Dnia 21 grudnia 1937 roku film „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” został pokazany publiczności w Carthay Circle Theather w Los Angeles. Wywołał ogromne wrażenie. Początkowo Disney się przeraził, gdy niemal jedna trzecia widzów opuściła seans, nim upłynęło 75% czasu akcji. Odżyły wówczas lęki, że może ponadgodzinny film animowany jest jednak za długi do oglądania.

Całe szczęście okazało się, że tę jedną trzecią widzów stanowili studenci, którzy musieli wrócić do swoich akademików przed ich wieczornym zamknięciem. Film ewidentnie podobał się. Ludzie śmiali się i klaskali. Tuż po seansie wszyscy z firmy Disney’a, z wyjątkiem samego, skrajnie wyczerpanego nerwowo Walta, byli w stanie euforii. Po premierze w Hollywood mówiono tylko o Disneyu, a ludzie w całym kraju śpiewali piosenki krasnoludków-górników, zwłaszcza tę najsłynniejszą: „hej ho, do pracy by się szło” (Heigh Ho it’s off to work we go). Nawet wybredni recenzenci „New York Timesa”, słynący wówczas z powściągliwości, pisali o filmie jako o „jednym z największych osiągnięć kinematografii”, a o Disneyu jako wielkim artyście. Sam Walt z dumą przyznał, że zapewne nigdy nie stworzy równie dobrego dzieła. W następnym roku dostanie Oscara w formie specjalnie dla niego zaprojektowanej statuetki otoczonej wianuszkiem krasnoludków. „Królewna Śnieżka” była w powszechnym odbiorze największym dziełem kinowym roku 1937 roku obok „Towarzyszy broni” Jeana Renoira i „Olimpiady” Leni Riefenstahl, nakręconej przy okazji igrzysk w Berlinie. Film został szybko zdubbingowany w dziesięciu językach. W 1938 roku swoją premierę miał w Polsce, gdzie również odniósł wielki sukces. Jak donosi Paweł Sitkiewicz w swej książce Miki i myszy. Walt Disney i film rysunkowy w przedwojennej Polsce, Charlie Chaplin był w dobie polskiego dwudziestolecia międzywojennego bodaj jedyną postacią świata filmu, o której prasa rozpisywała się bardziej obficie. W Polsce filmy Disney’a cieszyły się popularnością zarówno wśród widzów, którzy pierwszy raz mieli okazję ujrzeć je na przełomie 1931 i 1932 roku, jak i dziennikarzy, którzy co najmniej dwukrotnie odwiedzili studio Walta, fotografując nawet animatora z egzemplarzem polskiego magazynu “Kino”. 
Europejscy recenzenci byli równie wylewni i zachwyceni jak amerykańscy, częściowo z wyjątkiem brytyjskich, gdyż cenzura państwowa w Zjednoczonym Królestwie uznała, że film nie nadaje się do pokazywania dzieciom, ponieważ może powodować koszmary senne. W 1938 roku uniwersytet Harvarda przyzna Disneyowi honorowy tytuł magistra nauk humanistycznych (master of arts).


Sukces miał swoją cenę. W czasie kończenia montażu „Królewny Śnieżki”, wielu pracowników sarkało na przepracowanie i kiepskie warunki. By wynagrodzić im to poświęcenie, Walt zorganizował dobrze nagłośnione medialnie ogromne przyjęcie w Narco w północnej Kalifornii. Nagle wypuszczeni na zieloną trawę rysownicy potracili głowy i w większości straszliwie się spili. Nie o taki zapewne rozgłos Waltowi chodziło.


Po sukcesie Królewny śnieżki, mimo sporych dochodów, Walt nie kreował się na snoba i bogacza. Dopóki w 1940 roku nie kupił swojego pierwszego Cadillaca, jeździł samochodami dwóch marek: Plymouth i Packard. Swoje ubrania kupował w zwykłych sklepach, nie zamawiał u krawców specjalnie dla niego szytej odzieży. Lubił też proste jedzenie, jego ulubionym była… fasola z puszki, co jak pamiętamy – było jego głównym pyżywieniem w czasie najgorszego okresu z początków animacyjnego biznesu. Jednemu z dziennikarzy powiedział nawet, że celowo nie trzymał w domu ani jednego produktu z logiem Disney’a:

Za dużo mam z tym do czynienia w pracy. Dlatego nie chcę tego w moim własnym domu. 


Wróćmy jednak do kwestii zawodowych życia Disney’a. Warunki pracy w studiu nie polepszały się. W początkach 1939 roku ze względu na brak miejsca dla rozrastającej się stale ekipy Disney’a, animatorzy musieli gnieździć się w ciasnej hali, gdzie z musu zastosowano taśmowy system pracy niczym w fabryce. Dopiero jesienią 1939 roku nastąpiła poprawa, gdy ekipa przeprowadziła się do nowego, wspaniałego studia w Burbank. Walt Disney był z niego bardzo dumny i nazywał je „studiem, które zbudowała Królewna Śnieżka.


W listopadzie 1938 roku, w rodzinie Disney’ów doszło do tragedii. Kilka miesięcy wcześniej, rodzice Walt’a – Elias i Flora – dzięki wsparciu finansowemu synów wzbogaconych na Śnieżce, wprowadzili się do nowego domu w północnej części Hollywood. Teraz mogli być bliżej swojej rodziny. Dom był spory, miał 3 sypialnie, dwie łazienki, salon i podwójny garaż. Ale co najważniejsze – jak pisał Roy do Walt’a – “dom był wyposażony w dobry system grzewczy”. Chodziło o centralny system ogrzewany gazem, a do tego – z obiegiem powietrza. Jednak tuż po tym jak starsi państwo wprowadzili się do nowego lokum, system ogrzewania domu, tak zachwalany przez Roy’a, zaczął się psuć. Flora wielokrotnie skarżyła się, że prezent podarowany jej na Boże Narodzenie nie działa tak, jak powinien. Któregoś dnia w rozmowie z ich służącą stwierdziła: “Lepiej żebyśmy to naprawili jak najszybciej, bo któregoś dnia możemy obudzić się martwi”. 


Walt i Roy wysłali do naprawy jednego z pracowników studia. Ten jednak nie znał się na rzeczy i nie rozwiązał problemu. Rankiem 26 listopada Flora poszła do łazienki przylegającej do jej sypialni. Jako że nie wracała długo, Elias wstał żeby zbadać sprawę i znalazł swoją żonę leżącą na podłodze w łazience. Momentalnie sam poczuł się źle, zatoczył się na korytarz i zemdlał. Ich służąca wyrzucała akurat śmieci na dole, gdy poczuła, że coś jest nie tak z powietrzem w domu. Wbiegła po schodach na górę, gdzie na korytarzu znalazła Eliasa. Zawołała sąsiada, a potem zadzwoniła do Roya. Starała się też otworzyć okno, jednak te się zacięło. Służącej i sąsiadowi udało się wyciągnąć nieprzytomnych państwa Disney’ów na zewnątrz, sąsiad rozpoczął sztuczne oddychanie. Elias się ocknął, ale Flora nie dawała już znaków życia. 


Jak stwierdzili potem lekarze w szpitalu, starsza kobieta zmarła z powodu zatrucia tlenkiem węgla, który wydobywał się z wadliwego grzejnika. Dla Walt’a, było to najbardziej wstrząsający moment w życiu. Jego żal potęgował fakt, że matka zmarła w domu, który dał jej własny syn, a do jej śmierci przyczynił się jego własny pracownik, który nie naprawił usterki. Jak bowiem wykazał raport przygotowany przez fachowców piec został źle podłączony. 


Kiedy kilka miesięcy wcześniej starsi państwo Disney przybyli do Los Angeles, mieli tylko jedno życzenie – zobaczyć cmentarz Forest Lawn Cemetery. To właśnie tam Walt i Roy postanowili pochować teraz matkę. W trakcie kolejnych miesięcy bracia bardzo często odwiedzali grób Flory, ale Walt nigdy nie wspominał o okolicznościach jej śmierci. Kiedy po latach Sharon zapytała ojca, gdzie pochowani są jej dziadkowie Walt warknął “Nie chcę o tym rozmawiać”. Ojciec Walta – Elias Disney – po śmierci żony popadł w letarg i coraz gorsze samopoczucie. Niedługo sam odszedł – po gwałtownej chorobie, 13 września 1941. Walt nie zjawił się na pogrzebie, nie przerwał swojej ówczesnej podróży po Ameryce Południowej. Zapewne był to ostatni przejaw buntu wobec apodyktycznego ojca. 


Trauma związana ze śmiercią matki będzie go dręczyć przez wiele lat. Jego młodsza córka Sharon wspomina, że gdy szczegółowo wypytywała ojca o tę sprawę, a miało to miejsce w 1950 roku Disney zaczął płakać rzewnymi łzami, jakby jego matka zmarła ledwie wczoraj. Innym razem zapytała go o to w biurze jedna z sekretarek, nie wiedząc, że to drażliwy temat. Był to jeden z bardzo niewielu przypadków, kiedy Walt podniósł głos na swoich pracowników, mówiąc, że nie życzy sobie wspominania kiedykolwiek tej sprawy w studiu. Niektórzy wprost sugerują, że to dlatego tak często w jego filmach bohaterowie są pół-sierotami lub sierotami, bez któregokolwiek z rodziców.


Fakt, że większość bohaterów Disney’a pochodzi z rodzin niepełnych lub wychowuje się w rodzinach niepełnych lub zastępczych zwracał i zwraca nadal uwagę wielu komentatorów i krytyków sztuki. Po tragicznej śmierci matki Walta takich bohaterów wyraźnie przybyło, choć pojawiali się już wcześniej. Jednak bywały i inne interpretacje, znacznie mniej psychologizujące, a kładące nacisk na dramatyzm ludzkich losów i życiowej walki jako tematu, który jest interesujący dla widza. Disney wyraźnie lubił wzruszać i był świadomy, że nieszczęście uderza najbardziej, gdy jesteśmy szczęśliwi, dążył do podkreślenia tychże kontrastów w swej twórczości. Czyniąc swych bohaterów sierotami, Disney odwoływał się do uniwersalnych uczuć, co czyniło jego filmy tak popularnymi wśród ludzi z różnych kultur. Feministyczna autorka Amy Richards uważała, że długie uwięzienie matki słonia Dumbo i tragiczna śmierć matki jelonka Bambi były niezbędnymi środkami artystycznymi, mającymi uprawdopodobnić dramatyczne przygody tych bohaterów. Richards pisała, że gdyby ich matki były przy nich i dawały im rady, większość przygód założonych w akcji nie miałaby sensu. Geoff Sharer, dziennikarz piszący o życiu gwiazd, twierdzi, iż Disneyowi chodziło o pokazanie, że rodzina niepełna też może być szczęśliwa. Lista niepełnych rodzin w filmach Disney’a jest faktycznie imponująca. Wystarczy wymienić choćby wychowanego bez matki Pinokia, disnejowskiego króla Artura, Maxa, syna Goofy’ego, którego wychowuje sam tylko ojciec, przy czym nie jest dokładnie wyjaśnione, co się stało z matką, choć wiadomo, że nie żyje („jest w niebie z gwiazdami”). „Mała syrenka”, czyli Ariel, i jej 6 sióstr także nie mają matki, piękna z „Pięknej i Bestii” również, podobnie Jasmine, czyli ukochana Alladyna, Pocahontas z bajki o tym samym tytule, Mowgli z disnejowskiej adaptacji „Księgi dżungli”, „dzwonnik z Notre Dame”, czyli Quasimodo, Tarzan, lew Simba z „Króla lwa”, czy rybka Nemo. Niektóre z tych produkcji powstały po śmierci Disney’a, a więc motyw ten pojawia się w zasadzie do dziś. Niemniej jednak impuls pochodził od samego Walta Disney’a. Wiele jest w jego dziełach postaci żyjących z wujami i ciotkami, a nawet wujkami wujków, jak choćby siostrzeńcy Kaczora Donalda. Sam Walt Disney miał dwie córki, wśród których jedna była adoptowana; trudno powiedzieć, czy miało to jakiś wpływ na wspomniane motywy w jego twórczości. 

Po sukcesie Śnieżki studio Disneya nadal produkowało krótkometrażówki. W Worm turns z 1937 roku Mickey jako szalony naukowiec polewa drobne zwierzęta będące w opałach substancją, która dodaje im odwagi i sił, by przeciwstawić się ich prześladowcom – pająkowi i kotu. Również i ten pomysł zadomowi się później w wielu kreskówkach.


Kaczor Donald od 1937 miał już własną serię, w której był głównym bohaterem, podobnie Goofy od 1939 roku. Nie wynikało to jedynie z popularności Donalda i Goofy’ego od pierwszej chwili, gdy pojawili się na ekranie, ale także z pewnych technicznych kłopotów z Mickiem. Wiadomo było, że Mickey i Donald przedstawiani razem mieli mniej więcej ten sam wzrost, bo tę zasadę przyjęto od razu, gdy Donald się pojawił. Nie za bardzo jednak wiedziano, jakie proporcje wzrostu mają mieć wobec siebie Mickey i bardziej zantropomorfizowany Goofy. Największym problemem był głos Mikiego. Charakterystyczny falset wydobywał z siebie sam Disney. Z wiekiem ten rejestr głosu Walta stawał się mniej przejrzysty i pewny. Dlatego wiadomo było, że jeśli Walt ma nadal mówić i śpiewać za Mikiego, to Miki nie zagra już każdej sceny na każdy temat i nie powie wszystkiego w dowolnej skali czy szybkości. Te ograniczenia próbował Disney obejść, przypisując Mikiego do produkcji bardziej baśniowych, jak „Uczeń czarnoksiężnika” (The Sorcerer’s Apprentice) na podstawie starej francuskiej baśni, będącej natchnieniem także dla Johanna Wolfganga Goethego czy Paula Dukasa. Tytułowy uczeń, zmęczony noszeniem wody próbuje zaczarować miotłę, by nosiła ją za niego, ale nie zna jeszcze dokładnie czarów i wszystko kończy się katastrofą. Co ciekawe, ta scena (razem z charakterystyczną muzyką) zostanie potem odtworzona w filmie fantasy “Uczeń czarnoksiężnika” z 2010 roku, za którą stało również studio Disney’a, główne role zagrali Nicolas Cage i Jay Baruchel. 


Wróćmy jednak do lat 30-ych XX wieku. Pod koniec 1938 roku zaczęto rozwijać poematy muzyczne (kolekcję nazwano po prostu „Fantazja”) z postaciami Disney’a z wykorzystaniem znanych dzieł muzyki klasycznej w wykonaniu kompozytora polskiego pochodzenia, Leopolda Stokowskiego. Chyba najbardziej udany był miks z symfonią pastoralną (VI) Beethovena, który na długo zapada w pamięć. Także i w tych produkcjach koncertowych kłopotliwy Mickey pojawia się jako zapchajdziura. Zresztą ostatecznie „Uczeń czarnoksiężnika” został jedną z odsłon „Fantazji”, a nie dziełem samodzielnym. Na razie więc problemy z Mikim pozostawały nierozwiązane. Do tego po liftingu z 1933 roku nie dało się już oszczędzić na symulacji ruchów Mikiego. Myszka była amerykańskim superbohaterem od ponad dekady, a Walt, który czuł się z nim głęboko związany, bardzo chciał zapobiec ewentualnemu spadkowi tej popularności. Stąd wynikała cała szamotanina. “Fantazja” już w momencie premiery w oczach wielu zyskał status arcydzieła, jednak opinie były podzielone. Charakterystyczne dla Disney’a myślenie obrazami okazało się dla wielu zbyt hermetyczne jako materiał na film pełnometrażowy.


Tymczasem Kaczor Donald w 1938 roku uzyskał już swoją pełną osobowość. Utwierdzono jego charakter jako nerwusa i raptusa, który wybucha gniewem przy byle okazji. Wykorzystano to w pełni w odcinku pod tytułem „Samokontrola” (Self-control) właśnie z tego roku. Donald zwykle jest interpretowany jako ciemna strona samego Disney’a, więc od początku budził ogromne zainteresowanie. W „Samokontroli” Donald słucha parodii jednej z już wówczas niezwykle popularnych w USA audycji o kontroli gniewu (tzw. anger management). Niestety złośliwy ptaszek zakłóca Donaldowi wypoczynek mimo nieustannego potoku rad radiowego filozofa panowania nad gniewem, co daje świetny efekt komiczny i nawiązuje do bolączek społecznych ówczesnej Ameryki. 


W „Lepszej stronie Donalda” (Donald’s Better Self) to napięcie jest jeszcze pogłębione. Z Donaldem nieustannie rozmawiają anioł i diabeł, mający podobny do niego wygląd i reprezentujący jego dobre i złe cechy. Donald-anioł namawia naszego bohatera do nauki i przyjścia punktualnie do szkoły (co jest ciekawe, ponieważ widać, że studio Disney’a nie mogło się zdecydować do końca, czy ich bohater jest „osobą” dorosłą czy dzieckiem). Donald-diabeł namawia go do spania dłużej, spóźniania się, wagarów, palenia i psot. Po wypaleniu fajki Donald czuje się niedobrze. Widząc to, anioł decyduje się na konfrontację z diabłem. Pierwsze starcie spala na panewce, ale dzięki skrzydłom, anielska wersja naszego bohatera osiąga ostatecznie zwycięstwo. Osobowość postaci Donalda, z biegiem lat coraz bardziej rozwijana, to istny temat rzeka. Pozorna niezdarność i pieniactwo kontrastują z wielkim sercem i determinacją, a także szeregiem umiejętności, jakimi Donald może się pochwalić pomimo swej opinii nieudacznika. Posiada nawet własne alter ego superbohatera, zwalczającego przestępczość – Superkwęka. Na przykładzie Donalda widzimy, w jak interesujący i bogaty sposób pogłębiano psychologię pierwotnie nieskomplikowanych postaci.


Na początku 1938 roku ujrzał światło dzienne film „Budowniczowie statków” (Boat Builders) z Donaldem, Mikim i Goofym. Klasyczny już dziś film, jeden z najsłynniejszych z tego okresu, przedstawia stoczniowców-amatorów, budujących statek, który niestety zaczyna się rozpadać w trakcie wodowania, po tym jak narzeczona Mikiego, Minnie, uderza weń butelką szampana podczas ceremonii nadawania imienia. Film ugruntował sławę wszystkich bohaterów. Szczególnie zabawny jest motyw zakochania się Goofy’ego w figurze kobiety, która ma zdobić dziób statku, tak jakby była ona żywą damą. Dominował jednak Donald, któremu w filmie „Siostrzeńcy Donalda” (Donald’s Nephews), przybyło sporo członków rodziny. Tytułowi siostrzeńcy, którzy w oryginale zwali się Huey, Dewey i Louie , a którzy w tradycji polskiej będą potem znani jako Hyzio, Dyzio i Zyzio, są przedstawieni przez znaną tylko z listu siostrę Donalda, Dumbellę jako dzieciaki czy też raczej kaczorki o anielskim charakterze. Niestety, okazują się strasznymi urwisami, których interesuje tylko granie w polo przy pomocy trójkołowych rowerków, na których pędzą z wielką prędkością. Na szczęście, a może wręcz przeciwnie, Donald znajduje podręcznik wychowania dzieci, rady jednak okazują się nieskuteczne – w ostatniej scenie książka zostaje podarta na kawałki. 


Donald wystąpił nawet w jednej z Silly Symphonies : „Matka gęsiowa przybywa do Hollywood” (Mother Goose Goes Hollywood), był więc dosłownie wszędzie. W „Matce gęsiowej” pojawiają się animowane wersje ówczesnych gwiazd Hollywood, jak na przykład Stana Laurela i Oliviera Hardy’ego, czyli słynnych Flipa i Flapa. O tym, jak ważne jest rozbudowywanie osobowości bohaterów mówił sam Disney w wywiadzie dla „New York Timesa” w marcu 1938 roku z okazji sukcesu filmu o Śnieżce: 


…naszym najważniejszym celem jest rozwinięcie w pełni określonych osobowości naszych bohaterów. Nie chcemy, by były one jedynie cieniami, czy po prostu poruszającymi się figurkami, które nie wywołają żadnych emocjonalnych wrażeń u widzów. Dajemy im prawdziwe życie przez nadawanie im ludzkich słabości, które powiększamy w zabawny sposób. Jest to więc bardziej karykatura samego życia niż karykatura konkretnych postaci….

Według Michaela Barriera, który pisał o tym w 2007 roku w swej książce o początkach animacji, później dziennikarze stwierdzili, że określenie “karykatura” brzmi w tym kontekście niedelikatnie i kontrowersyjnie i słowa Disney’a przytaczano z użyciem określenia “iluzja”.


Niektóre postacie były wzorowane na konkretnych osobach. Na przykład według wszelkiego prawdopodobieństwa nieco ślamazarny, dobroduszny Goofy był zarówno efektem pracy animatora Arta Babbitta, jak odbiciem jego charakteru. Babbitt przekształcił Goofy’ego z postaci pobocznej o nieustalonych cechach w bohatera z krwi i kości. 


Wcześniej wiadomo było tylko tyle, że ma być niezdarą, stąd imię Goofy, które w języku angielskim znaczy właśnie “niezgrabny” lub “niezdarny”. Lecz to była raczej cecha jego zewnętrznego zachowania, a nie charakteru. Należało wymyślić, dlaczego tak się on zachowuje i tym właśnie zajął się Babbitt. W dużym stopniu robił to świadomie. Zaplanował bowiem, że Goofy będzie łagodny i pomocny z natury, jakby w przeciwieństwie do wygodnickiego, egoistycznego Donalda, ale zarazem mniej od niego inteligentny i wiecznie rozkojarzony. W przeciwieństwie do bardziej zaradnych w tym względzie Donalda i Mikiego, z którymi w niedalekiej przyszłości miał zawiązać legendarne trio, kompletnie nie radził sobie w relacjach z płcią piękna, i zazwyczaj przedstawiano go jako singla. Babbitt był pod wrażeniem starań studia i samego Walta Disney’a o to, by bohaterowie mieli prawdziwą i koherentną psychikę i formację umysłową. Niezwykle za to cenił Disney’a. Niestety, poróżniła ich ostatecznie polityka, a ponieważ Disney nie miał problemów z odmiennymi opiniami, była to głównie wina Babbita. Jego odruch dobrego Samarytanina, widoczny także u Goofy’ego, zaprowadził go na pozycje tak bardzo lewicowe, że trudno było z nim wytrzymać nawet najbardziej postępowym kolegom.


W tym czasie Mickey raczej spadał do roli jednej z wielu i to wcale nie najbardziej wygadanej postaci, wbrew tytułom filmów. Widać to w „Przyczepie Mickiego” (Mickey’s Trailer), która oczywiście się odczepia, spada ze stoku itd., czy zwłaszcza w „Wielorybnikach” (the Whalers), gdzie widać wyraźną dominację Donalda i Goofy’ego, zwłaszcza gdy Goofy wpada do otworu oddechowego kaszalota i powoduje u niego kaszel, zapaliwszy w jego gardle pochodnię, by sprawdzić, gdzie się właściwie znajduje. W „Polowaniu na lisa” (Fox hunt) po raz pierwszy Goofy i Donald pojawili się bez towarzystwa Mikiego (właściwie Mickey pojawia się, ale tylko na sekundę, jako jeden z wielu łowców na koniach). 


W tym samym roku 1938 w ramach Silly Symphonies pojawił się film „Ćma i płomień” (Moth And The Flame), w którym zabawnie pokazane zostały kapelusze, które mole widzą jako podobne do kawałków mięsa i innych dań. W roku 1938 pojawił się również nowy bohater, byczek Ferdynand. Nie lubił walczyć z innymi bykami, preferując odpoczynek i wąchanie kwiatów, lecz i tak wytypowano go do walki na arenie w Madrycie, ponieważ widziano, w jaki strach i furię wpadł jednego razu. Nie wiedziano jednak, że stało się tak tylko dlatego, iż ukąsił go trzmiel. Na arenie jednak nie chciał walczyć, lecz ku rozpaczy matadora po staremu wąchał kwiatki.
Disney chciał, by jego filmy animowane były zabawne i ciekawe dla całych rodzin, tak aby również dorośli oglądając je przypominali sobie o własnym dzieciństwie:


…W naszym miejscu pracy jesteśmy pewni tylko jednego: każdy człowiek na świecie był kiedyś dzieckiem, więc planując nowe filmy, nie myślimy o dorosłych, ani nie myślimy o dzieciach. Myślimy po prostu o tej wspaniałej czystej, niezepsutej głębi każdego z nas, o której może świat kazał nam zapomnieć…  


Również w 1939 roku połowa krótkometrażówek należała do Kaczora Donalda. „Szczęśliwy dzień Donalda” (Donald’s Lucky Day) był pierwszą krótkometrażówką tego roku. Donald jest w niej listonoszem, którego bandyci próbują wykorzystać do podłożenia bomby. W tym roku Donald wystąpił też jako champion gry w hokeja, znów u boku siostrzeńców. W kolejnym filmie wprowadzono kuzyna Donalda, gąsiora Gusa, który według listu matki nie je dużo, co okazuje się mniej więcej taką prawdą, jak informacja z listu siostry Donalda z poprzedniego filmu o tym, że siostrzeńcy są grzeczni. W filmie „Piknik na plaży” (Beach Picnic) Donald przejął nawet Pluta, który występuje tam jako jego pies, a Mikiego nigdzie nie ma. Trudno o większy dowód na to, że Donald Duck stawał się wówczas bohaterem numer jeden wytwórni Disney’a. Miki odzyska swojego psa tylko na moment, w filmie „Tropiciel” (The Pointer). Siostrzeńcy stali się stałym teamem Donalda, który w „Morskich skautach” (Sea scouts) walczy u ich boku z wrednym rekinem. Nie wszystkie filmy z Donaldem były specjalnie emocjonujące i odkrywcze. Do mniej udanych należał „Pingwin Donalda” (Donald’s Penguin). Mimo to, z czternastu krótkometrażówek stworzonych w 1939 roku, Donalda nie ma tylko w pięciu z nich. W pozostałych dziewięciu jest głównym bohaterem. Trudno doprawdy o większą dominację. Nic dziwnego, że nawet w filmach propagandowych, tworzonych potem na potrzeby armii Stanów Zjednoczonych, Donald będzie grał pierwsze skrzypce. W The Autograph Hound Donald tańczy nawet irlandzkie tańce i rozmawia z animowaną wersją ówczesnej dziecięcej mega-gwiazdy, Shirley Temple. Inne ludzkie gwiazdy ówczesnego kina również pojawiają się w wersji animowanej w filmie i oddają mu swoisty hołd. W ostatnim filmie tego roku Donald potwierdza swoją pozycję jako postaci bezsprzecznie pozytywnej i wszechstronnej, która może grać nawet stróża prawa (Officer Duck). Z urwisa i nerwusa, który był kiedyś jedynie zwariowaną przeciwwagą dla Mikiego, staje się inteligentną postacią. Nawet główny wróg Mikiego, Pete, czyli Czarny Piotruś, zostaje odziedziczony przez kaczora Donalda. Tym samym Donaldowi oddano zarówno psa Mikiego, jak i jego wroga.


Tymczasem Goofy także rozwijał się jako postać. W filmie Goofy and Wilbur uczył się, że wykorzystywanie jego przyjaciela pasikonika jako przynęty na ryby nie jest dobrym pomysłem. Pluto też miał swoje pięć minut – po 1934 roku zyskując nieco autonomii, kiedy to odegrał główną rolę w Rozbrykanym psie Pluto, w sławnej już sekwencji tocząc nierówny bój z lepem na muchy. Bardziej o Plucie, niż o jego panu Mikim opowiadał też film o wystawie psów z 1939 roku. Niesforny Pluto przegrywa konkurs, ale wykazuje się bohaterstwem, ratując suczkę z pożaru. Miki w filmie mówi tylko kilka słów. 


W tym samym roku próbowano rozwijać cykl o trzech świnkach (The Practical Pig). Według powszechnej opinii – bez wielkiego sukcesu, chociaż kontynuacja jest żywa i ciekawa. Opracowano też disnejowską wersję bajki o brzydkim kaczątku.


Potężne kłopoty dla wytwórni przyszły w 1940 roku. Pełnometrażowy „Pinokio”, którego Walt uważał za większe osiągnięcie artystyczne niż „Królewnę Śnieżkę” – kosztował też nieco więcej, bo ponad dwa i pół miliona dolarów, aż 40 mln dolarów wg obecnej siły nabywczej – nie zarobił na siebie. Publiczność najwidoczniej nie utożsamiała się z bohaterem w takim stopniu, jak miał nadzieję Disney, choć nie bez znaczenia był też wpływ II Wojny Światowej na zagraniczne rynki. Pierwotna porażka bolała tym bardziej, że film stanowił prawdziwy przełom w technologii animacji. Szereg artystów oddelegowano, by zajęli się wyłącznie efektami specjalnymi, co zaowocowało między innymi realistycznym jak nigdy wcześniej obrazem wody i postaci w niej zanurzonych. W tym samym roku premierę miała także „Fantazja”, która również pochłonęła niebagatelne 2.280.000 dolarów, i również się nie obroniła pod względem kasowym. Ostrzegał przed tym Disney’a Frank Lloyd Wright , słynny architekt, któremu Walt pokazywał jeszcze nieukończone dzieło. Do nielicznych stojących zawsze przy Disney’u i poprawiających mu humor należał Henry Ford. Jego sylwetkę zaprezentujemy w publikacji, która pojawi się już w 2020 roku. 


Gdy przyszedł dzień premiery „Fantazji”, krytycy filmowi byli co prawda zachwyceni, ale już muzyczni kręcili nosami, a rodzice nie chcieli kupować biletów dla swoich pociech, gdy się dowiedzieli, że inne dzieci mają koszmary senne po Nocy na Łysej Górze (Night on a Bald Mountain), jednej z odsłon „Fantazji”, gdzie występują groźne czarownice i przerażający demon Chernabog . Ogromne koszta pochłaniał też kolejny superambitny film „Bambi”, do którego wykonano tysiące zdjęć i ujęć lasu i dzikich zwierząt, po to, by Bambi poruszał się jak prawdziwy jelonek. Disney stwierdził, że musi reperować budżet nieco mniej wymagającymi produkcjami i tak powstał pomysł bajki o słoniku urodzonym z nieproporcjonalnie wielkimi uszami, który przejdzie do historii jako „Dumbo”.


Jakim człowiekiem był Disney w 1940 roku, pokazuje relacja dziennikarza Arta Linklatera, późniejszej wielkiej sławy. Linkletter spotkał Disney’a po raz pierwszy właśnie przed premierą „Fantazji”. Dziennikarz spodziewał się tłumów czekających na emisję filmu, zastał jednak na razie tylko jednego człowieka, układającego krzesła tak, by stały w równych rzędach. Zapytał go, kiedy Disney przybędzie, na co człowiek układający krzesła odrzekł, że on jest Waltem Disneyem. Linkletter był zaskoczony skromnością Disney’a, który w przeciwieństwie do tylu innych producentów i reżyserów w Hollywood nie wydawał się być przekonany o własnej wyjątkowości i wielkości w irytująco widocznym stopniu. Wiemy też, że Walt lubił udawać się po kryjomu do kin na seanse własnych filmów, aby obserwować reakcje publiczności, uważnie oczekując chwil śmiechu, jak i wzruszenia, porównując je ze swoimi oczekiwaniami i wyciągając wnioski na przyszłość. Właśnie z myślą o widzu Disney tworzył swe filmy – i uważał to za powód do chluby, a nie wstydu.

Autor: dr Piotr Napierała

Twórczość Walta Disneya znają wszyscy. Nie każdy jednak wie, jakim był człowiekiem i jak dochodził do sukcesu, który przyczynił się do powstania legendy Disneya. Zakup biografię wizjonera z Hollywood naszego autorstwa w Audiotece lub w Empiku. W abonamencie Empik GO biografia Walta Disneya jest dostępna za darmo.