W marcu 1928 roku Walt i Roy odbyli braterską naradę, co robić dalej. Na skutek utarczek z Mintzem, pojawił się pomysł stworzenia nowej, całkiem autorskiej postaci. W tym samym miesiącu narodziła się mysz imieniem Mickey. Mickey Mouse należałoby w zasadzie przetłumaczyć jako Michałek Mysz, ale przyjęło się w języku polskim mówić Myszka Miki.

Może się to wydać dziwne, ale nie wiadomo, kto tak naprawdę stworzył najpopularniejszą postać kreskówkową w historii, ani też kto był pomysłodawcą jej imienia. Prawdopodobnie Walt miał dość mgliste wyobrażenie nowej postaci po powrocie z Nowego Jorku i narysował pierwszy szkic w oparciu o własne odbicie w lustrze. Anegdoty mówią też o inspiracji “przyjaźnią” z myszą mieszkającą w starym studiu Walta. Przez “przyjaźń” trzeba tu rozumieć dokarmianie małego zwierzaka, który mieszkał w studiu filmowym braci Disneyów. Według Walta, mysz z wyraźnie widoczną w oczach rozpaczą patrzyła, jak jej ludzki przyjaciel wychodzi z pracy, a ona sama musiała zostać na noc w pustym budynku. 


Tak naprawdę każdy z ówczesnych pracowników studia miał swoją własną teorię na temat powstania Myszki Miki. Sam Walt twierdził na przykład, że jeszcze przed opuszczeniem Nowego Jorku, bezskutecznie próbował wymyślić nową postać, aby zastąpić nią królika Oswalda. Kiedy nie wypowiadał się na temat Mintza i własnej zdradzieckiej załogi, większość czasu spędzał na podróży, szkicując na papierze. Gdzieś między Chicago a Los Angeles napisał później scenariusz do kreskówki, którą nazwał “Plane Crazy” (Szalony samolot). Była to opowieść o myszce, która zainspirowana samotnym lotem Charlesa Lindbergha nad Oceanem Atlantyckim w 1927 r., sama buduje samolot, aby zaimponować kobiecej myszce (to późniejsza Minnie). Walt zrelacjonował tę historyjkę Lillian. Jego żona odparła, że nie może się skupić na opowieści męża, ponieważ denerwuje ją imię, które Walt nadał postaci. Myszka miała nazywać się bowiem… Mortimer. „Jedyną rzeczą, która do mnie dotarła w czasie rozmowy z Waltem” – przyznała potem w jednym z wywiadów – “było to okropne imię, Mortimer… Zdaje się, że zrobiłam z tego powodu mężowi sporą awanturę.” Kiedy Lillian w końcu się uspokoiła, Walt zapytał ją, co w takim razie myśli o nazwisku “Mickey” – irlandzkim nazwisku, które miało kojarzyć się z kimś nowym, świeżym. „Powiedziałam, że brzmi lepiej niż Mortimer” – odparła Lillian. I tak narodziła się Myszka Miki. Przynajmniej według państwa Disney’ów, bo swoje w tym temacie miał do powiedzenia także Ub Iwerks . Bo to właśnie on stoi za pierwszą wersją wyglądu Mickie’go. Zanim jednak przejdziemy do drugiego “ojca” Myszki Miki, powiedzmy jeszcze krótko o jego towarzyszce, czyli Minnie. W jej przypadku, kwestia pochodzenia imienia jest już prosta do wytłumaczenia. Partnerka najsłynniejszej animowanej myszki zawdzięcza swoje imię Minnie Cowles. To żona doktora Cowles’a który jeszcze w czasach Kansas City wspierał braci Disney finansowo.


Wróćmy jednak do kwestii narodzin samej Myszki Miki. Ub Iwerks, który pragnąc odegrać się na Charlesie Mintzu, po prostu obciął uszy Oswaldowi i zaokrąglił je, dokonując jeszcze kilku drobniejszych zmian. Szereg innych odrzuconych projektów postaci ze szkicownika Iwerksa np. krowa Klarabella, trafiło do późniejszych filmów.


Tak oto Mickey powstawał w ścisłej tajemnicy w biurze Iwerksa. Był nie tylko najlepszym rysownikiem Disney’a ale i jedynym, któremu Walt ufał bez zastrzeżeń. Zresztą reszta studia miała pełne ręce roboty, ponieważ Mintz naciskał na jak najszybsze dostarczenie zaległych trzech odcinków Oswalda, a jak wspomnieliśmy, część pracowników Disney’a zdezerterowała do Mintza. Niektórzy “zdrajcy” ciągle jeszcze tkwili na miejscu, więc każdego ranka wszystkie ślady po pracy Iwerksa nad nową postacią usuwano. Pierwszym filmem z Mikim w roli głównej był „Zwariowany samolot” (Plane Crazy). Motyw był nieco podobny do znanego z filmu z Oswaldem o tramwaju. Tutaj też mamy maszynę, która wymyka się spod kontroli, a Miki i jego narzeczona próbują ją okiełznać. Film był dynamiczny i zabawny. Niestety podczas pokazu w kinie na Sunset Boulevard 5 maja 1928 roku nie wzbudził nadmiernego entuzjazmu, mimo że organista z poświęceniem akcentował gagi muzyką. Zainteresowanie było jednak na tyle duże, iż zachęciło Disney’a do pracy nad kolejnym filmem z Mikim w roli głównej. Będzie on nosił tytuł „Galopujący gaucho” (The Gallopin’ Gaucho). Praca nad tym filmem była łatwiejsza, ponieważ “zdrajcy” na rzecz Mintza zdążyli już opuścić studio. Znacznie polepszyło to atmosferę wśród tych, którzy pozostali. Disney pokazał „Zwariowany samolot” kierownictwu MGM . Film się spodobał, ale nie poszła za tym żadna oferta dystrybucji. „Galopujący gaucho” również był chwalony, ale bez konsekwencji finansowych. 


Nawet najwięksi sceptycy w kwestii geniuszu Disney’a są pod wrażeniem jego nadzwyczajnego wyczucia w kwestii filmów dźwiękowych. Pierwszą produkcją tego rodzaju był „Śpiewak jazzbandu” (The Jazz Singer), film muzyczny w reżyserii Alana Croslanda, którego premiera odbyła się 6 października 1927 roku. Film wypuściła wytwórnia Warner Brothers. Tak naprawdę „Śpiewak jazzbandu” był w większości klasycznym filmem niemym z dialogami pokazywanymi na tablicach z napisami. Taśma filmowa zawierała jednak obszerne wstawki śpiewu zsynchronizowane z obrazem. Technikę tę znano już od 1922 roku, ale dopiero teraz została dopracowana na tyle, by móc ją z powodzeniem zaprezentować w dziele pełnometrażowym. Film zwiastował więc koniec ery kina niemego i Walt doskonale to rozumiał, choć wielu filmowców długo jeszcze pozostało sceptycznymi. Disney był także przekonany, że taśma dźwiękowa może dodać życia jego filmom z Myszką Miki, które jak dotąd nie znajdowały nabywcy. Walt zaczął rozmyślać nad synchronizacją muzyki z obrazem. By mieć jakieś wyobrażenie o efekcie, w pewien lipcowy wieczór zaprosił pracowników z żonami na pokaz. Projektory schowano za oknem, by wyciszyć hałas, natomiast za płóciennym ekranem ustawili się Walt, Ub, Johnny Cannon i Wilfred Jackson i w odpowiednich momentach dorabiali metodami teatralnymi efekty dźwiękowe. Jackson grał na harmonijce, inni wtórowali na tarce do prania i piszczałkach. Walt sporadycznie wtrącał też jakiś dialog. Tak powstał koncept ścieżki dźwiękowej do słynnego, trzeciego już z kolei filmu z Myszką Miki: „Parowiec Willie” (Steamboat Willie). Młodzieńcze zainteresowania teatralne i umiejętności aktorskie Walta jeszcze wielokrotnie zaprocentują. Będzie użyczał głosu Mickiemu, ale też przed rysownikami odgrywał sytuacje mimiką swojego ciała pragnąc przekazać zespołowi swoją wizję kluczowych scen. 


Tymczasem zachęcony efektami dźwiękowymi Disney rozpoczął poszukiwania technologii, która mogła spełnić jego oczekiwania. Interesował się m.in. systemem Movietone, który rozwijał Fox. Ale gdy studio nie wyraziło zainteresowania współpracą, przerzucił się na system RCA Photophone. 15 września 1928 roku Disney spróbował dograć dźwięk do animacji z pomocą dwudziestoosobowej orkiestry, która często towarzyszyła niemym filmom. Próba ta okazała się jednak nieudana, więc Disney stworzył nową kopię filmu, oprócz samej animacji zawierającą rysunek podskakującej piłki, której ruchy miały mówić muzykom, kiedy zagrać. Ta technika pozwoliła ostatecznie na udane nagranie warstwy dźwiękowej 30 września 1928 roku.


Sesje nagraniowe z orkiestrą były jednak tak męczące, że Walt dorobił się problemów zdrowotnych. Był tak pochłonięty przełomowym projektem udźwiękowionej animacji, że często zapominał o jedzeniu i stracił na wadze prawie 5 kilogramów. Był tak niespokojny, że nie mógł zasnąć do drugiej lub trzeciej nad ranem. Co gorsza, chodził tak dużo po mieście w nowej parze butów, że na dużym palcu u nogi pojawił się bolesny ropień, na który lekarz zalecił stosowanie mokrych opatrunków co godzinę. Okazało się jednak, że warto było się poświęcić.


„Parowiec Willie” jest filmem zupełnie wyjątkowym i jednym z najbardziej nieśmiertelnych dzieł Disney’a, nie tylko dlatego, że był pierwszym jego filmem dźwiękowym, ale także ze względu na niesamowite pomysły ekipy filmowej. Mickey ugruntował swoją reputację jako pełna werwy, niezłomna postać. W filmie steruje parowcem, podśpiewując, jednak szybko jest brutalnie wyproszony zza sterów przez swoją nemezis, czyli wielkiego brutalnego szczura Pete’a. Odtąd zwykle będzie on głównym czarnym charakterem w filmach z Myszką Miki w roli głównej. Wyrzucony zza sterów, Mickey załadowuje na statek za pomocą dźwigu swoją narzeczoną Minnie wraz z jej instrumentami muzycznymi. Ponieważ jednak kozioł zjada jej skrzypce, staje się w ten sposób sam instrumentem muzycznym, na którym Minnie gra jak na katarynce, używając ogona jako korby. Mickey akompaniuje jej na tarce do prania, garnkach i kotłach, a potem także na… kaczce, na której gra jak na dudach oraz na zębach wielkiej krowy, które w filmie działają jak cymbały. Zabawę przerywa Pete , który zamyka Mickiego w komórce i każe mu obierać ziemniaki. Walt osobiście podkładał nieliczne dialogi. Najwyraźniej utożsamiał się z Mikim, który jak on sam nieustannie musiał mierzyć się z trudnościami i kłodami rzucanymi pod nogi przez ludzi takich jak Mintz.  


Mimo oszałamiającego efektu, jaki film czynił wówczas i w zasadzie czyni do dziś, dystrybutorzy nadal zbywali Disney’a pochwałami, za którymi nie szły żadne konkretne propozycje. Agent gwiazd i publicysta Harry Reichenbach polecił mu, by nie oglądał się na dystrybutorów, lecz zabiegał bezpośrednio o publiczność na nowojorskich salach kinowych. Reichenbach obiecał całkiem sporą sumę za prawo do wyświetlania obrazu w kinach przez dwa tygodnie. Na tym etapie Walt przyjąłby każde pieniądze, ponieważ udźwiękowienie filmu spowodowało, że koszt wyprodukowania dziesięciominutowej kreskówki wzrósł z ok. 10.000 dolarów do niemal dwukrotności tej sumy. Reichenbach się nie mylił. „Parowiec Willie” wszedł na ekrany 18 listopada 1928 roku w kinoteatrze Colony , poprzedzając fabularny film dźwiękowy „Wojna gangów” (Gang war) Berta Glennona, ponieważ kreskówki nadal służyły jako przystawka przed filmami aktorskimi. Jednak opuszczając kino nikt nie mówił o filmie Glennona, lecz jedynie o „Parowcu”. Walt doczekał się wreszcie prawdziwej sławy. Gazety Variety, Weekly Film Review, Exhibitor Herald, a nawet dumne pisma nowojorskie zgodnym chórem wychwalały dzieło. Reporter pierwszej z wymienionych gazet porównał „Parowiec” z większością filmów animowanych, które powodują głównie bóle karku, „Parowiec Willie” tymczasem był jego zdaniem „zapowiedzią czegoś szczególnego”. Nic dziwnego, że Disney szybko zamówił u Carla Stallinga tło muzyczne do „Zwariowanego samolotu”, „Galopującego gaucho” oraz do świeżo zmontowanego „Tańca w stodole” (Barn dance). W tym ostatnim filmie Mickey i Pete rywalizują o względy Minnie za pomocą tańca. Pete mimo potężnej sylwetki jest lekkim i zręcznym tancerzem, co Minnie docenia, będąc zadeptana przez Mickiego, któremu podczas tańca rosną buciory. Mickey może rywalizować z Petem dopiero wkładając sobie balon do spodni, co czyni go bezpiecznym dla stóp Minnie, jednak celny strzał z procy w jego spodnie udaremnia cały misterny plan i Pete znowu jest górą. Akcja jest więc zaskakująca i przez to bardzo zabawna.


Po udźwiękowieniu pierwszych czterech filmów z Myszką Miki posypały się oferty m.in. od Universalu, dla którego Disney stworzył niegdyś królika Oswalda. Oferty były szczodre, ale niestety każda z nich wymagała zrzeczenia się praw do postaci Mickiego. Nauczony doświadczeniem z Oswaldem Disney preferował pełnię praw do swojej nowej postaci i dotychczasową luźną współpracę z producentem Patem Powersem , mimo iż Powers miał opinię rozbójnika na rynku filmowym i kazał sobie słono płacić za użytkowanie systemu dźwiękowego cinephone. Widać wolność była dla Disney’a istotniejsza niż komfort i bezpieczeństwo. W 1929 roku Mickey podbijał Broadway i Hollywood, jednak Walt zaczął się obawiać, że kiedy publiczność znudzi się Mikim, nie będzie miał nic innego w zanadrzu, poza tym nie chciał być kojarzony wyłącznie z jedną postacią. Dlatego wpadł na pomysł stworzenia tańca duchów, potem zmienionego na taniec szkieletów – projektu artystycznego do muzyki Edvarda Griega. Chciał, by „Taniec szkieletów” był pierwszym filmem z serii, którą planował nazwać „Głupiutkie symfonie” (Silly symphonies), każdy odcinek miał mieć inny temat i zupełnie innych bohaterów. Powers uważał to za stratę czasu, jednak impresario Samuel Rothafel dostrzegł w nich potencjał. Filmy serii “Głupiutkich symfonii” będą się ukazywać przez dziesięciolecia. 


W tym czasie narastały jednak niesnaski wewnątrz zespołu tworzącego animacje. Iwerks poczuł, że żyje w cieniu Walta, i nie podobało mu się sformułowanie zamieszczane na początkowych tablicach animacji: „Komiks Walta Disneya autorstwa Ub’a Iwerksa. ” Żona Iwerksa przypomniała sobie udział w imprezie, na której pewien chłopiec podszedł do Walta z długopisem i kartką i zapytał go, czy narysuje dla niego Myszkę Miki. Walt natychmiast podał papier Iwerksowi, kazał mu wykonać rysunek i powiedział, że go podpisze. Iwerks, zwykle niewzruszony, warknął: „Narysuj własnego Mickiego” i wyszedł.


W styczniu 1930 roku okazało się, że Powers wywinął Disneyowi taki sam nieprzyjemny numer jak niegdyś Mintz. Podkupiwszy jego artystów, włącznie z arcywiernym dotąd Ubem Iwerksem, Powers chciał narzucić stały układ, w którym miałby prawa do 35% zysków z kreskówek zamiast dotychczasowych 20%, w zamian za co płaciłby Disneyowi 2500 dolarów za film. Disney’a kusiło, by się zgodzić. Nie mógł stracić rysowników i miał dosyć walki, lecz zastanawiał się, czy inne studio nie zaproponowałoby lepszych warunków. Powers jednak ogłosił, że wytoczy proces każdemu, kto podpisze z Waltem kontrakt na kreskówki. Był jednak ktoś, kto nie bał się Powersa. Był to Harry Cohn, założyciel Columbia Pictures, twardziel przypominający z wyglądu i zachowania Ala Capone i współpracujący z odpowiednikami chicagowskiego gangstera. Cohn został przekonany przez swego wiodącego reżysera Franka Caprę, który był wielkim fanem Myszki Miki, by wyciągnąć rękę na pomoc Disneyowi. Cohn gotów był dać 7500 dolarów za każdą kreskówkę, trzy razy tyle, co Powers, i zagroził procesem temu ostatniemu. Powers oświadczył, że wystarczy mu tylko odszkodowanie w wysokości 100 tysięcy dolarów w zamian za zrzeczenie się praw do 21 zamówionych wcześniej u Disney’a kreskówek. Walt chciał się pozbyć „irlandzkiego pirata”, nawet gdyby miał za to zapłacić kolejnym dołkiem finansowym, więc zgodził się, tym bardziej, że Cohn dał mu 50 tysięcy pożyczki na konto przyszłych zysków. 


Tak oto, od 1930 roku Disney należał już do królestwa Columbia Pictures. Tymczasem produkcja kolejnych kreskówek szła pełną parą. Filmy stworzone w 1929 roku przejęła w swą opiekę Columbia. W piątym filmie z Myszką Miki: „Gdy kota nie ma” (When the Cat’s away), Mickey został cudownie rozmnożony, tak by powstała cała banda harcujących myszy, pod nieobecność kota, który udaje się ze strzelbą na polowanie. Armia myszy została także zaprezentowana w kolejnym filmie „Zagrodowa bitwa” (Barnyard battle), gdzie stacza bitwę z armią kotów. Myszy są na nim umundurowane według kanonów z czasów wojny secesyjnej, podczas gdy złowrogie koty w hełmy podobne do używanych w I wojnie światowej przez armię niemiecką. Na tym etapie fanów Myszki Miki w USA i Europie były już miliony. Także w Niemczech, mimo iż pomysł z hełmami się tam nie spodobał. Kolejny film z Myszką Miki, „Chłopiec od pługa” (The Plow Boy), zawierał klasyczny motyw z koniem, który dostaje szału po byciu ukąszonym przez gza. Koń Horacy stanie się wkrótce stałym bohaterem występującym obok Mickiego. Kolejny film The Karnival Kid zawierał po raz pierwszy sporą ilość dialogów. Pojawia się scena z uciekającymi hot dogami, którą widzowie mogli znać z wcześniejszych filmów z królikiem Oswaldem ; była to zemsta na Charlesie Mintzu. W czerwcu 1929 roku Mickey, czyli Walt, w filmie „Szaleństwa Mickiego” (Mickey’s Follies) po raz pierwszy zaśpiewał całą piosenkę. W filmie „Jazzowy błazen” (The Jazz Fool) koń Horacy wspaniale grał na podkowach, a w filmie „Po prostu Mickey” (Just Mickey) z początków 1930 roku Walt Disney pokazuje cały wachlarz coraz większych możliwości podkładania dźwięków skrzypiec i innych instrumentów, jak również śpiewu do obrazu. W „Kaktusowym dzieciaku” (the Cactus kid) słyszymy pierwszy żywy dialog, a konkretnie kłótnię Mickiego z Pete’em. W „Tajemnicy goryla” (The Gorilla mystery) mamy po raz pierwszy pełną akcję z bogatymi dialogami i wydarzeniami bardziej społecznymi niż fantastycznymi. Mickey dowiaduje się z gazety o ucieczce niebezpiecznego goryla. Goryl porywa Minnie, ale jej narzeczony daje mu radę sprytnym fortelem i wiąże sznurem. W „Kłopotach z ruchem ulicznym” (Traffic Troubles) Disney nawiązuje do własnych problemów z dojazdem do studia, a w „Rozbitku” (The Castaway) do nieśmiertelnej powieści Daniela Defoe o Robinsonie Crusoe. Niezłomny jak zwykle Mickey znakomicie się nadawał na nowego Robinsona. Tradycyjnie w filmach z Myszką było wiele muzyki i tańca, których synchronizacja z dźwiękiem stawała się coraz doskonalsza. To samo dotyczyło rozwijanej równolegle serii „Głupiutkich symfonii”. Co istotne od 1930 roku Walt Disney zaczął zarabiać na reklamach z udziałem amerykańskiego bohatera, jakim stawał się coraz bardziej Mickey. 


Zatrzymajmy się teraz na chwilę przy prywatnym życiu Disney’a. W 1930 roku, Royowi i jego żonie Ednie urodził się syn – Roy Edward Disney. Lillian, żona Walta, do tej pory obawiała się rodzicielstwa, w swojej dużej rodzinie (10 dzieci) była bowiem najmłodszym dzieckiem i widziała, ile czasu i pracy rodzicom zajmuje opieka nad dziećmi. Z kolei Walt najchętniej miałby dziesięcioro dzieci i by pozwalać im robić, co tylko zechcą, chciał je rozpieszczać. Mniej więcej w tym samym czasie siostra Lillian – Hazel – złożyła wniosek o rozwód, a ona i jej trzynastoletnia córka Marjorie wprowadziły się do domu Walta. Ten ostatni wcielił się w rolę zastępczego ojca. Wziął to sobie bardzo do serca, czekał zawsze na Marjorie, gdy wychodziła z domu i późno wracała. 


Wiosną 1931 roku, prawie po roku od tych wydarzeń, Lillian zaszła w ciążę. Walt oszalał ze szczęścia. Natychmiast zaczął szukać nowego domu. Ale już 10 czerwca Lillian poroniła. Oprócz problemów rodzinnych, narastały i finansowe z utrzymaniem studia. Roy poradził Waltowi i Lillian wakacje, najlepiej kilka tygodni na Hawajach. Walt nie wyjechał od razu tak, jak radził mu brat. Nadal chciał poprawić sytuację finansową studia. Nawet jego zdrowie zaczęło się pogarszać i pod koniec czerwca, zaledwie dwa tygodnie po poronieniu Lillian, Walt trafił do szpitala, gdzie był leczony na zapalenie migdałków. 


Walt miał kilka pomysłów na równoczesne poratowanie zdrowia i wakacje z żoną. I trzeba przyznać, że były to dosyć rozbudowane plany, których zrozumienie staje się łatwiejsze, posiłkując się mapą. Pierwszy plan zakładał oceaniczną podróż statkiem z Los Angeles, wzdłuż zachodniego wybrzeża Stanów, do Seattle. Kolejnym punktem takiej wyprawy byłyby odwiedziny u jego rodziców w Portland oraz wizyta u rodziny Lillian w Idaho. Ów plan nie doszedł jednak do skutku. Drugi pomysł zakładał rejs z Los Angeles na Hawaje, Walt wykupił nawet miejsca na statku pasażerskim. Ostatecznie jednak małżeństwo postanowiło postąpić inaczej. Anulowali wycieczkę do Honolulu, a zamiast tego – zarezerwowali rejs statkiem z Los Angeles, przez Kanał Panamski do Hawany na Kubie. W dalszej kolejności chcieli wrócić statkiem na terytorium Stanów, wybrać się pociągiem do St. Louis (w centralnej części USA) i tam złapać parowiec, którym popłynęliby w dół rzeki Mississippi. Zupełnie tak, jak Walt i jego przyjaciel z czasów wojny – Russell Maas – planowali. Jak się jednak okazało, po Mississippi nie pływały już statki parowe, a jedynie barki. Para zmieniła zatem plany i pociągiem pojechała do stolicy kraju, Waszyngtonu. Dalsza część podróży przebiegła już jednak bez zakłóceń. 


Walt bardzo dobrze wspominał tamte pierwsze wakacje od czasu ślubu, który wzięli 6 lat wcześniej. Przyznał, że “czuł się wyzwolony z ciężaru własnego perfekcjonizmu”. Po powrocie do studia znalazł więcej czasu na rozrywkę, na co nie miał czasu nawet w dzieciństwie. Jeździł na łyżwach, pływał w basenie, jeździł konno i uprawiał boks. Dołączył nawet do klubu sportowego Hollywood Athletic Club, gdzie kilka razy w tygodniu mierzył się z innymi. Niedługo potem zaczął grywać w golfa, wstawał w tym celu nawet o 4 rano, żeby na polu golfowym móc przebywać do 5:30. 


Rok 1930 był ważny dla amerykańskiej kinematografii, dlatego że wtedy właśnie wszedł w życie słynny Kodeks Haysa. Tak brzmiała potoczna nazwa The Motion Picture Production Code, pochodząca od nazwiska Williama Harrisona Haysa, amerykańskiego polityka i dyrektora generalnego poczty, propagatora kodeksu. Kodeks zabraniał pokazywania na ekranie m.in. nagości, zmysłowych tańców, sugestii homoseksualizmu czy „instruowania”, jak dokonywać przestępstw. Należało unikać ośmieszania religii i duchownych oraz scen picia alkoholu, jeśli nie było to absolutnie niezbędne dla akcji. Rodzina i małżeństwo miały być pokazywane wyłącznie pozytywnie, a sceny przemocy – stonowanie, jeśli nie dało się ich zupełnie uniknąć. Podobnie motywy znęcania się nad dziećmi bądź zwierzętami i wulgarne słowa. Większość producentów zastosowała się do kodeksu, który utrzymał się w kinematografii aż do tzw. rewolucji kulturalnej lat 60. Niektórzy autorzy piszący o kinematografii tych czasów, jak Marc Eliot, utrzymują, że kodeks Haysa miał na celu walkę z tzw. „żydowską dekadencją”, jaka według purytańskich konserwatywnych polityków panowała w Hollywood. Warto przy okazji pamiętać o stałym napięciu między twórcami Wschodniego i Zachodniego wybrzeża, które bywało spłycane i upolitycznianie jako walka gojów z Żydami.


Często wprost oskarżano i nadal oskarża się Walta Disney’a o antysemityzm. Jego rzekome antysemickie przekonania trafiły już głęboko do popkultury, choć przesłanki, że istotnie darzył Żydów jakąś szczególną niechęcią są nieprzekonujące. Dowodem ich zakorzenienia w popkulturze może być chociażby pierwszy odcinek ósmego sezonu serialu animowanego „Głowa rodziny” (Family Guy) Setha MacFarlane’a , pod tytułem „Droga do światów równoległych” (Road to the Multiverse) z 2008 roku, w którym jego bohaterowie, wynalazca Stewie Griffin i jego pies Brian , podróżują po światach równoległych, które powinny istnieć według wielu teorii fizycznych. Ponieważ zmiennych, którymi by się owe światy różniły według owych teorii, jest nieskończenie wiele, pomysł, iż jeden z nich wygląda tak, jakby wszystko tam stworzył i namalował Walt Disney nie wydaje się aż tak niedorzeczny, artystycznie jest zaś bardzo twórczy, zwłaszcza, że MacFarlane znakomicie imituje kreskę Disney’a. Inni bohaterowie serialu Family Guy, poprawieni na modłę postaci disnejowskich, tańczą i śpiewają radośnie niczym w produkcjach Disney’a, aż do momentu, gdy pojawia się Mort, który jest także narysowany według disnejowskiej modły. Nie pomaga mu to jednak: reszta bohaterów momentalnie traci humor i bije go na kwaśne jabłko. Mort Goldman – jedna z postaci serialu MacFarlane’a – jest bowiem Żydem, co widzowie serialu doskonale wiedzą. 


Disney bywał oskarżany o dyskryminację Żydów już za swojego życia, lecz żaden z jego pracowników, włącznie z tymi bardzo mu nieprzychylnymi, jak animator Art Babbitt, nigdy nie wytknęli mu czynienia antysemickich uwag. Instytucja związana ze spuścizną artystyczną Disney’a, The Walt Disney Family Museum, wielokrotnie przyznała, że faktycznie filmy disneyowskie z lat trzydziestych XX wieku zawierają sporo krzywdzących czy też kontrowersyjnych stereotypów, także antysemickich, jednak nie wyróżniały się one specjalnie na tle innych dzieł epoki pod tym względem. Większość krytyków zgadza się z tą oceną. Wiadomo, że Walt Disney regularnie dawał pieniądze na żydowskie organizacje charytatywne, a w 1955 roku został człowiekiem roku oddziału syjonistycznej organizacji B’nai B’rith (Synowie przymierza) w Beverly Hills. Na pewno nie dyskryminował też Żydów jako pracowników. W studiu pracowało ich wielu, w tym niektórzy na stanowiskach kierowniczych. Neal Gabler, autor książki „Walt Disney. Tryumf amerykańskiej wyobraźni” (Walt Disney: The Triumph of the American Imagination), pierwszy autor, który uzyskał nieograniczony dostęp do archiwów studia Disney’a, pisze, że nie ma najmniejszego dowodu na antysemickie przekonania Disney’a. Plotki, jakoby miałoby być odwrotnie przypisuje współpracy Disney’a z niektórymi członkami założonej w 1944 roku konserwatywnej organizacji Motion Picture Alliance for the Preservation of American Ideals, czyli „Sojuszu Filmowców na rzecz Zachowania Amerykańskich Ideałów”, wśród których oprócz Walta znalazły się m.in. takie postaci filmu jak Gary Cooper czy John Ronald Reagan. Członkowie tej organizacji według swojego statutu propagowali przede wszystkim amerykański patriotyzm i klasyczny liberalizm, a za wroga mieli faszyzm i komunizm. Ayn Rand – nota bene pochodząca z rodziny rosyjskich Żydów – w 1947 roku napisała w głośnym artykule, że członkowie tej organizacji mają rację, a sympatycy komunizmu faktycznie sączą kolektywistyczne przykłady zachowań do niewinnych historii filmowych. Wrogiem organizacji nie był zatem Żyd, lecz komunista. Jednak niektórzy z jej członków faktycznie głosili antysemickie uprzedzenia i fakt, iż Disney dopiero w latach pięćdziesiątych zdystansował się od tego środowiska prawdopodobnie spowodował, że zaczął w niektórych kręgach uchodzić za antysemitę. 


Disney’a oskarżano też niekiedy i nadal czasem się oskarża o uprzedzenia wobec innych grup etnicznych, jak na przykład Afroamerykanów. Film aktorski „Pieśń południa” (Song of the South) z 1946 roku skrytykowało stowarzyszenie zwalczające uprzedzenia wobec czarnych, National Association for the Advancement of Colored People , stwierdzając, że film utrwala szkodliwe stereotypy i idealizuje amerykańskie Południe ery niewolnictwa. Jednak i te zarzuty nie dają się łatwo utrzymać, ponieważ Disney bardzo walczył o Oscara dla gwiazdy tej jego produkcji, czarnoskórego aktora Jamesa Basketta . Odniósł sukces, czyniąc Basketta pierwszym czarnoskórym, który otrzymał złotą statuetkę. Aktor nie mógł się wypowiedzieć w tej kwestii, ponieważ w czasie produkcji filmu był już ciężko chory na cukrzycę i niedługo po premierze zmarł. Być może dlatego Disney tak walczył o nagrodę dla Jamesa, wiedząc o jego kłopotach zdrowotnych. Współcześnie mocno mieszane uczucia potrafią budzić też takie motywy, jak piosenka What Makes the Red Man Red z Piotrusia Pana, choć sposób, w jaki porusza ona motyw karnacji Indian, nie wydaje się być czymś ponad zwykły dowcip. Nie przeszkodziło to utworowi okryć się ogólną niesławą, tak, że był pomijany w telewizyjnych emisjach filmu, a wytwórnia współcześnie odcina się od niego.


Niemniej, oprócz historii z wywalczonym dla Basketta Oscarem, także opinie znawców tematu nie malują Walta jako rasisty. Neal Gabler, biograf Disney’a, uznał, że nie ma najmniejszego dowodu, by Disney kiedykolwiek prywatnie lub publicznie wygłosił jakąkolwiek uwagę na temat nierówności ras, nie mówiąc już o deprecjonowaniu Afrykanów, Afroamerykanów czy Azjatów. Gabler uznał, że choć Walt Disney nie grzeszył nadmierną empatią w kwestiach rasowych, jak zresztą prawie nikt z jego współczesnych, absolutnie nigdy nie dał wyrazu pogardzie wobec nie-białych lub nie-chrześcijan. Floyd Norman , pierwszy zatrudniony w studio czarnoskóry animator, który pracował w nim w latach 50-tych i 60-tych, pytany o poglądy Disney’a, z którymi rozmawiał tysiące razy, odpowiadał, że jego zachowanie wobec mniejszości etnicznych czy religijnych było wzorowe. 


W kreskówkach Disney’a widać pewien wpływ kodeksu Haysa. Oczywiście Mickey nie założył tradycyjnej rodziny, ale stawał się bardziej tradycjonalistyczny i amerykański. Na przykład w „Koszmarze Mickiego” (Mickey’s Nightmare) z 1932 Mickey modli się przed snem za swoich przyjaciół i psa Pluta. W Touchdown Mickey tytułowy bohater gra wytrwale w baseball, jak każdy prawdziwy Amerykanin. Konserwatyzm tej postaci wynikał jednak bardziej z faktu, że Walt miał własne standardy moralne i dbał o prawość swojego bohatera, utożsamiając się z nim. W końcu Mickey miał jego głos. Gdy proponowano jakąś bardziej kontrowersyjną przygodę, jaką mógłby przeżyć, Walt sprzeciwiał się, mówiąc np.: „Mickey nie zrobiłby tego”. Do dziś filmoznawcy toczą spory, czy czołowy disnejowski bohater był wersją Charliego Chaplina , jak często głosił Disney, będący całe życie fanem legendarnego aktora. Odczytywać można też Mikiego jako wersję charakteru samego Walta, z jego dążeniem do współzawodnictwa, prostolinijności i nieco awanturniczym usposobieniem na czele.

Rok 1931 przyniesie Disney’owi dwie nominacje do Oskara, ale i wywołane przemęczeniem załamanie nerwowe. Sukcesywnie pojawiało się coraz więcej stałych bohaterów – przyjaciół Mikiego. W „Rewii Mikiego” (Mickey’s Revue) z 1932 roku dobroduszny i niezręczny Goofy zakłóca innym bohaterom przedstawienie swoim rechotem. W filmie występują też koń Horacy jako technik od widowisk i krowa Karabella jako tancerka.


Tymczasem konkurencja też nie próżnowała i zaczynała wzorować się na Disneyu. Właśnie w roku 1931 wytwórnia Warner Bros zatytułowała swą własną nową serię filmów animowanych, mającą ukazywać się nieprzerwanie aż do roku 1969, „Wesołymi melodiami” (Merry Melodies), co stanowiło wyraźne nawiązanie do „głupiutkich symfonii” Disney’a. Mimo rosnącej konkurencji, w 1931 roku Disney mógł wreszcie odetchnąć. Chroniczne kłopoty z pieniędzmi skończyły się. Teraz zarabiał 300 tysięcy dolarów rocznie dzięki samej tylko postaci Myszki Miki, co było jak na te czasy ogromną sumą, szczególnie, że były to pieniądze za rysunkowego bohatera, aktora któremu nie trzeba było płacić gaży. 


W listopadzie 1932 roku status artystyczny Disney’a został oficjalnie potwierdzony, gdy otrzymał Oscara w stworzonej tego roku kategorii krótkometrażowej kreskówki za kolejny odcinek „Głupiutkich symfonii” pt. „Kwiaty i drzewa”, oraz honorowego Oscara za stworzenie Myszki Miki. Disney stał się bardziej towarzyski, jako że zapraszano go wszędzie. Nauczył się też grać w polo. Tak bardzo zafascynował się tym sportem z udziałem koni, że Walt założył nawet małą hodowlę koni i własną drużynę, złożoną z pracowników studia. Zafascynowanie grą w polo było nie tylko spowodowane chęcią poprawy zdrowia. Ginekolog powiedział Waltowi i Lillian, że zdrowy tryb życia ich obojga, ułatwi zajście w ciążę. 


W tym czasie rozpoczęła się także przyjaźń Walta Disney’a z jednym z najgłośniejszych wówczas aktorów, Spencerem Tracy. Disneyowie, w przeciwieństwie do innych rodzin producenckich, nie prowadzili domu otwartego, ale chętnie bywali u Tracy’ego i czasem sami go gościli. Lillian Disney nie lubiła blichtru Hollywood i Walt często chodził na przyjęcia sam, w związku z tym niejednokrotnie myślano, że jest kawalerem. 


Sam Walt też nie do końca odnajdywał się na wielkich przyjęciach. Według pracującego z nim dramaturga i autora scenariuszy Roberta Emmeta Sherwooda, Walt Disney miał dwie twarze. Na zewnątrz starał się dość nieudolnie udawać lwa salonowego, jednak tak naprawdę był chorobliwie niepewny, nieśmiały, a czasem wręcz nieznoszący samego siebie. Podobnie kwestie te widział wiele dekad później jeden z biografów Disney’a i innych gwiazd, Richard Warren Schickel. Te opinie nie są odosobnione, lecz mogły wynikać z faktu, że Disney przeżywał kryzysy twórcze, podczas których jego charakter mógł wydawać się bardziej depresyjny i introwertyczny, a nawet autodestrukcyjny. Nadmiar pracy i obowiązków i wiążąca się z tym odpowiedzialność z pewnością nie wpływały pozytywnie na nastrój wrażliwego Disneya. 


W 1932 i 1933 roku Wielki Kryzys zaczął wkraczać w świat produkcji filmowych, zarówno jako realny problem, jak i jako wymówka, by płacić mniej kontrahentom. Wszyscy cięli koszty. Disney chętnie płacił rysownikom jak najmniej, uznając, że praca w jego firmie jest dla nich dobrodziejstwem i szansą, więc równie dobrze mogliby pracować za darmo. Niektórzy zapaleńcy faktycznie proponowali swe usługi za darmo, byleby poznać tajniki sztuki filmowej. To skąpstwo Disney’a tłumaczy się zwykle duchem czasów, w których rysowników filmowych zwykle uważano raczej za wyrobników i rzemieślników, a nie za artystów. 


Walt miał takie same problemy z ciasnotą finansową, jak jego podwładni. Wraz z wymaganiami i udoskonaleniami technicznymi ceny produkcji rosły. Pojechał więc do Nowego Jorku, gdzie spróbował namówić Harry’ego Cohna , by podniósł on zaliczkę na każdy film z dotychczasowych 7500 do 15.000 dolarów, ponieważ koszt stworzenia kreskówki wzrósł od 1930 roku ze średnio 5400 dolarów za film do 13.500. Oznaczało to, że Disney de facto dopłaca do produkcji filmów. Mimo to Cohn odmówił i nie wyraził chęci dalszych negocjacji, przypominając jedynie, że jest kryzys i wszystkie zasoby pieniężne się kurczą. Wobec tego Disney stwierdził, że lepiej będzie dla nich obu, jeśli zakończą współpracę. Cohn w odpowiedzi podarł kontrakt i rzucił go w twarz Waltowi. Nazajutrz prawnicy Cohna zawiadomili Disney’a, że musi spłacić pożyczkę w wysokości 50 tysięcy dolarów, którymi kiedyś Cohn wspomógł Disney’a, by go uwolnić od Powersa. Była to wówczas zawrotna kwota. Dla porównania przeciętne roczne wynagrodzenie robotnika przemysłu stalowego w USA wynosiło 100 razy mniej bo zaledwie 500 dolarów. Na szczęście nie brakowało firm, które chętne były zaopiekować się poniewieranym, a zdolnym twórcą. Carl Laemmle był gotów zaoferować korzystne warunki, ale szybko przebił je Joseph Schenck , oferując Waltowi 15 tysięcy za każdą nowo wyprodukowaną kreskówkę. Schenck , specjalista zatrudniony przez niewydolną wytwórnię United Artists do uporządkowania jej spraw administracyjno-finansowych, był człowiekiem dużo bardziej godnym zaufania niż Laemmle , tym bardziej, że sam prywatnie ostrzegał Disney’a przed złodziejami czyhającymi wszędzie w Hollywood, mając na myśli złodziei pomysłów, takich jak Pat Powers. Z sympatii do Walta, Chaplin, który był jego fanem i to z wzajemnością, również poradził mu wówczas, by nie dał się złapać na haczyk dużej wytwórni. Tak oto Walt i jego bohater trafili pod skrzydła. wytwórni United Artists. Disney jeszcze bardziej niż dotychczas pilnował, by nikt nie zabrał mu praw do Mikiego. Był bardzo przywiązany do swojej postaci. Oto jeden z bardziej osobistych komentarzy, jakie wygłosił na ten temat: 


…Życie i przygody Mikiego są ściśle związane z moim osobistym i zawodowym życiem. Zrozumiałe zatem, że jestem przywiązany do tej maleńkiej postaci, entuzjastycznie przyjętego na całym świecie wesołego przyjaciela, który odegrał tak wielką rolę w firmie Walt Disney Productions. Mickey ciągle ze mną dyskutuje, a ja też wiecznie do niego mówię…. 


W 1933 roku, a więc w roku, gdy Disney porzucił Columbia Pictures na rzecz United Artists, Mickey przeszedł dość wyraźną metamorfozę. Twarz zachowała niewinność, stała się jednak bardziej pyzata. Ruch nie był już wytwarzany za pomocą plątaniny kółek i walców składających się na ciało Mikiego, ale stał się bardziej wyszukany i skomplikowany. Twarz i zwłaszcza oczy nabrały wyrazu. 


Mickey stawał się postacią heroiczną dla milionów Amerykanów, a nie tylko kimś zabawnym, stąd potrzeba korekty. W „Building a building” budowniczy Mickey jest niezłomny jak nigdy dotąd, chociaż jego nemezis Pete prześladuje go co chwila i w jednej ze scen dusi. Film był nominowany do Oscara. 


Przełomem dokonanym w tym samym roku było powstanie najsłynniejszego filmu z cyklu Silly Symphonies , czyli „Trzech małych świnek” (Three little Pigs). Jako głównego rysownika do filmu, Walt wyznaczył Freda Moore’a , młodego artystę pracującego dla firmy Disney’a od 1930 roku, który nadał świnkom okrąglutkie kształty, upodabniając je, tak jak tylko animacja na to pozwalała i w stopniu niewidzianym wcześniej, do prawdziwych żywych świnek. Jednocześnie Disney chciał, by przypominały postacie ludzkie, miały ubrania, sprzęty domowe itd. Na uwagę zwraca też fakt, że w domu najmądrzejszej ze świnek, która postawiła ceglany dom, można znaleźć dwie fotografie rodzinne. Na jednej z nich widzimy lochę leżącą na boku z małymi prosiaczkami obok (ta fotografia podpisana jest jako “matka”). Obok wisi zdjęcie przedstawiające pęto kiełbasy (tu podpis głosi “ojciec). Każda ze świnek miała mieć swoją unikalną, odrębną osobowość, a także zachowywać się i poruszać inaczej mimo podobnego wyglądu. Wilk, który zagraża świnkom, miał być zaś naprawdę odrażający i straszny. Walt jak zwykle przemienił się w aktora i pracowicie odgrywał wszystkie postacie, zmieniając głosy, dając w ten sposób wskazówki rysownikom i animatorom. W oryginalnej baśni braci Grimm wilk z łatwością niszczy domki dwóch leniwych świnek, które swoje domki budują z nietrwałego materiału, po czym je zjada. W wersji Disney’a leniwe świnki są dostatecznie ukarane, najadłszy się strachu i uciekając do murowanego domku pracowitej świnki. Bohaterowie mówią wierszem lub śpiewają kuplety. Najsłynniejsza stała się piosenka leniwych świnek: Who is afraid of a big bad wolf? („Kto się boi wielkiego złego wilka?”). Piosenka powstała dzięki temu, że nikt nie chciał Disneyowi odstąpić żadnych melodii filmowych, więc ten poprosił dwóch swoich pracowników, Franka Churchilla i Teda Searsa , by coś szybko napisali. Piosenka stała się niezwykle popularna i śpiewali ją praktycznie wszyscy. Wielkiego złego wilka odnoszono m.in. do wielkiego kryzysu gospodarczego i śpiewano ją, by dodać sobie otuchy, nieco zmieniając znaczenie utworu, który przecież uważał strach za uzasadniony, chociaż po odparciu ataku wilka na solidny dom pracowitej świnki, wszystkie trzy śpiewają tą piosenkę. Być może na zmianę percepcji piosenki wpłynęło też jej utożsamienie ze słowami prezydenta Franklina Delano Roosevelta, który dodawał otuchy narodowi, mówiąc m.in.: „jedyną rzeczą, której musimy się bać jest strach” (the only thing we have to fear is fear). Film był tak niesamowicie rozchwytywany, że wytwórnia United Artists nie nadążała z dostarczaniem kopii do kin.


19 grudnia 1933 roku Disneyom urodziła się córka, której nadali imię Diane Marie. Plotki głoszą, że Walt bał się ojcostwa ze względu na własne złe stosunki z ojcem i jego przyjaciel Spencer Tracy musiał go pocieszać. Możliwe jednak, że Walt bał się głównie kolejnego, trzeciego już poronienia Lillian. Tym razem dziecko, choć słabe, przeżyło. Lekarz jednak uprzedził Disneyów, że najprawdopodobniej kolejne ciąże będą nieudane.


Kilka dni przed narodzinami Diane , Walt pisał do swej matki Flory mieszkającej w Portland w stanie Oregon:


 …Lilly chciałaby raczej dziewczynkę. Czuję, że miałaby więcej radości z ubierania małej dziewczynki, niż chłopca. Osobiście jest mi to obojętne – o ile nie będziemy znowu rozczarowani. Zapasowa sypialnia, gdzie Ty i Ojciec zwykle spaliście, jest cała przerobiona na pokój dziecięcy. Mamy kołyskę i masę dziecięcych sprzętów. Na kredensie, łóżku i wszędzie indziej pełno rozmaitych różowych dziecięcych drobiazków, o których nic nie wiem. To dla mnie naprawdę dziwna atmosfera. To niepodobne do nas, mieć te wszystkie rzeczy porozrzucane dookoła. Myślę, że będę musiał do tego przywyknąć i przypuszczam, że będę tak samo złym rodzicem jak każdy inny. Wielokrotnie obiecywałem sobie, że moje dziecko nie będzie rozpieszczone, ale wątpię, czy mi się uda dotrzymać tej obietnicy – może się okazać, iż będzie to najbardziej rozpuszczona dziewucha w kraju…


W dzień narodzin Diane , Walt otrzymywał nagrodę od magazynu dla rodziców za swoje zasługi dla dzieci (distinguished service to children) na uroczystym lunchu w studiu Disney’a. Reprezentantka czasopisma już miała przekazać Waltowi nagrodę po zakończeniu mowy pochwalnej, gdy Waltowi ktoś zaczął szeptać coś do ucha. Bez jakichkolwiek wyjaśnień poza szybkim mruknięciem „dziękuję” do dostarczyciela informacji, Walt popędził do Good Samaritan Hospital , gdzie właśnie Lillian urodziła córeczkę. Prezes Uniwersytetu Południowej Kalifornii –, Rufus Bernhard von Kleinsmidt, musiał wyjaśnić, o co chodzi zdumionemu tłumowi, po czym zaproponował toast za pannę Diane Marie Disney, czym wywołał nieopisany entuzjazm zgromadzonych.


Niezależnie od obaw, Walt umiał się pokazać jako ojciec i mąż. Zawiózł Lilian wraz z córką ze szpitala do nowego domu nieopodal wzgórza Los Feliz w północnym Hollywood. Był to ekstrawagancki gmach w stylu farmerskim otoczony skałami. To spokojne miejsce położone z dala od studia, nadawało się idealnie do wychowania dzieci. Z okazji narodzin córki Walt postanowił, że odtąd wszystkie sieroty będą miały wstęp wolny na premierę każdego nowego filmu, gdziekolwiek będzie on wyświetlany. Jako ojciec Walt był nieco surowy ale i bardzo kochający. Podobnie jak wiele innych sław tych czasów obawiał się, że jego dzieci mogłyby zostać uprowadzone. Taki los spotkał syna Charlesa Lindbergha, pilota, a później także celebryty, który jako pierwszy przemierzył Atlantyk bez międzylądowania. Unikał więc prezentowania dziewczynek szerokiej publice. Wydaje się, że długo nie zdawały sobie one sprawy ze skali sławy ojca. Nawet życzliwi badacze dziejów Disneya utrzymują, że Waltowi zdarzało się być surowym wobec dzieci. Diane Marie będzie jedną z dwóch córek Disney’a, ale jedyną córką biologiczną. 


W 1934 roku Miki bił kolejne triumfy popularności. W kolejnych kreskówkach walczył z armią komarów, jako olbrzym w krainie liliputów bronił jej przeciwko wielkiemu pająkowatemu potworowi, zwalczał działalność gangsterską Pete’a jako szeryf z Dzikiego Zachodu i prowadził walec drogowy, co stanowiło wyraźne nawiązanie do królika Oswalda i jego kłopotów z tramwajem. 


Gdy Walt zasłyszał zabawny kaczy głos, jaki potrafił wydobywać jego współpracownik Clarence Nash, stwierdził, iż nadszedł doskonały moment na stworzenie nowej postaci. Tak w “Mądrej Kurce” (Wise Little Hen) debiutuje Kaczor Donald, w swym niezrównoważonym, pieniackim temperamencie mający stanowić kontrast dla statecznej Myszki Miki. W „Benefisie dla sierot” (Orphan’s benefit) pojawia się obok niej, kłócąc się z publicznością tytułowych sierot. Ten charakter zachowa już na stałe. Wielu znawców dzieł Disney’a uzna Donalda za freudowskie „id” Walta Disney’a, czyli demony jego charakteru, z którymi Walt zmagał się jak każdy z nas. Sam Disney czule nazwał kaczora “trudnym dzieckiem” zgranej poza tym rodziny disnejowskich postaci, która z biegiem lat miała obrosnąć o licznych bliskich i wrogów niereformowalnego Donalda. 


W 1934 roku Disney postanowił jedną z „Głupiutkich symfonii” wyreżyserować całkowicie samodzielnie. Wybrał temat króla Midasa. W hagiograficznych biografiach Disney’a film „Złote dotknięcie” (The golden Touch) jest zupełnie pomijany, natomiast w obrazoburczej biografii Marca Eliota są mu poświęcone całe dwie strony. Ponoć nikt nie ośmielił się krytykować reżyserii szefa otwarcie, ale po wytwórni krążył dowcip, że byłoby dobrze, gdyby król zażądał indyka, a potem zjadł cały film (w filmie król usiłuje uparcie zjeść indyka, mimo iż przy pierwszym kęsie zamienił się on w złoty posąg). Zwykle jednak Disney nie brał się za reżyserię zupełnie samodzielnie. I bez tego miał ręce pełne roboty. Na przykład rozmawiał z wszystkimi, którzy przybywali z różnych zakątków kraju, bo chcieli dla niego pracować, a było ich tysiące. Zdania o osobistym talencie rysowniczym Walta były bardzo różne. Na przykład Arthur Babbitt i Ward Kimball uważali, że jego największym talentem było wyłapanie tego, co niewłaściwe i niedopracowane, jednak sam rysował przeciętnie. Zdaniem tych pracowników Disney’a, znakomicie wychwytywał on także niekonsekwencje w akcji filmów. 


Walt Disney jako szef nie był ponoć zbyt łatwą osobą w obejściu. Dla kobiet szarmancki, dla mężczyzn oschły – twierdzi niechętny Disneyowi Marc Eliot. Nie lubił, gdy ktoś używał przy nim wulgaryzmów, ale w to, czy ktoś faktycznie został zwolniony za użycie słowa obelżywego, można już wątpić. Nie pochwalał picia w miejscu pracy, ale było ono bardzo typowe dla owych czasów. Jeśli ktoś ukradkiem popijał, Walt przymykał oko. Nie był wylewny i brano to często za chłód lub niechęć. Utrzymywał jednocześnie uporczywy kontakt wzrokowy, biorąc spuszczenie wzroku za brak zainteresowania przedmiotem rozmowy, co wprawiało pracowników, a także Roya w konsternację. Do tego Walt często zmieniał zdanie i mylnie zakładał, że każdy wie, iż liczy się tylko jego ostatnia opinia. Wyraźnie widać było, że Disney przywiązany jest do zarządzania w stylu wczesnego wieku dziewiętnastego, a więc raczej modelu dyktatorskiego niż partnerskiego. Tuż po zatrudnieniu nowego pracownika, roztaczał nad nim, zwłaszcza jeśli chodziło o kogoś w młodym wieku, ojcowska opiekę, co czasem przyjmowane było z wdzięcznością, a czasem z irytacją. Instrukcje na temat pracy studia były zawsze bardzo szczegółowe i zwykle powodowały nielichy stres u świeżo przybyłych. Rady dotyczyły nie tylko pracy. Disney potrafił na przykład dawać pełne szczegółów rady, jak to lepiej nie kupować drogich, rujnujących budżet domowy samochodów, ponieważ samochód powinien być narzędziem pracy i transportu i niczym więcej. Disney widział siebie w roli patriarchy rodu, dlatego też takim ciosem były dla niego późniejsze strajki pracownicze. 


Jednocześnie jednak miał też jako szef ludzkie cechy. W Walt Disney Pictures mówiono sobie po imieniu. Tylko prawnik Guenther Lessing pozostawał znany jako Mr. Lessing. Walt nie lubił potakiwaczy, ale otwartego oporu też nie, więc ciężko się czasem było dostosować. Jego entuzjazm był jednak zaraźliwy i to rekompensowało w dużym stopniu gorsze cechy charakteru. Na zebraniach nigdy nie udawał jedynie, że słucha. Zawsze każdy mógł się wypowiedzieć, a Walt pytał wszystkich zebranych o pomysły. Nie unosił się gniewem, jeśli ktoś nie pokochał jego pomysłów. Nie widział też w sukcesach swoich podwładnych zagrożenia dla siebie. Czasami przychodził do rysowników, pracujących, jeśli goniły terminy, do późna w nocy. Niektórzy te wizyty brali za oznakę kontrolujących cech Walta. Tak naprawdę jednak jedyne, co Walt kontrolował, to stan wykonania projektu. Nie miał za złe pracownikom wykonywania pracy inaczej, niż on sam by się za to zabrał. Nie starał się ukrywać swoich nocnych wizyt w studio, tak, by zaskoczyć pracowników czy napędzić im stracha. Zostawiał zawsze w wielu miejscach notki, że znajduje się w budynku. Poza tym jego nadejście zwiastował – być może celowy – głośny kaszel. 


Nie miał też za złe pracownikom odmiennych poglądów politycznych niż jego własne. Długo zresztą nie miał ich chyba w pełni sprecyzowanych. Nieco zostało w nim po socjalizmie ojca, ale odczuwał też obawę przed komunizmem. Był agnostykiem lub ateistą, widać też, że tematy religijne go jako twórcy nie interesowały, jednocześnie jednak miał dla religii, a także instytucji religijnych sporo szacunku. Swoje córki, Diane i Sharon, zapisał do katolickich szkół dla ich renomy, nie religii. 


Zdawać się też może, że równie skromnie podchodził do tematu swojej sławy, która narastała z roku na rok. Zapytany kiedyś przez dziennikarza o swoją popularność, Walt odpowiedział:

O ile pamiętam, bycie celebrytą nigdy nie pomogło mi zrobić dobrego zdjęcia, wykonać perfekcyjnego strzału w grze w polo, ani wymóc posłuszeństwa u córki, ani nawet zaimponować mojej żonie. Nie pomaga mi to nawet pozbyć się pcheł u mojego psa.


Filmy krótkometrażowe przynosiły firmie profity lecz Disney wyraźnie pragnął coś sobie udowodnić i stworzyć zupełnie nową jakość w branży filmowej. Na początku 1935 roku zaczął rozmyślać nad pełnometrażowym filmem animowanym, czyli czymś, czego nikt na świecie dotąd nie robił. Jako że taki film wymaga rysunków znacznie wyższych lotów, szukał rysowników lepszych niż dotąd zatrudnieni, ale, zgodnie z duchem czasów i własną praktyką biznesową, nie zamierzał dużo płacić.


Disney szybko uznał, że najlepszym tematem, jaki by można opracować w pierwszym pełnometrażowym filmie animowanym jest „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, klasyczna baśń braci Grimm. Pozostawał pod urokiem opowieści od 1915 roku, gdy w Kansas City zobaczył jej niemą ekranizację. Poza tym była ona uniwersalna i zrozumiała w różnych kulturach. Jak zwykle dokładnie naszkicował wygląd i zachowanie postaci. Jako model dla księcia miał posłużyć osiemnastoletni wówczas aktor Douglas Fairbanks Jr., a dla królewny – czternastoletnia Janet Gaynor. Najszczegółowiej opisał królową, która miała być mroczną dojrzałą pięknością, stającą się szpetną i patetyczną aż do śmieszności, gdy miesza swoje trucizny. Charaktery krasnoludków opracowano przynajmniej równie szczegółowo, jak trzech małych świnek dwa lata wcześniej. Zarys scenariusza Snow White and the Seven Dwarfs był gotowy już na początku 1935 roku. Aby zwiększyć tempo prac, Walt ustanowił system premii za łączną ilość godzin pracy w tygodniu. 


Podczas pracy nad „Królewną Śnieżką”, wyczerpany Walt zaczynał odczuwać problemy z koncentracją i inne dokuczliwości podobne do tych, które zwiastowały u niego załamanie nerwowe pod koniec 1931 roku. Lekarz przepisał leki na niedoczynność tarczycy, ale pogłębiły one jedynie stany depresyjne Walta. Roy, widząc, co się dzieje, zaproponował wyjazd do Europy z żonami, zwłaszcza, że zbliżała się dziesiąta rocznica ślubu obu par. Podróż obejmowała Wielką Brytanię, Francję, Szwajcarię, Niemcy, Włochy i Holandię. O tej podróży książkę napisał m.in. Didier Ghez. 


Grupa wyruszyła z Nowego Jorku luksusowym liniowcem francuskim „Normandie” z kursem na Londyn. Była to typowa dżentelmeńska podróż edukacyjna w starym stylu (tzw. Grand Tour). W Wielkiej Brytanii (m.in. w Szkocji) Disneyowie spędzili 12 dni.


W Londynie przeżyli zabawna przygodę. By nie zrażać gospodarzy pewnego wystawnego party wyższych sfer, zaopatrzyli się z Royem w tzw. jaskółki, czyli przedpołudniowe stroje wizytowe. Bali się bowiem wypaść blado przy rozmaitych ambasadorach i dygnitarzach, którzy mieli tam być. Tamci jednak przyszli w swych zwykłych ubraniach, nie chcąc krępować „chłopaków z Hollywood”. Walt został przyjęty na audiencji przez rodzinę królewską i spotkał się z pisarzem Herbertem Georgem Wellsem.  


We Francji spędzili dziesięć dni. W Paryżu Walt otrzymał najwyższe francuskie publiczne odznaczenie, Legię Honorową, za stworzenie Myszki Miki. Jak się okazało, pewne paryskie kino grało na okrągło sześć disnejowskich kreskówek i nic poza tym. Nadciągała era globalizacji i dominacji amerykańskiej popkultury, a filmy Disney’a były zwiastunem nowych czasów. Walt był oczarowany i wzruszony, faktem że jego filmy przyjęto we Francji tak ciepło. Podobno właśnie to przekonało go ostatecznie, że publiczność jest gotowa na pełnometrażowy film animowany. Wiele radości przyniosło mu zobaczenie miejsc, które pamiętał z 1918 i 1919 roku, m.in. Strasburga. Wszędzie, czy to w Anglii, czy we Francji witały ich tłumy wielbicieli i dziennikarzy. Z Francji pojechali do Niemiec i Szwajcarii. Tamtejsza przyroda i widoki prawdopodobnie zainspirowały Walta w kwestii scenografii do późniejszej „Królewny Śnieżki”. We Włoszech Disneyowie spędzili dni dwanaście. W Rzymie zostali uroczyście przyjęci przez Benita Mussoliniego w jego monumentalnym pałacu i być może także przez papieża, ale tu eksperci nie są już zgodni. 


Po powrocie z Europy, Disney był jak nowo narodzony. Kipiał pomysłami. Większość dotyczyła „Głupiutkich symfonii”, bowiem opierała się na spostrzeżeniach dotyczących architektury i krajobrazów Europy, ale miał też pomysł na parodię Tarzana z Myszką Miki żyjącą w dżungli wśród swych zwierzęcych braci. Jednak wyzwania dotyczące „Królewny Śnieżki” coraz bardziej się piętrzyły. Problemem było to, że dotąd postacie ludzkie w produkcjach Disney’a były właściwie jedynie karykaturami, a nie realistycznymi przedstawieniami. Wyjątkiem była „Bogini wiosny” (The Goddess of of Spring) z 1934. Rezultat nie był zresztą zadowalający; Persefona wypadła sztucznie i nieprzekonująco. Problem naturalności rozwiązano, filmując wspomnianą 14 letnią dziewczynkę w takich ujęciach, w jakich pojawiać się będzie Śnieżka w filmie. Na tej podstawie kreślono rysunki wiernie imitujące prawdziwe ruchy i mimikę postaci. Zła Królowa mogła być już nieco nienaturalna. Innym problemem był płaski dwuwymiarowy obraz, który mógłby drażnić widzów, jeśli oglądaliby go nie przez 8 minut, ile mniej więcej trwały „Trzy małe świnki”, ale 80 minut, na ile planowano Królewnę Śnieżkę. Tu pomogła kamera wielopoziomowa. Jej możliwości wypróbowano przy kolejnym filmie z cyklu „Głupiutkie symfonie” zatytułowanym: „Stary młyn” (The Old Mill), gdzie daleki plan młyna przesłaniały wichury albo pasące się krowy, a przed nimi pająk budował sieć. Było to coś nowatorskiego i robiącego wrażenie. Choć fabuła była w zasadzie odtworzeniem dziwów przyrody i niczym więcej, to już same oszałamiające walory techniczne przyniosły Disneyowi kolejnego Oscara. 


Pracując nad „Królewną Śnieżką”, Disney wykazał się po raz kolejny mistrzostwem we wzmacnianiu emocji na ekranie. Poinstruował animatorów, że gdy królowa w przebraniu staruszki odwiedzi Śnieżkę, ta ma robić coś, co pokaże widzom, jak bardzo jest szczęśliwa, ponieważ nieszczęście rani bardziej, gdy się go nie spodziewamy i jesteśmy szczęśliwi. Ból zadany mu niegdyś przez Eliasa sprawił, że lepiej niż inni pojmował jak złożony jest świat emocji. Łatwo sobie wyobrazić, że również gniew i frustracja okrutnego ojca spadały na małego Walta jak grom z jasnego nieba, w chwilach gdy był początkowo szczęśliwy.


Oprócz prac nad Śnieżką jednocześnie szła pełną parą produkcja krótkometrażówek, bez których studio nie mogłoby się utrzymać. Poza tym, studio miało podpisane umowy z wydawcami – porzucenie krótszych animacji oznaczałoby kolejne problemy finansowe. Szczególnie malowniczy i zachwycający był „Żółw i zając” (The Tortoise and the Hare) w ramach „Głupiutkich symfonii”, oparty na starożytnej bajce Ezopa. W: Mickey’s Man Friday, Miki niczym Robinson Cruzoe ratuje Piętaszka. W 1935 roku pojawiła się pierwsza Myszka Miki w kolorze, czyli kreskówka The Band Concert. Donald występuje tu jako psotnik, który grając na fujarce przeszkadza orkiestrze dyrygowanej przez Mikiego. W tym początkowym zestawieniu Mickey jest wyraźnie potężniejszy od Donalda, co później ulegnie wyrównaniu. W „Mickey’s Service Station” Mickey, Donald i Goofy jako mechanicy szukają przyczyn pisku wydobywającego się z auta Pete’a. Muszą rozebrać auto na części, aż w końcu znajdują świerszcza. Następnie na szybko składają auto z powrotem, ale niestety niedokładnie. Rozpada się ono wkrótce po tym, jak Pete zasiada za kierownicą. W Mickey’s Garden Miki zmniejsza się do rozmiaru owadów, przeganianych przezeń wcześniej pestycydami, co na szczęście jest tylko złym snem. Pojawia się tam motyw zjadania przez gąsiennico-węża własnego ogona zamiast Mikiego. W Mickey’s Fire Brigade pojawia się inny znany disnejowski motyw. Goofy używany jest jako taran przez kolegów strażaków, Donalda i Mikiego, by wyważyć drzwi płonącego budynku. W Pluto’s Judgement Day, Pluto śni, że jest w piekle zarządzanym przez koty, więc potem na jawie woli się z nimi zaprzyjaźnić. W Music Land mamy wojnę krain zamieszkałych przez zantropomorfizowane instrumenty muzyczne: Wyspę Symfonii, zasiedloną przez ożywione skrzypce i harfy i Wyspę Jazzu, gdzie żyją rozmaite instrumenty dęte blaszane. Kolejna „Głupiutka symfonia”, tym razem o trzech kociętach sierotach (Three Orphan Kittens), autorstwa jednego z głównych reżyserów Disney’a, Davida Handa, została nagrodzona Oscarem.
Mimo iż poza próbami nauczenia się gry na skrzypcach w wieku dziecięcym, Disney nie miał w zasadzie muzycznego przygotowania, doskonale wyczuwał muzykę. Nie chciał, by w „Królewnie Śnieżce” ktoś co chwilę wyskakiwał z piosenką jak w musicalu, lecz by pojawiała się naturalnie i budowała napięcie niczym w dramacie muzycznym Wagnera. Disney uznał, że głos Deanny Durbin nie pasuje do Śnieżki, miała wprawdzie 14 lat, ale śpiewała jak dwudziestoletnia śpiewaczka. Bliższa jego ideału okazała się osiemnastoletnia sopranistka Adriana Caselotti. Wiosną 1936 roku prawie wszystkie siły studia były rzucone na front „Królewny Śnieżki”, co niepokoiło Roya, chociaż filmy krótkometrażowe ciągle powstawały z niezmieniona częstotliwością. Walt dobierał rysowników z taką pieczołowitością, z jaką reżyserzy filmów fabularnych dobierają aktorów. Freddy Moore był jednym ze specjalistów od krasnoludków, a Ham Luske nadał ruchom Śnieżki dziewczęcą grację. Rysownik Gustaf Tenggren tchnął w pejzaże nieco gotyckiej europejskiej barwy.


Pierwotnie wydawało się, że koszt produkcji zamknie się sumą 500 tysięcy dolarów, co odpowiada z grubsza sile nabywczej 10 milionów dzisiejszych dolarów, ale szybko okazało się, że ta kwota jest o wiele za mała na tak wielki projekt. Wielu twórców i producentów uważało, że Disney zwariował. Jednymi z nielicznych zachwyconych projektem byli W. G. Van Schmus, kierownik nowojorskiego Radio City Music Hall i Walter Wanger, producent, który przekonywał bankiera Josepha Rosenberga, by ufał Disneyom i ich projektowi i nie robił uwag co do zbyt wysokich kosztów. Rosenberg poprosił jednak, żeby Walt pokazał mu efekty dotychczasowej pracy. Pod wyraźnym naciskiem Roya, Walt zgodził się. Nie miał w zwyczaju pokazywać niedokończonych dzieł, ale tym razem uczynił wyjątek. Rosenberg obejrzał film niemal bez słowa chłodnym bankierskim okiem, by na pożegnanie wymamrotać tylko: „dziękuję, do widzenia, ten film przyniesie krocie”. 


Roy postawił na swoim także, gdy okazało się, że książę nachylający się, by wybudzić Królewnę z letargu się trzęsie, tj. obraz księcia nieco wirował; nie pozwolił „szalonemu” bratu dokonywać kolejnych kosztownych poprawek. Niektórzy, nawet w siedzibie firmy, naprawdę myśleli, że Walt zwariował. Ponoć Disney opowiadał często całą fabułę filmu od początku do końca w stanie skrajnego zamyślenia i w taki sposób, że za każdym razem wydawało się, że opowiada coś zupełnie innego. Wydawał też sprzeczne polecenia, zapewne z przepracowania. W 1936 roku Walt został zaproszony na piknik Bohemian Club, artystycznego bractwa z San Francisco. Chrapanie wydobywające się z różnych namiotów i od różnych osób posłużyło Disneyowi do stworzenia zróżnicowanych pochrapywań krasnoludków. W 1936 w studiu pojawiły się głosy, że może taniej będzie ograniczyć się do Śnieżki, księcia i złej królowej, a oszczędzić na krasnoludkach. Zwłaszcza, że niektórzy powątpiewali, czy na klasyczną bajkę będą walić tłumy – co innego na romans… Walt nie chciał nawet słyszeć o tych pomysłach. Pod koniec 1937 roku United Artists zaczęło naciskać Disney’a, by w przyszłości przekazał wszystkie swe prawa telewizyjne wytwórni. Disney, podobnie jak wówczas większość, ledwo wiedział, czym w ogóle jest to tajemnicze nowe medium, ale nie podobały mu się te naciski i mimo, iż pod koniec pracy nad gigantycznym projektem, jakim była „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, zmiana wytwórni, z którą się współpracuje jest niezbyt rozsądna, uczynił to. Wybrał RKO – choć wytwórnia ta miała opinię jednej z najgorzej zarządzanych, nie dał się zniechęcić. 


Proces tworzenia Królewny Śnieżki odbił się bardzo negatywnie na relacjach rodzinnych i zdrowiu Walta. Różni lekarze odwiedzali go w studiu kilka razy w tygodniu, czasem nawet codziennie. Mimo wszystko, w trakcie morderczej produkcji, znajdował czas na grę w polo – rzecz jasna, w ramach zdrowego wysiłku fizycznego. Jednak i uprawianie tej aktywności fizycznej zmierzało już do końca. Wszystko przez wypadek, który wydarzył się w listopadzie 1935 roku na terenie Riviera Country Club. W trakcie meczu pomiędzy drużynami MGM a ekipą Disney’a, koń przeciwnika – Gordona Westcott’a – zderzył się z wierzchowcem Walta. 31-letni mężczyzna wypadł z siodła, a koń Disney’a nadepnął na niego. Mężczyzna zmarł po trzech dniach, nie odzyskując przytomności. Miesiąc po tym wydarzeniu brat Walt’a – Roy – stwierdził, że wycofuje się z tego sportu. Sam Walt też grał coraz rzadziej, aż w maju 1938 roku stwierdził, że “praca w studiu filmowym zabiera mi tak dużo czasu, że muszę zrezygnować z polo całkowicie”. Od tego momentu, jego podstawową aktywnością sportową stał się badminton.


Choć sam Walt żył głównie wielką adaptacją baśni braci Grimm, to równolegle trwały prace nad krótkometrażowymi filmami. Do ciekawszych, zaprezentowanych w 1936 roku należały „Mickey Polo Team”, w którym animowana wersja Walta Disney’a gra przeciwko drużynie złożonej z jego bohaterów pod wodzą Mikiego. Disney’a wspierają za to Flip i Flap oraz Chaplin. Inna kreskówka z 1936 roku: Orphans’ Picnic, czyli „Piknik sierot” jest już kolejną opowieścią z sierotami w roli głównej, co by przeczyło popularnej tezie, iż Walt popadł w obsesję na temat sieroctwa po śmierci matki, co miało miejsce dopiero później, bo zmarła w 1938 roku. W 1936 roku Miki wcielił się także w alpinistę, dyrektora cyrku, a także opery, gdzie główną śpiewaczką była tłusta kura, a szkodnikiem psującym zabawy – Kaczor Donald, który śpiewać nie umie, ale chce. Inna kreskówka z tego roku, „Trzy małe wilki”, przedstawia wilka znanego z „Trzech małych świnek”, który naucza małe wilczki sztuki polowania na świnki. Co ciekawe, uczy je częściowo po niemiecku, zapewne dla zwiększenia grozy. Pojawia się także w tym roku w ramach „Głupiutkich sympfonii” postać słonia Elmera, z którego trąby wszyscy się śmieją, a który dzięki niej może ugasić pożar, zyskując szacunek innych zwierząt. Wygląda to na zapowiedź „Dumbo”, innej słoniowej opowieści o szacunku, także dla odmienności. Elmer zyskuje miłość lamparcicy, która dotąd była jedyną postacią, jaka go lubiła. Pocałunek jej i Elmera, dyskretnie zasłonięty uchem słonia, nie wzbudził jak widać obiekcji Disney’a, podobnych tym, jakie zgłosił przy „Zakochanym kundlu” równo 20 lat później. W „Mickey’s Rival” pojawia się butny i bogaty Mortimer, czyli bohater noszący imię, jakie pierwotnie niemal nadano samemu Mikiemu. Mortimer drażni byka czerwonym kocem, by zaimponować Minnie, ale gdy grozi jej prawdziwe niebezpieczeństwo, zmyka, a pomoc niesie tylko wierny i nieustraszony Mickey. „Dzień wyprowadzki” (Moving Day) zawiera przezabawny pojedynek Goofy’ego ze złośliwym pianinem. 


Ostatniego dnia 1936 roku Disneyowie doczekali się drugiej córki. Była nią Sharon Mae “Day Williams” Disney. Nie była ona ich biologiczną córką, lecz została adoptowana w wieku sześciu tygodni – fakt ten miała ukrywać w przewrażliwieniu jeszcze przez długie dekady, w zaskakującym kontraście wobec powszechności tematu zastępczych rodzin w twórczości jej ojca. Walt i Lillian zdecydowali się na adopcję, ponieważ Lillian kilka razy poroniła. Walt nie spłodził zatem licznego potomstwa, podobnie jak jego brat Roy, który miał tylko jednego syna – urodzonego w 1930 roku Roya Edwarda. 


Początki były trudne – z powodu zapalenia płuc, dziewczynka musiała spędził cały miesiąc w szpitalu. W kwestii wychowania dwóch córek, traktowali je równo, a Walt zawsze reagował impulsywnie na słowo “adopcja” – starał się utrzymać ten fakt w tajemnicy. I to do tego stopnia, że o odebranie dziewczynki ze szpitala poprosił swojego ogrodnika, pielęgniarkę która opiekowała się Diane oraz swoją siostrzenicę – Marjorie Sewell. Wszystko po to, aby nikt nie rozpoznał Walt’a, gdyby osobiście zjawił się w szpitalu. Wzajemna miłość do Sharon sprawiła, że relacje między Walt’em a jego żoną uległy polepszeniu. Nawet do tego stopnia, że po sukcesie Królewny Śnieżki zastanawiali się nad drugą adopcją. Jednak z nieznanych przyczyn, pomysł ten nigdy nie został zrealizowany.

Autor: dr Piotr Napierała

Twórczość Walta Disneya znają wszyscy. Nie każdy jednak wie, jakim był człowiekiem i jak dochodził do sukcesu, który przyczynił się do powstania legendy Disneya. Zakup biografię wizjonera z Hollywood naszego autorstwa w Audiotece lub w Empiku. W abonamencie Empik GO biografia Walta Disneya jest dostępna za darmo.