W wieku 10 lat wstąpiłem do Gimnazjum Realnego, które było nową i dość dobrze wyposażoną szkołą. Na wydziale fizyki znajdowały się różne modele klasycznej aparatury naukowej, elektrycznej oraz mechanicznej. Demonstracje i eksperymenty przeprowadzane od czasu do czasu przez instruktorów fascynowały mnie i zachęcały do konstruowania własnych wynalazków.

Uwielbiałem także matematykę i często zbierałem pochwały od profesora za szybkie obliczenia, nauczyłem się łatwością wyobrażać sobie wszystkie kalkulacje. I to nie w zwyczajny, intuicyjny i abstrakcyjny, ale niemal rzeczywisty sposób. Nie robiło mi różnicy, czy symbole matematyczne zapisywałem na tablicy, czy przedstawiałem je w umyśle. Jedynie rysunek odręczny, na który w programie nauczania przeznaczono wiele godzin, sprawiał mi dużo problemów. Było to o tyle dziwne, że większość mojej rodziny wyróżniała się w tej dziedzinie. Możliwe, że nie znosiłem odręcznego rysowania, gdyż wolałem, żeby moje myśli były niezmącone tą czynnością. Gdyby nie kilku wyjątkowo głupich chłopców w mojej szkole, którzy nie umieli robić kompletnie nic, byłbym najgorszym z uczniów. Stanowiło to poważne utrudnienie, bo w ówczesnym, obowiązującym systemie edukacyjnym, niskie oceny w szkole mogły poważnie zaszkodzić mojej dalszej karierze naukowej.

Podczas drugiego roku uczęszczania do wspomnianej instytucji miałem obsesję na punkcie idei ciągłego ruchu uzyskanego za pomocą stałego ciśnienia powietrza. Marzyłem o tym by wykorzystać nieograniczone możliwości próżni. Popadłem w obłęd, chcąc wykorzystać tę niewyczerpaną energię, jednak przez długi czas błądziłem po omacku. W końcu jednak moje wysiłki skrystalizowały się w formie wynalazku, który miał umożliwić mi osiągnięcie tego, czego nie próbował żaden inny śmiertelnik.

Wyobraź sobie cylinder swobodnie obracający się na dwóch łożyskach i częściowo otoczony idealnie do niego dopasowanym prostokątnym korytem. Otwartą stronę koryta zamyka przegroda, dzięki czemu segment cylindryczny w obudowie zostaje podzielony na dwa przedziały całkowicie oddzielone od siebie szczelnymi prowadnicami powietrza. Jeden z tych przedziałów jest szczelnie zamknięty i opróżniony raz na zawsze, drugi pozostaje otwarty, w wyniku czego miał nastąpić, jak zakładałem, ciągły obrót cylindra. Skonstruowany przeze mnie drewniany model wyposażyłem z niezmierną starannością, a gdy przyłożyłem pompę z jednej strony i rzeczywiście zauważyłem, że występuje tendencja do obracania się, prawie oszalałem z radości.

Lot przy wykorzystaniu maszyny był jedyną rzeczą, którą chciałem osiągnąć, mimo że nadal w pamięci miałem przykre doświadczenia w tym zakresie. Mam na myśli upadek ze szczytu budynku, przed którym nie uchronił mnie otworzony przed skokiem parasol.

Każdego dnia dzięki potędze wyobraźni przenosiłem się w powietrzu do odległych regionów, nie mogłem jednak zrozumieć, w jaki sposób udało mi się to zrobić. Teraz miałem coś konkretnego – latającą maszynę wyposażoną jedynie w obracający się wał i trzepoczące skrzydła dzięki próżni o nieograniczonej mocy! Od tego czasu codziennie odbywałem powietrzne wycieczki pojazdem komfortowym i luksusowym, którym nie pogardziłby sam król Salomon. Minęły lata, zanim zrozumiałem, że ciśnienie atmosferyczne działa pod właściwymi kątami na powierzchnię cylindra i że niewielki ruch obrotowy, który zaobserwowałem, wynikał z przecieku. Choć wiedza ta przychodziła stopniowo, boleśnie mnie zaskoczyła.

Z trudem ukończyłem kurs w Gimnazjum Realnym, gdyż zmogła mnie groźna choroba, a raczej kilka chorób, a mój stan był tak rozpaczliwy, że poddali się nawet lekarze. W owym czasie pozwalano mi na ciągłe czytanie. Często chadzałem wówczas do biblioteki publicznej, gdzie powierzano mi zaniedbane tomy, które miałem klasyfikować i przygotować na tej podstawie katalogi. Pewnego dnia dostałem kilka tomów nowej literatury, niepodobnych do niczego, co kiedykolwiek czytałem. Wciągnęły mnie tak bardzo, że całkowicie zapomniałem o chorobie. Były to wczesne prace Marka Twaina, którym być może zawdzięczam cudowny powrót do zdrowia. Dwadzieścia pięć lat później, kiedy poznałem Twaina osobiście i nawiązałem z nim bliskie relacje, opowiedziałem mu o tym doświadczeniu i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem, jak ten wiecznie śmiejący się człowiek zalewa się łzami.

Studia kontynuowałem w wyższym Gimnazjum Realnym w Carlstadt w Chorwacji, gdzie mieszkała jedna z moich ciotek. Była prawdziwą damą, żoną pułkownika, starego weterana, który brał udział w wielu bitwach. Nigdy nie zapomnę trzech lat, które spędziłem w ich domu. Zapewne żadna forteca wojenna nie podlegała tak surowej dyscyplinie. Karmiono mnie jak kanarka. Wszystkie posiłki cechowały się najwyższą jakością i znakomitym smakiem, ale serwowano je w ilościach o tysiąc procent za małych. Plasterki szynki pokrojone przez ciotkę były niczym bibułka. Kiedy pułkownik kładł coś konkretniejszego na moim talerzu, ciotka zabierała kąsek i mówiła: „Uważaj, Niko jest bardzo delikatny”. Chodziłem ciągle głodny i cierpiałem zupełnie jak Tantal (który ukarany za swoją zuchwałość nie mógł zaspokoić ani głodu, ani pragnienia). Żyłem jednak w atmosferze wyrafinowania i artystycznego smaku rzadko spotykanego w tamtych czasach. Ziemia w okolicy była nisko położona, skutkiem czego wszędzie występowały bagna, a ja niemal ciągle chorowałem na malarię, nawet mimo ogromnej ilości chininy, którą przyjmowałem. Od czasu do czasu rzeka podnosiła się i armia szczurów szarżowała do budynków, pożerając wszystko, łącznie z pęczkami ostrej papryki. Mimo wszystko szkodniki stanowiły dla mnie mile widzianą rozrywkę. Dziesiątkowałem ich szeregi wszelkimi sposobami, przez co lokalna społeczność zaczęła mnie określać tytułem „łapacza szczurów”. W końcu nadszedł czas ukończenia szkoły, wraz z nią dobiegły końca moje męki. Otrzymałem certyfikat dojrzałości, który zaprowadził mnie na rozdroże.

Przez te wszystkie lata moi rodzice nigdy nie porzucili myśli o tym, abym obrał karierę duchownego – sama myśl o tym napełniała mnie strachem.

W owym czasie za zachętą mojego genialnego profesora fizyki, który często demonstrował różne prawa natury za pomocą własnoręcznie skonstruowanych urządzeń. zainteresowałem się energią elektryczną. Wśród prezentowanych przez niego urządzeń znajdował się przyrząd w kształcie swobodnie obracającej się gruszki z powłokami aluminiowymi, który zaczynał wirować po podłączeniu do maszyny elektrostatycznej. Nie jestem w stanie opisać, jak wielkie było moje zafascynowanie, gdy oglądałem jego pokazy. Każde z doświadczeń rodziło tysiące myśli w mojej głowie. Chciałem dowiedzieć się więcej o tej wyjątkowej sile. Tęskniłem za eksperymentowaniem i badaniami oraz z bólem serca pogodziłem się z tym, co musiało nastąpić.

Gdy przygotowywałem się do długiej podróży do domu, otrzymałem wiadomość, że mój ojciec chciałby, żebym wybrał się na polowanie. Była to dziwna prośba jako że zawsze zdecydowanie sprzeciwiał się temu sportowi. Kilka dni później dowiedziałem się jednak, że w dzielnicy, gdzie mieszkali moi rodzice, szalała cholera. Korzystając z okazji, wróciłem do Gospic, ignorując polecenia moich rodziców. To niesamowite, w jak wielkiej niewiedzy żyli ludzie, którzy nie zdawali sobie sprawy z przyczyn plagi, która regularnie nawiedzała kraj w odstępach od 15 do 20 lat. Byli przekonani, że choroba pojawia się wraz z tak zwanym „złym powietrzem”, a wraz z nim w okolicach można było wyczuć ostre zapachy i dym. W międzyczasie spożywali zainfekowaną wodę i masowo umierali. Zaraziłem się tą okropną chorobą już w dniu mojego przyjazdu i choć przeżyłem ten kryzys, byłem przykuty do łóżka przez 9 miesięcy, nie mogąc się prawie poruszać. Moja energia wyczerpała się prawie całkowicie i po raz drugi znalazłem się u progu śmierci. Podczas jednej z najgorszych faz choroby, gdy lekarze przewidywali już moją śmierć, mój ojciec nagle wpadł do pokoju. Nadal widzę jego bladą twarz, gdy próbował pocieszać mnie tonem zdradzającym załamanie.
– Być może – powiedziałem – wyzdrowieję, jeśli pozwolisz mi studiować inżynierię.
– Pójdziesz do najlepszej instytucji technicznej na świecie – odpowiedział uroczyście i wiedziałem, że mówi prawdę. Kamień spadł mi z serca, choć marzenie studiowania inżynierii mogłoby się nigdy nie spełnić, gdyby nie cudowne lekarstwo w postaci gorzkiego wywaru z dziwnej fasoli. Ku zdumieniu wszystkich – odżyłem niczym kolejny Łazarz.

Mój ojciec nalegał, żebym spędził rok na ćwiczeniach fizycznych na świeżym powietrzu, na co niechętnie przystałem. Przez większość tego czasu wędrowałem po górach, ubrany w strój myśliwego, a ze sobą miałem tobołek z książkami. I faktycznie, kontakt z naturą wzmocnił mnie zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. W tamtym czasie czas upływał mi na myśleniu i planowaniu. Wpadłem na wiele pomysłów, których realizacja jednak wydawała się wątpliwa. Moje wizje wydawały się wprawdzie proste, lecz brakowało mi wiedzy, aby wdrożyć je w życie. W jednym z moich wynalazków zaproponowałem przenoszenie listów i paczek przez morze dzięki podwodnej rurze. Przesyłki miały być transportowane w kulistych pojemnikach o wystarczającej wytrzymałości, aby wytrzymały ciśnienie hydrauliczne. Szczegółowo zaprojektowałem sprzęt pompujący, który miał przepchnąć wodę przez rurkę. Wydawało mi się, że dopracowałem wszystkie najmniejsze nawet detale. Okazało się jednak, że pominąłem jeden, drobny szczegół, który – jak sądziłem – nie miał znaczenia. Chodziło o prędkość przepływu wody, którą założyłem z góry. W moich obliczeniach zwiększałem ją stopniowo, osiągając niesamowitą wprost wydajność urządzenia, wszystko to opierało się na bezbłędnych wyliczeniach. Później za sprawą rozważań dotyczących oporu przepływu wody przez rurę musiałem uczynić ów wynalazek publiczną własnością.

Wpadłem również na pomysł budowy wielkiego pierścienia wokół równika, który unosiłby się swobodnie i mógłby zostać zatrzymany w ruchu obrotowym, dzięki czemu byłaby możliwa podróż z prędkością około tysiąca mil na godzinę względem kręcącej się Ziemi. Projekt ten należy jednak uznać za niepraktyczny. Czytelnik zapewne uśmiechnie się na samo wspomnienie o tym pomyśle. Przyznaję, że plan był trudny do zrealizowania, ale nie tak zły, jak w przypadku znanego nowojorskiego profesora, który chciał przepompować powietrze ze stref upalnych do umiarkowanych i który całkowicie zapomniał o tym, że Bóg dostarczył do tego właśnie celu gigantyczną maszynerię.

Jeszcze innym pomysłem, znacznie istotniejszym i bardziej interesującym, było czerpanie energii z siły obrotowej ziemskich obiektów. Odkryłem, że na globie znajdują się obiekty, które dzięki obrotowemu ruchowi Ziemi, wykonują naprzemienne ruchy zgodne z kierunkiem obrotu planety lub przeciwne do tego ruchu. Wynika z tego wielka zmiana pędu, którą można wykorzystać w najprostszy możliwy sposób, aby zapewnić siłę napędową w dowolnym zamieszkałym regionie świata. Nie potrafię znaleźć słów, które opisałyby moje rozczarowanie, gdy zdałem sobie później sprawę, że stanąłem wobec tego samego problemu co przed wiekami Archimedes, który na próżno szukał stałego punktu we wszechświecie.

Po zakończeniu wakacji zostałem wysłany do szkoły politechnicznej w Gratzu w Styrii (w południowej Austrii), którą mój ojciec wybrał jako jedną z najstarszych i najbardziej renomowanych instytucji. Był to moment, na który z niecierpliwością czekałem. Rozpocząłem studia pod dobrym patronatem i postanowiłem odnieść sukces. Moją wcześniejszą edukację uważam za ponadprzeciętną ze względu na wiedzę przekazywaną przez ojca i zapewnione możliwości. Nauczyłem się kilku języków i zgłębiałem tomy w licznych bibliotekach, zbierając informacje mniej lub bardziej przydatne. Teraz zaś, po raz pierwszy mogłem wybierać przedmioty, które mnie interesowały, a odręczny rysunek nie miał już więcej stawać mi na przeszkodzie.

Zdecydowałem się zaskoczyć rodziców i przez cały pierwszy rok regularnie rozpoczynałem pracę o trzeciej nad ranem i kontynuowałem ją do jedenastej wieczorem, za wyjątkiem niedziel i świąt. Ponieważ większość moich kolegów i koleżanek miała luźny stosunek do wielu rzeczy, naturalnie stałem się prymusem. W ciągu tego roku zdałem dziewięć egzaminów, a sami profesorowie uważali, że zasłużyłem na więcej niż najwyższe oceny. Uzbrojony w pochlebne certyfikaty, wróciłem do domu na krótki odpoczynek, liczyłem na chwilę triumfu i byłem zdumiony, gdy mój ojciec zlekceważył te ciężko zdobyte zaszczyty. To prawie zabiło moją ambicję. W późniejszym czasie, po jego śmierci, z bólem odkryłem paczkę listów pisanych do niego przez profesorów, którzy twierdzili, że jeśli nie zabierze mnie z tej instytucji, nieuchronnie umrę z przepracowania.

Po powrocie na uczelnię poświęciłem się głównie nauce fizyki, mechaniki i matematyki, spędzając większość wolnego czasu w bibliotekach. Z uporem maniaka dążyłem do tego, by dokończyć wszystko, co zacząłem, co często sprawiało mi trudność.

Pewnego razu rozpocząłem lekturę dzieła Voltaire’a, następnie ku mojemu zdziwieniu dowiedziałem się, że istnieje blisko sto dużych tomów drukowanych drobnym drukiem, które napisał ten potwór, pijąc siedemdziesiąt dwie filiżanki czarnej kawy dziennie. Musiałem je wszystkie przeczytać, ale kiedy odłożyłem ostatnią książkę, bardzo się ucieszyłem i powiedziałem sobie: „Nigdy więcej!”.

Mój popis podczas pierwszego roku znalazł odzwierciedlenie w uznaniu i przyjaźni kilku profesorów. W tym gronie znaleźli się: profesor Rogner, który uczył przedmiotów arytmetycznych i geometrii; profesor Poeschl, który władał katedrą fizyki teoretycznej i eksperymentalnej, oraz doktor Alle, który nauczał rachunku całkowego i specjalizował się w równaniach różniczkowych. Tego ostatniego naukowca uważam za najbardziej błyskotliwego wykładowcę, jakiego kiedykolwiek miałem okazję słuchać. Szczególnie interesował się moimi postępami i często pozostawał przez godzinę lub dwie w sali wykładowej. Podsuwał mi wtedy problemy do rozwiązania, czym byłem zachwycony. Opisałem mu wymyśloną przeze mnie maszynę latającą, nie iluzoryczny wynalazek, lecz opierający się na solidnych, naukowych zasadach, który stał się możliwy do zrealizowania dzięki mojej turbinie i wkrótce miał ujrzeć światło dzienne. Zarówno profesor Rogner, jak i Poeschl byli wyjątkowymi mężczyznami. Ten pierwszy miał dziwne sposoby wyrażania myśli, przez co dochodziło do nieporozumień w wyniku których następowała długa i zawstydzająca cisza. Tymczasem profesor Poeschl był metodycznym i twardo stąpającym po ziemi Niemcem. Miał ogromne stopy i ręce jak łapy niedźwiedzia, ale wszystkie eksperymenty przeprowadzał umiejętnie z iście zegarmistrzowską precyzją i nie popełniał przy tym żadnych błędów.

Na drugim roku studiów otrzymaliśmy z Paryża dynamo Gramme’a, wyposażone w laminowany magnes w kształcie podkowy oraz armaturę połączoną kablami z komutatorem. Po podłączeniu Dynamo zademonstrowano efekty różnych napięć elektrycznych. Podczas gdy prof. Poeschl przeprowadzał demonstrację, uruchamiając maszynę jako silnik, szczotki sprawiały kłopoty i silnie iskrzyły natomiast ja zauważyłem, że możliwe byłoby uruchomienie silnika bez tych urządzeń. Profesor oświadczył jednak, że nie da się tego zrobić i zaszczycił mnie wygłoszeniem wykładu na ten temat, na zakończenie którego stwierdził:

Pan Tesla może dokonać wielkich rzeczy, ale na pewno nigdy nie dokona tego, o czym mówił przed chwilą. Byłoby to równoważne przekształceniu stałej siły ciągnącej, takiej jak grawitacja, w ruch obrotowy. Pomysł jest więc niemożliwy do zrealizowania.

Instynkt jednak przekracza wiedzę. Z pewnością mamy w naszych głowach jakieś drobne połączenia, które pozwalają dostrzegać prawdę tam, gdzie zawodzi logiczna dedukcja lub inny, umysłowy wysiłek. Przez pewien czas wahałem się, będąc pod wrażeniem autorytetu profesora, ale wkrótce przekonałem się, że mam rację i podjąłem się tego zadania z zapałem i bezgraniczną, młodzieńczą pewnością.

Zacząłem od wyobrażenia sobie maszyny prądu stałego, uruchomienia jej i śledzenia zmieniającego się przepływu napięcia w armaturze. Potem zwizualizowałem sobie systemy składające się z silników i prądnic, po czym obsługiwałem je na różne sposoby. Obrazy, które mi się ukazały, były dla mnie idealnie realne i namacalne. Od tamtej pory cały mój pobyt w Gratzu minął pod znakiem takich intensywnych, ale bezowocnych wysiłków umysłowych. Niemal doszedłem wtedy do wniosku, że problem jest nierozwiązywalny.

W 1880 roku udałem się do Pragi w Czechach, aby na życzenie mojego ojca ukończyć edukację na tamtejszym uniwersytecie. To właśnie w tym mieście dokonałem zdecydowanego postępu polegającego na odłączeniu komutatora od maszyny i zbadaniu, jak urządzenie będzie działało bez tego elementu. Nadal nie przyniosło to jednak przełomu. W kolejnym roku diametralnie zmieniły się moje poglądy na życie. Uświadomiłem sobie, że moi rodzice dokonywali zbyt wielkich poświęceń na moją rzecz i postanowiłem zrzucić ten ciężar z ich ramion. Na kontynencie europejskim zaczęły właśnie masowo pojawiać się telefony amerykańskiej produkcji. Amerykański system komunikacji telefonicznej miał być zainstalowany w Budapeszcie na Węgrzech. Była to idealna okazja, tym bardziej, że przyjaciel naszej rodziny stał na czele tego przedsiębiorstwa. To tutaj doznałem całkowitego załamania nerwowego, o którym wspomniałem.

To, czego doświadczyłem w okresie choroby, przeszło wszelkie moje oczekiwania. Już wcześniej miałem wyśmienity wzrok i słuch. Potrafiłem wyraźnie dojrzeć obiekty w oddali, gdy inni w ogóle ich nie dostrzegali. Kilka razy w dzieciństwie ratowałem domy naszych sąsiadów przed ogniem, usłyszawszy cichy trzask, który nie budził ich ze snu. W 1899 roku, kiedy miałem 40 lat i kontynuowałem eksperymenty w Kolorado, słyszałem bardzo wyraźnie uderzenia piorunów z odległości 550 mil. Granica słuchu dla moich młodych asystentów wynosiła zaledwie 150 mil. Moje ucho było więc ponad trzy razy bardziej wrażliwe. Jednak w okresie załamania mój słuch jeszcze bardziej się wyostrzył. W Budapeszcie potrafiłem usłyszeć tykanie zegarka, który znajdował się trzy pokoje dalej. Mucha lądująca na stole w pokoju sprawiała, że czułem tępe uderzenie w ucho. Powóz przejeżdżający w odległości kilku mil wstrząsał silnie całym moim ciałem. Gwizd lokomotywy w odległości 20 lub 30 mil powodował tak silną wibrację ławki lub krzesła, na którym siedziałem, że nie mogłem opanować bólu. Ziemia pod moimi stopami nieustannie drżała. Musiałem oprzeć łóżko na gumowych poduszkach, aby w ogóle odpocząć. Ryczące odgłosy z bliska i daleka często wywoływały wrażenie wypowiadanych słów, które zapewne napawałyby mnie przerażeniem, gdybym nie był w stanie ich rozdzielić na przypadkowe elementy. Promienie słoneczne, gdy czasem mnie muskały, powodowały uderzenia takiej siły w mój mózg, że czułem się ogłuszony. Musiałem przywołać całą swoją siłę woli, żeby przejść pod mostem lub inną budowlą, bo doświadczałem wtedy miażdżącego nacisku na czaszkę. W ciemności odkrywałem zmysł nietoperza i mogłem wykryć obecność obiektu w odległości 12 stóp dzięki dziwnemu, przerażającemu odczuciu na czole. Puls mój wahał się od kilku do 260 uderzeń, a wszystkie tkanki ciała dygotały od drgnięć i wstrząsów, co było chyba najtrudniejsze do zniesienia. Znany lekarz, który codziennie podawał mi duże dawki bromku potasu, uznał moją chorobę za wyjątkową i nieuleczalną.

Żałuję, że nie byłem wtedy pod obserwacją ekspertów z dziedziny fizjologii i psychologii. Rozpaczliwie pragnąłem żyć, ale nie spodziewałem się powrotu do zdrowia. Czy może ktoś uwierzyć, że tak beznadziejny wrak fizyczny mógłby kiedykolwiek przekształcić się w człowieka o zadziwiającej sile i wytrwałości, zdolnego do pracy przez 38 lat prawie bez dnia przerwy, i wciąż cechującego się silnym ciałem i rześkim umysłem? Taki jest mój przypadek. Ogromna chęć życia i kontynuowania pracy oraz pomoc oddanego przyjaciela i sportowca dokonały cudu. Odzyskałem zdrowie, a wraz z nim błyskotliwość umysłu. Ponownie starałem się znaleźć sposoby rozwiązania problemu i prawie żałowałem, że walka wkrótce się skończy. Miałem nieograniczone pokłady zapasowej energii. Kiedy podjąłem się tego zadania, nie było w tym zwykłej determinacji, jaką mają liczni mężczyźni. Dla mnie było to święte przyrzeczenie, kwestia życia i śmierci. Wiedziałem, że zginę, jeśli mi się nie uda. Teraz czułem, że bitwa została wygrana. Powrót do głębokich zakamarków mózgu stanowił pewne rozwiązanie, jednak nie znalazłem sposobu, aby je uzewnętrznić. Pewnego popołudnia, które ciągle wspominam, spędzałem czas z przyjacielem w parku miejskim recytując poezję. W tamtym okresie znałem całe książki na pamięć, słowo w słowo. Jedną z nich był Faust Goethego. Słońce właśnie zachodziło i przypomniało mi o cudownym ustępie:

“Gaśnie blask, mija kolejny dzień,
Który spiesząc z oddali nowe życie niesie,
Ahh nie istnieją skrzydła, zdolne z ziemi unieść mnie
Wyżej niż jej drogi,
(…)
Cudowny sen, lecz już odchodzi wnet
Jakaż szkoda to, iż skrzydła, które umysł mój uniosły
ciała mego ponieść nie zdołają”

Na jakiś czas całkowicie poświęciłem się obrazowaniu w umyśle maszyn i opracowywaniu nowych projektów, co sprawiało mi wiele radości. Ten mentalny stan był najpiękniejszą rzeczą, jakiej zaznałem w życiu. Pomysły pojawiały się nieprzerwanym strumieniem, a jedyną napotykaną trudnością było szybkie ich uchwycenie. Elementy urządzenia, które wymyśliłem, były dla mnie absolutnie prawdziwe i namacalne w każdym szczególe, nawet w najdrobniejszych śladach i oznakach zużycia. Z wielką przyjemnością wyobrażałem sobie silniki podczas pracy, ponieważ taki ich widok dawał mi największą satysfakcję. Kiedy naturalna skłonność przeradza się w pełne pasji pragnienie, człowiek osiąga swój cel tak szybko, jakby nosił “stumilowe buty”. Potrzebowałem niespełna dwa miesiące na rozbudowanie wszystkich typów silników i dokonanie modyfikacji systemów, które mi się przypisuje. Być może szczęśliwy traf sprawił, że potrzeby egzystencjalne doprowadziły do chwilowego zahamowania tej pochłaniającej aktywności umysłu.

Przybyłem do Budapesztu, aby przygotować raport na temat przedsiębiorstwa telefonicznego. Przyjąłem nisko płatne stanowisko w Centralnym Biurze Telegraficznym Rządu Węgier za wynagrodzenie, którego wysokość wstyd wyjawić. Na szczęście szybko zyskałem uznanie głównego inspektora i zostałem zatrudniony przy obliczeniach, projektach i szacunkach związanych z nowymi instalacjami. Trwało to aż do uruchomienia centrali telefonicznej, po czym wróciłem do poprzedniego zajęcia. Wiedza oraz praktyczne doświadczenie, które zdobyłem w tej pracy, były najcenniejsze. Wiele razy miałem możliwość skorzystania z moich zdolności wynalazcy. Dokonałem kilku ulepszeń w aparaturze stacji centralnej i udoskonaliłem wzmacniacz telefoniczny, którego nie opatentowałem, choć nie miałbym problemu by dowieść, że wynalazek ten powinien mi zostać oficjalnie przypisany. W dowodzie uznania wartości mojej skutecznej pomocy organizator przedsięwzięcia, pan Puskas, po zakończeniu projektu w Budapeszcie, zaoferował mi stanowisko w Paryżu, które chętnie przyjąłem.

Nigdy nie zapomnę głębokiego wrażenia, jakie to magiczne miasto wywarło w mojej głowie. Przez kilka dni po moim przybyciu do miasta nad Sekwaną wędrowałem ulicami całkowicie oszołomiony nowym widowiskiem. Na każdym rogu czekała na mnie pokusa, ale niestety całą wypłatę wydawałem natychmiast po jej otrzymaniu. Kiedy pewnego razu pan Puskas zapytał mnie, jak radzę sobie w nowym miejscu, dokładnie opisałem sytuację stwierdzając, że „ostatnie 29 dni miesiąca są najcięższe!”. Prowadziłem dość żmudne życie w tak zwanym „stylu Roosevelta” (od polskiego wydawcy: Tesla ma tu zapewne na myśli fakt, iż amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt znaczną część czasu spędził na basenach i kąpieliskach z racji tego iż w młodości zachorował na polio i był inwalidą). Każdego poranka, bez względu na pogodę, z mojego mieszkania mieszczącego się na Bulwarze Świętego Marcela udawałem się do kąpieliska nad Sekwaną, zanurzałem się w wodzie, pokonywałem obwód kąpieliska dokładnie 27 razy, a następnie spacerowałem godzinę, żeby dotrzeć do Ivry, gdzie znajdowała się fabryka spółki. Tam jadłem o 7:30 rano śniadanie drwala, a następnie z niecierpliwością czekałem na lunch, rozwiązując w tym czasie trudne problemy techniczne dla kierownika robót, pana Charlesa Batchelora, który był bliskim przyjacielem i asystentem Edisona. Tutaj miałem styczność z kilkoma Amerykanami, którzy zapałali do mnie niezwykłą sympatią z powodu mojej niezłej gry w bilard.

Opisałem im swój wynalazek, a jeden z nich, pan Cunningham, brygadzista działu mechanicznego, zaoferował mi utworzenie spółki akcyjnej. Propozycja wydawała mi się wyjątkowo komiczna. Nie miałem pojęcia, co to znaczy, wiedziałem jedynie, że w taki sposób działają Amerykanie. Nic z tego jednak nie wyszło i w ciągu następnych kilku miesięcy musiałem podróżować od jednej elektrowni do drugiej rozsianych po całej Francji i Niemczech, aby naprawiać w nich usterki. Po powrocie do Paryża przedłożyłem jednemu z administratorów firmy, panu Rau, plan optymalizacji ich dynama, który został zaakceptowany. Operacja zakończyła się sukcesem, a zachwyceni dyrektorzy dali mi możliwość opracowania bardzo pożądanych w tamtym czasie automatycznych regulatorów. Wkrótce potem pojawiły się problemy z instalacją oświetleniową na nowej stacji kolejowej w Strasburgu w Alzacji. Okablowanie było wadliwe, a podczas ceremonii otwarcia, spora część ściany wyleciała w powietrze. Przyczyną było zwarcie elektryczne, a co gorsza – stało się to w obecności starego cesarza Wilhelma I. Rząd niemiecki odmówił odbioru fabryki, a francuska spółka poniosła poważne straty. Ze względu na moją znajomość języka niemieckiego i wcześniejsze doświadczenia powierzono mi trudne zadanie rozwiązania istniejących problemów i tak oto na początku 1883 roku udałem się z misją do Strasburga.

Niektóre incydenty we wspomnianym mieście zapadły mi w pamięć. Dziwnym zbiegiem okoliczności mieszkało tam wówczas wielu mężczyzn, którzy później zdobyli sławę. W późniejszym życiu mawiałem: „W tym starym mieście krążyła zaraźliwa bakteria świetności. Inni zachorowali, a ja przed nią uciekłem!”. Praca, korespondencja i konferencje z urzędnikami pochłaniały moją uwagę dniami i nocami, jednak przy pierwszej sposobności, podjąłem się konstrukcji prostego, wymarzonego silnika w sklepie mechanicznym naprzeciwko dworca kolejowego, By tego dokonać przywiozłem ze sobą odpowiednie materiały z Paryża. Finalizacja eksperymentu opóźniła się jednak do lata tamtego roku. To właśnie wtedy mogłem wreszcie wznowić pracę nad silnikiem, który rok wcześniej narysowałem koledze na piasku. Uzyskałem obracanie spowodowane prądem zmiennym różnofazowym, bez szczotek i bez komutatora, dokładnie tak, jak wyobraziłem to sobie przed rokiem. Zaznałem wówczas niezwykłej rozkoszy, której mimo wszystko nie sposób porównać z radością przy pierwszym odkryciu, czyli gdy zwizualizowałem sobie ten silnik.

W gronie moich nowych przyjaciół znajdował się były burmistrz miasta, pan Bauzin, którego w pewnym sensie zapoznałem z niektórymi moimi wynalazkami i którego wsparcie starałem się pozyskać. Był mi niezwykle przychylny i przedstawił mój projekt kilku zamożnym osobom, ale – na moją niekorzyść – nie otrzymał odpowiedzi. W 1870 roku, gdy Niemcy najechali kraj, pan Bauzin zakopał znaczny zapas wina St. Estephe z 1801 roku i doszedł do wniosku, że nie zna nikogo bardziej wartościowego niż ja, z kim mógłby spróbować tego napitku. Przysięgam, że jest to jedno z tych wspomnień, do których chętnie wracam.

Mój przyjaciel nalegał, żebym jak najszybciej udał się do Paryża i szukał tam wsparcia. W Strasburgu moja praca i negocjacje przedłużały się z powodu różnego rodzaju błahych przeszkód, które napotkałem, tak że czasami sytuacja wydawała się beznadziejna. Aby uzyskać pojęcie o niemieckiej dokładności i „wydajności”, mogę tu wspomnieć o dość zabawnym doświadczeniu. W pewnym korytarzu planowano zawiesić lampę żarową o mocy 16 kandeli. Po wybraniu właściwej lokalizacji nakazałem robotnikowi poprowadzić przewody. Po pewnym czasie doszedł on do wniosku, że należy skonsultować się z inżynierem, co też uczyniliśmy. Ten ostatni zgłosił kilka zastrzeżeń, ale ostatecznie zgodził się, że lampa powinna zostać umieszczona 2 cale dalej od wyznaczonego przeze mnie miejsca, po czym prace kontynuowano. Później inżynier nabrał wątpliwości i poinformował mnie, że należy powiadomić inspektora Averdecka. Ten ostatni zadzwonił, gdzie trzeba, przeprowadził dochodzenie, debatował i zdecydował, że lampę należy przesunąć o 2 cale – właśnie tam, gdzie pierwotnie ją umieściłem. Nie minęło jednak dużo czasu, zanim Averdecka ogarnął strach i powiedział mi, że poinformował inspektora naczelnego Hieronimusa o tej sprawie i że powinienem poczekać na jego decyzję. Minęło kilka dni, zanim naczelny inspektor był w stanie uwolnić się od innych pilnych obowiązków, ale w końcu przybył i odbyła się 2-godzinna debata, podczas której postanowił przesunąć lampę o 2 cale dalej. Moje nadzieje na to, że była to ostatnia zmiana, zostały rozwiane, gdy powrócił inspektor Ober i rzekł do mnie: „Regierungsrat Funke jest tak drobiazgowy, że nie odważyłbym się wydać komendy na zamontowanie tej lampy bez jego wyraźnej zgody”. W związku z tym rozpoczęto przygotowania do wizyty tej ważnej persony. Zaczęliśmy sprzątać i polerować wszystko wcześnie rano. Wszyscy się odświeżyli, założyłem rękawiczki, a gdy Funke przybył ze swoją świtą, został uroczyście przyjęty. Po 2 godzinach narady wykrzyknął nagle: „Muszę się zbierać” i wskazując miejsce na suficie, kazał mi umieścić tam lampę. To było dokładnie to miejsce, które pierwotnie wybrałem.

Tak mijał dzień za dniem z kolejnymi zmianami, byłem jednak zdeterminowany, aby za wszelką cenę dopiąć swego i ostatecznie moje wysiłki zostały nagrodzone. Do wiosny 1884 roku wszystkie różnice zostały skorygowane, zakład został oficjalnie odebrany, a ja wróciłem do Paryża z uczuciem przyjemnego oczekiwania. Jeden z zarządców obiecał mi hojną rekompensatę w przypadku, gdybym odniósł sukces, a także rzetelne rozpatrzenie ulepszeń, które wprowadziłem w ich dynamach, miałem więc nadzieję, że uda mi się uzyskać znaczną sumę. Było trzech zarządców, których dla wygody określę literami A, B i C. Gdy zadzwoniłem do A, powiedział mi, że B ma coś do zakomunikowania. Z kolei ten dżentelmen uważał, że tylko C może zadecydować, a ten ostatni był całkiem pewien, że tylko A ma moc sprawczą. Po kilku okrążeniach tego circus vivios dotarło do mnie, że nic nie zyskam. Całkowite niepowodzenie moich prób pozyskania kapitału na badania stanowiło dla mnie kolejne rozczarowanie i kiedy pan Batchellor zmusił mnie do wyjazdu do Ameryki z myślą o przeprojektowaniu maszyn Edisona, postanowiłem spróbować swoich sił na ziemi obiecanej. Niewiele jednak zabrakło by szansa na wyjazd została utracona. Upłynniłem swoje skromne aktywa, zabezpieczyłem zakwaterowanie i znalazłem się na dworcu kolejowym, skąd odjeżdżał pociąg. W tym momencie odkryłem, że moje pieniądze i bilety zniknęły. Zastanawiałem się, co powinienem uczynić. Herkules miał dużo czasu na przemyślenia, ja jednak musiałem zdecydować, biegnąc wzdłuż pociągu, z przeciwstawnymi uczuciami, które wzbierały w moim mózgu niczym oscylacje kondensatora. Determinacja, wspomagana zręcznością, wygrała w mgnieniu oka i po przejściu standardowych procedur i doświadczeń, tak banalnych, jak i nieprzyjemnych, udało mi się przyjechać do Nowego Jorku z moim skromnym dobytkiem, kilkoma napisanymi przeze mnie wierszami i artykułami oraz pakietem obliczeń nierozwiązywalnej całki i mojej latającej maszyny. Podczas podróży przez większość czasu siedziałem na rufie okrętu, szukając okazji, żeby uratować kogoś przed utonięciem, nie myśląc nawet o niebezpieczeństwie. Później, gdy przyswoiłem sobie część praktycznego amerykańskiego pragmatyzmu, zadrżałem wspominając te chwile i zdziwiło mnie moje dawne szaleństwo.

Chciałbym móc ująć w słowa pierwsze wrażenie, jakie wywarł na mnie ten kraj. W arabskich baśniach czytałem o tym, jak dżin przenosił ludzi do krainy marzeń, aby mogli oni przeżyć cudowne przygody. Moja sytuacja była odwrotna. Dżin zabrał mnie ze świata snów do świata rzeczywistego. To, co porzuciłem, czyli Europa było piękne, artystyczne i fascynujące pod każdym względem. To, co tu zobaczyłem w Ameryce, było przerobione, szorstkie i nieatrakcyjne.

Przysadzisty policjant kręcił pałką o wielkości niemalże kłody. Zwróciłem się do niego uprzejmie z prośbą o wskazówki.
– Sześć przecznic dalej, potem w lewo – powiedział z wyrazem mordu w oczach.

„Czy to właśnie Ameryka?” zapytałem siebie z bolesnym zaskoczeniem. „Poziom ucywilizowania jest tutaj o 100 lat za Europą”. Kiedy wyjechałem poza granicę USA w 1889 roku, gdy minęło 5 lat od mojego przybycia tutaj, przekonałem się, że jest dokładnie na odwrót i że to Ameryka wyprzedza Europę i do dziś nic się nie zmieniło.

Spotkanie z Edisonem było niezapomnianym wydarzeniem w moim życiu. Byłem zdumiony tym cudownym człowiekiem, który bez wczesnej przewagi i wykształcenia naukowego osiągnął tak wiele. Studiowałem kilkanaście języków, literaturę i sztukę, a najlepsze lata spędziłem w bibliotekach, czytając różne książki, które wpadły mi w ręce, od Principii Newtona po powieści Paula de Kocka i czułem, że zmarnowałem większość życia. Nie minęło jednak wiele czasu, zanim zdałem sobie sprawę, że to najlepsza rzecz, jaką mogłem zrobić. W ciągu kilku tygodni zdobyłem zaufanie Edisona.

Na SS Oregon, najszybszym parowcu pasażerskim tamtych czasów, doszło do unieruchomienia obydwu urządzeń oświetleniowych, co spowalniało żeglugę. Ponieważ nadbudowę skonstruowano po ich instalacji, nie można było usunąć ich z ładowni. Sytuacja wydawała się bardzo poważna, a Edison bardzo zirytowany. Wieczorem zabrałem ze sobą niezbędne narzędzia i wszedłem na pokład statku, gdzie nocowałem. Po kilku zwarciach i przerwach dynama przestawały działać poprawnie, ale z pomocą załogi udało mi się przywrócić je do porządku. O 5:00 rano, w drodze do sklepu wzdłuż Piątej Alei, spotkałem Edisona wraz z Batchellorem i kilkoma innymi osobami, gdy wracali do domu na odpoczynek.

– Oto nasz Paryżanin biegnie przez noc – powiedział. Gdy poinformowałem go, że jadę z “Oregonu” i że naprawiłem obie jego maszyny, spojrzał na mnie w milczeniu i odszedł bez słowa. Gdy jednak oddalił się na pewną odległość, usłyszałem, jak stwierdza: „Batchellor, to cholernie dobry człowiek” i od tego czasu miałem pełną swobodę w kierowaniu pracą. Przez prawie rok regularnie pracowałem od godziny 10:30 do 5:00 następnego dnia rano bez choćby jednego dnia wyjątku. Od Edisona usłyszałem:

Miałem wielu ciężko pracujących asystentów, ale to, co robisz Ty, przechodzi ludzkie pojęcie.

W tym okresie zaprojektowałem dwadzieścia cztery różne typy standardowych maszyn z krótkimi rdzeniami i jednolitym wzorem, które zastąpiły stare urządzenia. Menedżer obiecał mi 50 000 dolarów po zakończeniu tego zadania, jednak okazało się to niezbyt wyrafinowanym żartem. Wywołało to u mnie bolesny szok i zrezygnowałem z pracy.

Niedługo potem kilka osób zwróciło się do mnie z propozycją utworzenia spółki zajmującej się oświetleniem łukowym. Firma miała nosić moje nazwisko, na co się zgodziłem. Wreszcie nadarzyła się okazja do opracowania silnika, ale kiedy poruszyłem ten temat przed moimi nowymi współpracownikami, powiedzieli:

Nie, chcemy lampy łukowej. Nie zależy nam na twoim prądzie przemiennym.

W 1886 roku mój system oświetlenia łukowego został udoskonalony i zaadaptowany do oświetlenia fabrycznego i miejskiego. Byłem wolny, ale nie miałem niczego innego niż pięknie grawerowany certyfikat potwierdzający moje prawa do akcji, o wartości wyłącznie hipotetycznej. Następnie rozpoczął się okres kolejnej walki, do której nie byłem przystosowany, jednak ostatecznie zostałem nagrodzony, a w kwietniu 1887 roku powstała spółka Tesla Electric Company, która zapewniła mi laboratorium i zaplecze. Silniki, które tam zbudowałem, były dokładnie takie, jak je sobie wyobrażałem. Nie próbowałem ulepszać projektu, po prostu odtworzyłem obrazy, które pojawiły się w mojej wizji, a ich działanie zawsze byłe zgodne z oczekiwaniami.

Na początku 1888 roku zawarto porozumienie z Westinghouse Company dotyczące produkcji silników na dużą skalę. Wciąż jednak należało pokonać wielkie trudności. Mój system opierał się na wykorzystaniu prądów niskiej częstotliwości, eksperci Westinghouse przyjęli natomiast 133 cykle, co miało zabezpieczać przed skokami napięcia w trakcie transformacji. Nie mieli oni ochoty odejść od standardowych form maszyn, z których do tej pory korzystali, dlatego zmuszony byłem skoncentrować się na dostosowaniu silnika do panujących warunków. Innym koniecznym wymogiem było wyprodukowanie silnika zdolnego do wydajnej pracy przy tej częstotliwości na dwóch drutach, co nie było łatwe do osiągnięcia.

Jednakże pod koniec 1889 roku moje usługi w Pittsburghu nie były już potrzebne, wróciłem więc do Nowego Jorku i wznowiłem prace eksperymentalne w laboratorium na Grand Street, gdzie natychmiast rozpocząłem projektowanie maszyn o wysokiej częstotliwości. Problemy konstrukcyjne na tym niezbadanym polu były nowe i dość szczególne, musiałem więc zmierzyć się z wieloma trudnościami. Odrzuciłem cewkę indukcyjną, obawiając się, że może nie wytworzyć idealnych fal sinusoidalnych, które były tak ważne dla działania rezonansowego. Gdyby nie ten fakt, zaoszczędziłbym sobie dużo pracy. Za kolejną zniechęcającą cechę alternatora wysokiej częstotliwości musiałem uznać zmienną prędkość, która groziła poważnym ograniczeniem jego funkcjonalności. Podczas demonstracji przed Amerykańskim Instytutem Inżynierów Elektryków i Elektroników zauważałem kilkakrotne rozstrojenie, wymagające ponownej regulacji. Nie przewidziałam też tego, co odkryłem po latach – że działanie takiej maszyny jak ta, ze stałą określoną prędkością, nie waha się o więcej niż niewielki ułamek jednego obrotu pomiędzy skrajnymi wartościami obciążenia.

Istniało wiele innych powodów, aby opracować prostsze urządzenia do wytwarzania oscylacji elektrycznych. W 1856 roku lord Kelvin zaprezentował teorię rozładowania kondensatora, jednak nie znalazła ona żadnego praktycznego zastosowania. Ja jednak dostrzegłem możliwości i podjąłem się opracowania aparatu indukcyjnego opartego na tej teorii. Moje prace nad tym urządzeniem postępowały tak szybko, że byłem w stanie zademonstrować na moim wykładzie w 1891 roku cewkę wytwarzającą iskry o długości pięciu cali. Z pełną szczerością poinformowałem inżynierów o wadzie związanej z nową metodą transformacji, a mianowicie o stracie w iskierniku. Późniejsze badania wykazały, że niezależnie od zastosowanego przewodnika, czy to powietrza, wodoru, pary, rtęci, oleju czy strumienia elektronów, wydajność się nie zmienia. Jest to prawo bardzo podobne do tego, które rządzi przetwarzaniem energii mechanicznej.

Możemy upuścić ciężar z pewnej wysokości pionowo w dół lub przenieść go na niższy poziom dowolną okrężną ścieżką, jest to bez znaczenia, biorąc pod uwagę ilość pracy. Na szczęście jednak nie sprawia to wielu problemów, ponieważ odpowiednie proporcje obwodów rezonansowych pozwalają uzyskać wydajność na poziomie 85%. Od czasu prezentacji mojego wynalazku wszedł on do powszechnego użytku i wywołał rewolucję w wielu przedsiębiorstwach. Jednak świetlana przyszłość miała dopiero nadejść. Kiedy w 1900 roku uzyskałem potężne wyładowania o długości 100 stóp (30 metrów) i prąd rozświetlił cały glob, przypomniałem sobie pierwszą małą iskrę, którą zaobserwowałem w laboratorium na Grand Street i byłem podekscytowany tak samo, jak wtedy gdy odkryłem wirujące pole magnetyczne.

Jeśli chcesz poznać dalsze losy serbskiego wizjonera to zakup biografię powstałą w całości na bazie jego tekstów. Biografia ta jest dostępna w Storytel, Audiotece lub w Empiku. W abonamencie Empik GO biografia Nikola Tesli jest dostępna za darmo.