. Miałem dwie stare ciotki o pomarszczonym twarzach. Jedna z nich miała dwa zęby wystające niczym ciosy słonia, które zanurzała w moim policzku za każdym razem, kiedy mnie całowała. Niczego nie bałem się bardziej niż perspektywy bycia tulonym przez te dwie równie przyjacielskie, co brzydkie kobiety. Pewnego razu, gdy matka obejmowała mnie ramieniem, zapytały mnie, która z nich w moim odczuciu jest bardziej atrakcyjna. Po uważnym zbadaniu ich twarzy odpowiedziałem w zamyśleniu, wskazując na jedną z nich: „Ta ciotka nie jest tak brzydka jak ta druga”.

Od samego początku rodzice chcieli, żebym w dorosłym życiu został księdzem. Ten pomysł położył się cieniem na moim dzieciństwie. A to dlatego że ja sam chciałem zostać inżynierem. Jednak mój ojciec pozostał nieugięty.

Był synem oficera, który służył w armii Napoleona Bonaparte. Zarówno on, jak i jego brat – profesor matematyki w pewnej wybitnej instytucji otrzymali wykształcenie wojskowe. Mimo doświadczenia militarnego mój ojciec po służbie postanowił zostać duchownym i zyskał później niemałą renomę jako prawosławny kapłan.

Ojciec berudytą, urodzonym filozofem, poetą i pisarzem. Jego kazania uważano za tak samo wymowne jak te głoszone przez Abrahama a Sancta Clara, czyli wielkiego wiedeńskiego kaznodzieję. Ojciec miał niezwykłą pamięć i recytował prace w kilku językach. Często żartobliwie wspominał, że jeśli zaginie część klasycznych tekstów, będzie umiał je spisać ponownie z pamięci. Jego styl pisarski zasługuje na podziw. Pisząc posługiwał się krótkimi i zwięzłymi zdaniami, często stosował dowcipy i satyrę. Humorystyczne uwagi, które wygłaszał, były zawsze wyjątkowe i stanowiły wyznacznik jego specyficznego stylu. Na potwierdzenie, że tak właśnie było, przytoczę kilka anegdot.

Do osób wchodzących w skład naszej służby należał mężczyzna cierpiący na zeza, który miał na imię Mane. Był on zatrudniony do pracy w gospodarstwie. Pewnego dnia rąbał drewno. Kiedy machał toporem, mój ojciec, który stał w pobliżu i czuł się bardzo nieswojo, ostrzegł go: „Na miłość boską, Mane, nie uderzaj w to, na co patrzysz, ale w to, co zamierzasz uderzyć”.

Innym razem mój ojciec zabrał na przejażdżkę przyjaciela. Mężczyzna ten był na tyle nieostrożny i nie dbał o ubiór, że jego drogie futro ocierało się o koła wozu. Mój ojciec zwrócił mu uwagę, mówiąc: Podciągnij płaszcz, niszczysz moją oponę”. Ojciec miał dziwny zwyczaj często sam ze sobą prowadził ożywioną rozmowę i oddawał się gorącym kłótniom, zmieniając ton głosu. Przypadkowy słuchacz mógłby przysiąc, że w pokoju znajdowało się kilka osób.

Matka wynalazcy

Jestem zmuszony uznać, że moja matka miała ogromny wpływ na moją pomysłowość. Edukacja, którą mi zapewniła, obejmowała kilka niecodziennych ćwiczeń. Przykładowo musieliśmy odgadnąć nawzajem swoje myśli, powtarzaliśmy długie zdania lub wykonywaliśmy skomplikowane obliczenia matematyczne. Te codzienne lekcje miały wzmocnić pamięć i rozum, a przede wszystkim – rozwinąć mój zmysł krytyczny.

Moja matka pochodziła z jednej z najstarszych rodzin w kraju i rodu wynalazców. Zarówno jej ojciec, jak i dziadek stworzyli wiele narzędzi do użytku domowego, rolniczego i innych przedmiotów. Matka była naprawdę wspaniałą kobietą o rzadkich umiejętnościach i odwadze, która pomogła jej stawiać czoła wielu przeciwnościom losu.

Kiedy miała 16 lat, kraj ogarnęła zaraza. Jej ojciec został wtedy wezwany do umierających, aby udzielić im ostatnich sakramentów. Pod jego nieobecność w domu ona sama udała się na pomoc sąsiedniej rodzinie dotkniętej chorobą. Jednak wszystkich pięciu członków tej rodziny śmierć zabrała w krótkim odstępie czasu. Wykąpała, ubrała i ułożyła ciała, dekorując je kwiatami zgodnie z ludowym zwyczajem, a gdy mój dziadek powróciłzastał wszystkich przygotowanych do chrześcijańskiego pochówku.

Moja matka była pierwszorzędną wynalazczynią. Według mnie osiągnęłaby wielkie rzeczy, gdyby tylko urodziła się w innych czasach i mogła korzystać z dobrodziejstw współczesnego świata. Skonstruowała według własnego pomysłu wiele rodzajów narzędzi i urządzeń. Co więcej, własnoręcznie wykonywała ubrania z nici, które sama przędła. Siała nasiona, uprawiała rośliny i sama rozdzielała włókna. Pracowała cały czas, od świtu do późnej nocy. Większość ubrań i wyposażenia domowego wyszła spod jej rąk. Gdy miała ponad 60 lat, jej palce wciąż zachowały wystarczającą zwinność, aby wiązać skomplikowane węzły.

Oprócz twórczych rodziców, był jeszcze inny, a zarazem ważniejszy powód mojego umysłowego przebudzenia. W dzieciństwie cierpiałem na pewne dolegliwości. Przed moimi oczami przewijały się obrazy, którym często towarzyszyły silne błyski światła. Przez nie często nie mogłem zobaczyć tego, co naprawdę znajdowało się przede mną, oraz miałem problemy, aby się skupić. Obrazy te przedstawiały różne przedmioty oraz sceny. Zapewniam, że stanowiły one manifestację prawdziwych zdarzeń, a nie działy się wyłącznie w mojej wyobraźni. Co więcej, słowa, które w trakcie rozmów wypowiadali moi rozmówcy, natychmiast pojawiały się przed moimi oczami jako przedmioty. Czasem nie byłem nawet w stanie rozpoznać, czy to, co widziałem, naprawdę miało miejsce. To wywoływało u mnie wielki dyskomfort i niepokój. Żaden ze studentów psychologii lub fizjologii, których porady zasięgałem, nie był w stanie wyjaśnić tych zjawisk. Wydają się wyjątkowe, chociaż prawdopodobnie miałem do nich predyspozycje. Wiem bowiem, że mój brat zmagał się z podobnymi problemami.

Według sformułowanej przeze mnie teorii obrazy te wynikały z odruchowego, powstałego pod wpływem podekscytowania oddziaływania mózgu na siatkówkę. Na pewno nie można uznać tych obrazów za halucynacje, które powstają w umysłach chorych ludzi. Jestem tego pewien, bo pod innymi względami byłem całkiem zwyczajny i opanowany.

Aby wyjaśnić, jak bardzo cierpiałem w takich sytuacjach, załóżmy, że byłem świadkiem pogrzebu lub jakiegoś wstrząsającego spektaklu. Takie sceny pozostawałyby przed moimi oczami, nawet gdybym próbował się ich pozbyć – chociażby zasłaniając oczy dłońmi. Gdyby każdy z nas mógł w ten sposób wyświetlać dowolny obraz na ekranie, doszłoby do wielkiego, społecznego postępu w stosunkach międzyludzkich. Jestem przekonany, że ten cud jest możliwy i zostanie kiedyś dokonany. Chciałbym dodać, że osobiście poświęciłem wiele uwagi rozwiązaniu tego problemu.

Aby uwolnić się od dręczących mnie zjawisk, starałem się koncentrować umysł na obiektach, które mogłem dostrzec w pobliżu. Często przynosiło to tymczasową ulgę. Jednak aby jej doznać, musiałem wynajdować nowe obiekty do analizy. Po pewnym czasie okazywało się, że wyczerpałem wszystkie przedmioty, które znałem z otoczenia. Swego rodzaju „album”, z którego czerpałem inspiracje, miał ograniczone zasoby obejmujące tylko, co już kiedyś widziałem, czyli przedmioty w moim domu i najbliższym otoczeniu. Po drugim czy trzecim takim kontrolowanym kreowaniu przedmiotów przed oczami stwierdziłem, że mój sposób stracił sens. Potem instynktownie zacząłem udawać się na wycieczki poza granice małego świata, który znałem, i ujrzałem nowe sceny. Z początku były one bardzo rozmyte i niewyraźne. Znikały, gdy próbowałem skoncentrować na nich uwagę, ale z czasem udało mi się je wyostrzyć. Stały się bardziej wyraziste i ostatecznie przyjęły konkretny wizerunek rzeczywistych przedmiotów. Wkrótce odkryłem, że osiągam największy komfort, zwyczajnie pozwalając wizji na kontynuację, wciąż zdobywając nowe wrażenia, przez co zacząłem podróżować oczywiście w przestrzeni mojego umysłu. Każdej nocy (a czasem i w ciągu dnia), gdy byłem sam, rozpoczynałem podróże poznawałem nowe miejsca, miasta i kraje. Żyłem tam, spotykałem ludzi i nawiązywałem przyjaźnie i znajomości, i choć to niewiarygodne wydawały się one zupełnie prawdziwe jak te zawierane w prawdziwym życiu.

Takie podróże po własnej świadomości odbywałem mniej więcej do ukończenia 17 roku życia. Wtedy bowiem na poważnie zacząłem interesować się wynalazkami. Z radością odkryłem, że potrafię je sobie wizualizować bez większych problemów. Nie potrzebowałem do tego żadnych modeli, rysunków ani eksperymentów. Potrafiłem wyobrazić sobie je wszystkie jako prawdziwe.

W taki sposób nieświadomie doprowadziłem do rozwoju zupełnie nowej metody urzeczywistniania koncepcji i pomysłów. Zdaję sobie sprawę, że sposób ten stoi w sprzeczności do metody eksperymentalnej, ale według mnie – jest on o wiele szybszy i skuteczniejszy. Aby urzeczywistnić nawet najprostszy pomysł, konstruktor budując urządzenie, nieustannie koncentruje się na jego szczegółach, w tym również na wadach. Gdy udoskonalamy nasz przedmiot, nasza koncentracja maleje i zapominamy o jego pierwotnej funkcji. Urządzenie – co prawda – powstanie, lecz straci ono na jakości.

Moja metoda jest inna. Nie spieszę się do faktycznej, materialnej pracy. Kiedy wpadam na pomysł, najpierw zaczynam budować go w mojej wyobraźni. Zmieniam konstrukcję, wprowadzam ulepszenia i wyobrażam sobie, że używam tego przedmiotu. Nie widzę różnicy w tym, czy nową turbinę uruchamiam w swoich myślach, czy jej materialna postać jest właśnie testowana przez moich współpracowników. Nie ma żadnej różnicy, wyniki są takie same. W ten sposób jestem w stanie szybko rozwijać i doskonalić koncepcję bez dotykania czegokolwiek. Kiedy posunę się tak daleko, że zdolny jestem wcielić w życie każdą możliwą poprawkę, która przyjdzie mi na myśl, i nie dostrzegam nigdzie usterki, wtedy nadaję konkretny kształt końcowemu produktowi mojego umysłu. Moje urządzenia zawsze działają tak, jak zakładałem. Eksperymenty wychodzą dokładnie tak, jak je planowałem Przez 20 lat nie zdarzył się ani jeden wyjątek. Dlaczego miałoby być inaczej? Inżynieria elektryczna i mechaniczna dają pozytywne wyniki. Praktycznie nie istnieje przedmiot, którego nie można potraktować matematycznie. Jestem zatem w stanie obliczyć efekty lub ustalić wyniki wcześniej na podstawie dostępnych danych teoretycznych i praktycznych. Według mnie realizacja pierwotnego, nieudoskonalonego jeszcze i nieprzemyślanego do końca urządzenia to jedynie marnotrawstwo energii, pieniędzy i czasu.

Nieustanny wysiłek umysłowy rozwinął moją zdolność obserwacji i umożliwił odkrycie pewnej doniosłej prawdy. Zauważyłem, że pojawianie się obrazów przed moimi oczami zawsze wynikało z tego, że znajdowałem się w określonych i specyficznych warunkach. Zawsze zmuszałem się, żeby odkryć, co powodowało konkretne wizje. Po pewnym czasie robiłem to niemal automatycznie, dzięki czemu bardzo łatwo znajdowałem przyczyny i skutki obrazów. Pewnego dnia odkryłem, że każdy wykreowany przeze mnie w wyobraźni przedmiot znajdował odzwierciedlenie w świecie materialnym. Zatem impresja pochodziła z zewnątrz. Z biegiem czasu stało się dla mnie zupełnie oczywiste, że jestem tylko automatem, który może się poruszać i reagować na bodźce poszczególnymi narządami zmysłów. Co więcej, jako automat reagowałem myślami i działaniem na stymulację zmysłów..

Praktyczny rezultat moich przemyśleń, sztuka teleautomatyki, wówczas przybierała jeszcze niezbyt doskonałą formę. Myślę jednak, że jej ukryte możliwości zostaną wkrótce ujawnione społeczeństwu. Od lat planuję już automatyczne systemy samokontrolujące. Wierzę, że można wyprodukować mechanizmy, które będą działały tak, jakby miały własny rozum. Wierzę, że takie urządzenia przyczynią się do rewolucji w wielu sektorach handlowych i przemysłowych.

Miałem około 12 lat, gdy po raz pierwszy udało mi się usunąć „wymyślony” obraz sprzed moich oczu, ale nigdy nie miałem żadnej kontroli nad błyskami światła, o których wspomniałem. Możliwe, że było to moje najdziwniejsze i najbardziej niewytłumaczalne z doświadczeń. Zwykle te „ataki” występowały, gdy znalazłem się w niebezpiecznej lub niepokojącej sytuacji lub kiedy byłem bardzo podekscytowany.

Czasami widziałem wokół mnie powietrze wypełnione językami ognia. Ich intensywność zamiast maleć, z biegiem lat nabierała na sile i zdawała się osiągnąć apogeum, gdy miałem około 25 lat. W 1883 roku, gdy przebywałem w Paryżu, otrzymałem od wybitnego francuskiego producenta zaproszenie na polowanie. Propozycję przyjąłem, bo całe dnie siedziałem zamknięty w fabryce, a świeże powietrze działało na mnie w cudowny sposób. Po powrocie do miasta tamtej nocy z przyjemnością poczułem, jakby mój mózg się zapalił. Zobaczyłem światło, w którym znajdowało się swego rodzaju słońce. Mimo początkowych pozytywnych doznań w kolejnych godzinach to doświadczenie zaczęło sprawiać mi przykrość. Przez całą noc okładałem głowę zimnymi kompresami. W końcu częstotliwość i siła błysków uległy zmniejszeniu, lecz minęły ponad 3 tygodnie, zanim całkowicie ustąpiły. Kiedy otrzymałem drugie zaproszenie na polowanie, odpowiedziałem zdecydowanie: „NIE!”.

Nawet mimo upływu tych wszystkich lat nadal od czasu do czasu mam takie napady – na przykład wtedy, gdy nagle wpadam na jakiś genialny w moim mniemaniu pomysł. Te świetlne ataki z biegiem czasu straciły jednak na intensywności. Gdy zamykam oczy, zawsze widzę najpierw tło z bardzo ciemnego i jednolitego błękitu. Po kilku sekundach moje pole widzenia zapełnia się ogromem iskrzących płatków zieleni. Ułożone są one w kilku warstwach, które zbliżają się do mnie. Następnie po prawej stronie pojawia się piękny, według mnie, wzór dwóch układów równoległych, rozmieszczonych blisko siebie linii. Są one bardzo kolorowe, choć przeważa w nich barwa żółto-zielona i złota. Po chwili linie stają się jaśniejsze, a całość zostaje gęsto posypana kropkami migoczącego światła. Obraz ten przesuwa się powoli w polu widzenia i po około 10 sekundach znika po lewej stronie i pozostawia dość nieprzyjemną i bezwładną szarość, która szybko ustępuje miejsca wzburzonemu morzu chmur, najwyraźniej próbując uformować się w żywe kształty. Co ciekawe, nie mogę wyobrażać sobie niczego na tym szarym kolorze, dopóki wizja nie przejdzie do drugiego etapu. Za każdym razem, zanim zasnę, przed oczyma przemykają mi obrazy osób lub przedmiotów. Gdy je widzę, wiem, że niebawem stracę przytomność. Jeśli jednak wizji tych nie mam i nie chcą one przyjść – staje się jasne, że tej nocy nie zasnę w ogóle.

To, w jakim stopniu wyobraźnia odgrywała rolę w latach mojej młodości, mogę zilustrować innym dziwnym doświadczeniem. Podobnie jak większość dzieci lubiłem skakać i bardzo pragnąłem utrzymać się w powietrzu. Czasami zdarzało się, że z gór wiał silny wiatr, bogaty w tlen. Czułem wtedy, że moje ciało jest lekkie jak piórko. Skakałem dzięki temu długo i czułem, jakbym lewitował w kosmosie. Było to cudowne uczucie, choć przerodziło się potem w gorzkie rozczarowanie, gdy przestałem siebie oszukiwać.

W tamtym okresie rozwinąłem w sobie wiele dziwnych upodobań, antypatii i nawyków. Niektóre wiązały się (jak myślę) z moją psychiką. Innych nie mogę jednak wytłumaczyć. Miałem gwałtowną awersję do kobiecych kolczyków, podczas gdy inne ozdoby, takie jak bransoletki, nie wywoływały tak negatywnych uczuć. Widok pereł prawie doprowadzał mnie do szału, ale fascynował mnie blask kryształów bądź przedmiotów o ostrych krawędziach i płaskich powierzchniach. Nie dotknąłbym włosów innego człowieka, chyba że miałbym do skroni przyłożony rewolwer. Dostawałem gorączki, patrząc na brzoskwinię. Jeśli w domu znalazłbym chociaż kawałek kamfory, odczułbym z tego powodu wielki dyskomfort. Nawet teraz, po tylu latach, jestem wrażliwy na niektóre bodźce. Gdy wrzucam drobne, kwadratowe kawałki papieru do wypełnionego płynem naczynia, zawsze wyczuwam w ustach dziwny i okropny smak. Podczas spacerów liczyłem kroki, a w trakcie posiłków musiałem najpierw poznać pojemność talerzy do zupy, filiżanek kawy i objętość kawałków jedzenia inaczej jedzenie nie sprawiało mi przyjemności. Wszystkie powtarzane przeze mnie czynności lub obliczenia musiały być podzielne przez trzy, a jeśli się pomyliłem, czułem przymus rozpoczęcia ich na nowo, nawet jeśli miało to zająć wiele godzin.

Do 8 roku życia mój charakter był słaby i zmienny. Nie miałem odwagi ani siły na podjęcie twardych postanowień. Moje uczucia pojawiały się falowo i gwałtownie i nieustannie oscylowały między skrajnościami. Moje życzenia pochłaniały mnie i mnożyły się niczym głowy hydry. Uciskały mnie myśli o bólu, towarzyszącemu życiu oraz o śmierci, a także religijny strach. Pozostawałem pod wpływem przesądnej wiary i żyłem w ciągłym strachu przed duchami, zjawami, ogrami i innymi potworami.

Pewnego dnia nagle nastąpiła ogromna zmiana, która zmieniła bieg mojego życia. Ze wszystkich rzeczy z największym zamiłowaniem podchodziłem do książek. Mój ojciec miał dużą bibliotekę i kiedy tylko mogłem, starałem się zaspokoić pasję do czytania.

Ojciec patrzył nieprzychylnym okiem na moje zamiłowanie i z pewnością wpadłby w szał, gdyby złapał mnie na gorącym uczynku. Ukrył nawet świece, gdy odkrył, że czytam w tajemnicy. Nie chciał, żebym zepsuł sobie oczy, czytając po nocach. Udało mi się jednak zdobyć łój. Zrobiłem knot, a do blaszanych form wrzuciłem patyczki. Aby nikt nie zobaczył, że czytam po ciemku, każdej nocy zasłaniałem dziurkę od klucza i wszystkie szczeliny i czytałem często aż do świtu, gdy wszyscy inni spali, a moja matka rozpoczynała żmudne, codzienne prace domowe. Pewnego razu natknąłem się na powieść zatytułowaną „Abafi (Syn Aby), w serbskim tłumaczeniu znanego węgierskiego pisarza, Josiki. Opracowanie to z jakiegoś powodu obudziło moją uśpioną moc woli i zacząłem ćwiczyć samokontrolę.

Z początku moje postanowienia topniały tak szybko jak śnieg w kwietniu, ale wkrótce je umocniłem. Odczułem dzięki temu przyjemność, której nigdy wcześniej nie znałem – przyjemność z robienia tego, co chciałem. Z biegiem czasu to energiczne ćwiczenie umysłowe stało się moją drugą naturą. Na początku moje życzenia musiały być tłumione, stopniowo jednak pragnienie i siła woli stawały się coraz większe. Po latach dyscypliny udało mi się osiągnąć tak wielkie panowanie nad sobą, że zainteresowałem się tematami, które dla niektórych z najpotężniejszych ludzi oznaczałyby zniszczenie.

W pewnym wieku wpadłem w szpony hazardu, co bardzo martwiło moich rodziców. Za kwintesencję przyjemności uważałem zasiadanie do gry w karty. Mój ojciec prowadził wzorowe życie i nie mógł usprawiedliwić bezsensownego marnowania czasu i pieniędzy, na które sobie pozwalałem. Powiedziałem mu: „Mogę przestać, kiedy mi się podoba, ale czy warto zrezygnować z tego, co daje mi nieziemską radość?”. Ojciec wielokrotnie wyrażał swój gniew i pogardę, lecz moja matka podchodziła do tych spraw zupełnie inaczej. Rozumiała charakter ludzi i wiedziała, że zbawienie można osiągnąć jedynie przez własne wysiłki. Pamiętam, że któregoś popołudnia straciłem wszystkie pieniądze i chciałem grać dalej, gdy podeszła do mnie z rachunkami i powiedziała: „Idź i baw się dobrze. Im szybciej stracisz wszystko, co mamy, tym lepiej. Wiem, że możesz zerwać z nałogiem”. Miała rację. Porzuciłem swoją pasję i żałowałem jedynie, że nie była sto razy silniejsza. Nie tylko zwyciężyłem, ale także wyrwałem ją z serca tak, by nie pozostawiła po sobie choć śladu pożądania. Od tego czasu jestem tak samo obojętny na jakąkolwiek formę hazardu jak na dłubanie w zębach.

W innym okresie wpadłem w kolejny nałóg – palenie, które zagrażało mojemu zdrowiu. Moja wola potwierdziła się i nie tylko przestałem palić, ale też zniszczyłem wszystkie skłonności do papierosów. Dawno temu cierpiałem na problemy z sercem, dopóki nie odkryłem, że było to spowodowane niewinną filiżanką kawy, którą wypijałem każdego ranka. Natychmiast przerwałem ten proceder, choć przyznaję, że nie było to łatwe zadanie. W ten sposób zweryfikowałem oraz opanowałem inne nawyki i pasje, dzięki czemu nie tylko ocaliłem sobie życie, lecz także czerpałem ogromną satysfakcję z tego, co większość ludzi uznałaby za niedostatek i poświęcenie.

Po ukończeniu studiów na Instytucie Politechnicznym i Uniwersytecie przeżyłem całkowite załamanie nerwowe i podczas trwania mojej choroby obserwowałem wiele dziwnych i niewiarygodnych zjawisk.

Jeśli chcesz poznać dalsze losy serbskiego wizjonera to zakup biografię powstałą w całości na bazie jego tekstów. Biografia ta jest dostępna w Storytel, Audiotece lub w Empiku. W abonamencie Empik GO biografia Nikola Tesli jest dostępna za darmo.