Żadne zagadnienie, które kiedykolwiek zgłębiałem, nie wymagało takiej koncentracji umysłu i do tak niebezpiecznego stopnia nie nadwyrężało mojego mózgu jak system, który miał się opierać się na nadajniku powiększającym. Włożyłem całą energię młodości w rozwój odkryć w dziedzinie pola wirującego, jednak ta młodzieńcza harówka miała inny charakter. Chociaż te wcześniejsze wysiłki były skrajnie wyczerpujące, to nie wymagały jednak takiego zapału i tak rozległej wiedzy jak projekt bezprzewodowego przesyłu energii. Pomimo mojej zaskakująco dobrej wytrzymałości fizycznej, nadszarpnięte nerwy w końcu dały o sobie znać i w konsekwencji doznałem całkowitego załamania – dokładnie wtedy, gdy byłem już blisko rozwiązania tego żmudnego i trudnego zadania.

Bez wątpienia zapłaciłbym później większą cenę i bardzo prawdopodobne, że musiałbym przedwcześnie zakończyć karierę, gdyby opatrzność nie wyposażyła mnie w coś, co nazywam „urządzeniem zabezpieczającym”. Z biegiem lat udawało mi się je udoskonalić, aby niezawodnie wkraczało do akcji, gdy tylko padałem z wyczerpania. Tak długo, jak to urządzenie działa, nie muszę się bać ryzyka związanego z przepracowaniem, które zagraża innym wynalazcom. Nawiasem mówiąc, nie potrzebuję wakacji, które są niezbędne dla większości ludzi. Kiedy czuję, że moje siły witalne prawie całkowicie mnie opuściły, po prostu robię to, co Afroamerykanie, którzy „w naturalny sposób zasypiają, podczas gdy biali ludzie się zamartwiają.


Zaryzykuje nawet sformułowanie pewnej tezy o moim “systemie bezpieczeństwa”. Myślę, że moje ciało stopniowo gromadzi pewną ilość jakiejś toksycznej substancji, powoduje ona, że zapadam w stan niemal letargiczny, który trwa pół godziny, do minuty. Po przebudzeniu mam wrażenie, jakby wszystko, co wcześniej robiłem, wydarzyło się bardzo dawno temu. Jeśli choćby spróbuję kontynuować przerwany ciąg myśli, czuję istne mdłości psychiczne. Następnie mimowolnie przechodzę do innej pracy i jestem zaskoczony świeżością umysłu i łatwością, z jaką pokonuję przeszkody, które wcześniej wprawiały mnie w konsternację. Po tygodniach lub miesiącach moja pasja do tymczasowo porzuconego wynalazku powraca i w zasadzie bez żadnego wysiłku znajduję odpowiedzi na wszystkie dokuczliwe pytania.


Przy okazji opowiem o pewnym niezwykłym doświadczeniu, które może zainteresować studentów psychologii. Za pomocą uziemionego nadajnika wywołałem zaskakujące zjawisko i starałem się ustalić jego prawdziwe znaczenie w odniesieniu do prądów wytwarzanych przez Ziemię. Wydawało się to przedsięwzięciem beznadziejnym, przez ponad rok pracowałem nieprzerwanie, ale na próżno. Te dogłębne badania pochłonęły mnie tak bardzo, że zapomniałem o wszystkim innym, nawet o moim osłabionym zdrowiu. W końcu, gdy znalazłem się u kresu załamania, natura pomogła mi zapaść w kamienny sen. Odzyskując zmysły, skonsternowany uświadomiłem sobie, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie scen z mojego życia, z wyjątkiem dzieciństwa, czyli pierwszych, które weszły do mojej świadomości. Co ciekawe, ujawniły się one z zaskakującą wyrazistością i przyniosły mi ulgę. Noc po nocy, gdy zasypiałem, myślałem o nich i pojawiało się coraz więcej wspomnień z pierwszych lat mojego życia. Obraz mojej matki był zawsze główną postacią tego spektaklu, rozwijał się on powoli a ja coraz bardziej chciałem ujrzeć ją ponownie. Uczucie to nabrało takiej mocy, że postanowiłem porzucić pracę i zaspokoić tęsknotę. Jednak nie mogłem tak po prostu oderwać się od laboratorium i ostatecznie minęło kilka miesięcy, podczas których udało mi się przypomnieć sobie wszystkie wydarzenia, aż do wiosny 1892 roku. Na następnym obrazie, który wyłonił się z mgły wspomnień, ujrzałem siebie w hotelu de la Paix w Paryżu, gdy właśnie obudziłem się z jednego z moich dziwnych snów, spowodowanych przedłużonym wysiłkiem mózgu. Wyobraź sobie ból i cierpienie, jakie odczułem, gdy w mojej głowie pojawiło się wspomnienie chwili, w której dowiedziałem się, że moja matka umiera. Przypomniałem sobie trudy długiej podróży, którą odbyłem udając się do domu bez godziny wytchnienia i jej śmierć po wielu tygodniach katuszy! Szczególnie niezwykłe było to, że przez cały ten czas, gdy miałem częściowo zatartą pamięć, bez większych problemów radziłem sobie z moimi badaniami. Potrafiłem przypomnieć sobie najdrobniejsze szczegóły i najmniej znaczące obserwacje z moich eksperymentów, a nawet recytować strony tekstu i złożone wzory matematyczne.


Święcie wierzę w prawo kompensacji. Prawdziwe nagrody są zawsze proporcjonalne do wykonywanej pracy i poświęcenia. Z tego powodu żywię przekonanie, że ze wszystkich moich wynalazków, nadajnik powiększający okaże się najważniejszy i najcenniejszy dla przyszłych pokoleń. Jest to dla mnie pewne, nie z powodu nadchodzącej rewolucji handlowej i przemysłowej – która musi nadejść – ale raczej z faktu humanitarnych konsekwencji osiągnięć, które to urządzenie umożliwi.


Rozważania o zwykłej użyteczności mają niewielki wpływ na wyższe korzyści dla cywilizacji. Mamy do czynienia z istotnymi problemami, których nie można rozwiązać tylko poprzez wpływ na naszą materialną egzystencję, choćby był on bardzo duży. Przeciwnie, postęp w tym kierunku jest pełen zagrożeń i niebezpieczeństw nie mniej groźnych niż te zrodzone z niedostatku i cierpienia. Gdybyśmy uwolnili energię atomów lub odkryli inny sposób rozwijania taniej i nieograniczonej mocy w dowolnym punkcie globu, mogłoby to nie być wcale błogosławieństwem, lecz przynieść ludzkości katastrofę, doprowadzając do chaosu i anarchii, która ostatecznie może spowodować intronizację znienawidzonego reżimu siły. Największe dobro pochodzi od ulepszeń technicznych zmierzających do zjednoczenia i harmonii, a właśnie taki jest mój bezprzewodowy nadajnik. Dzięki temu wszędzie odtworzone zostaną ludzkie głosy i obrazy. Fabryki będą napędzane siłą wodospadów oddalonych o tysiące kilometrów; maszyny powietrzne zostaną wprawione w ciągły ruch wokół Ziemi a energia słoneczna będzie wykorzystywana w celu tworzenia jezior i rzek oraz przekształcania suchych pustyń w żyzną glebę. Wprowadzenie wynalazku do zastosowań telegraficznych, telefonicznych i podobnych wyciszy statykę oraz wszystkie inne zakłócenia, które obecnie ograniczają możliwości wykorzystania sieci bezprzewodowej.


To temat aktualny, który warto rozwinąć. W ciągu ostatniej dekady wiele osób arogancko twierdziło, że udało im się pokonać tę przeszkodę. Dokładnie zbadałem wszystkie opisane ustalenia i przetestowałem większość z nich na długo przed ich publicznym ujawnieniem, jednak moje odczucia były jednakowo negatywne. Niedawne oficjalne oświadczenie Marynarki Wojennej USA być może nauczyło niektórych naiwnych redaktorów prasowych, jak oceniać tego rodzaju obwieszczenia według ich prawdziwej wartości. Z reguły próby te opierają się na teoriach tak mylnych, że gdy tylko staję się ich świadomy, nie potrafię myśleć o nich jak o poważnych przedsięwzięciach. Całkiem niedawno ogłoszono nowe odkrycie przy akompaniamencie ogłuszającej fanfary trąb, okazało się jednak, że jest to kolejny przypadek myszy, która starała się przenieść górę.
To przypomina mi ekscytujący incydent, który miał miejsce wiele lat temu, kiedy prowadziłem eksperymenty z prądami o wysokiej częstotliwości. Steve Brodie skoczył wówczas z Mostu Brooklyńskiego. Od tego czasu wyczyn ten zyskał wielu naśladowców, jednak początkowo zaszokował Nowy Jork. Byłem wtedy bardzo łatwowierny i często rozmawiałem o tym śmiałym drukarzu. W gorące popołudnie poczułem potrzebę orzeźwienia i wszedłem do jednej z trzydziestu tysięcy popularnych instytucji tego wielkiego miasta, w której serwowano pyszne 12% napoje, którymi obecnie można się delektować jedynie w drodze do biednych i zdewastowanych krajów Europy. Lokal był pełen a goście nie należeli do zbyt dystyngowanych. Dyskutowano nad sprawą, która dała mi zachwycającą sposobność do nieostrożnej uwagi:


– Tak rzekłem, gdy zeskoczyłem z mostu.
Gdy tylko wypowiedziałem te słowa, poczułem się niczym towarzysz Tymoteusza w wierszu Schillera. W jednej chwili rozpętało się piekło i tuzin głosów krzyknęło:
– To Brodie!


Rzuciłem na blat ćwierćdolarówkę i popędziłem do drzwi, jednak tłum deptał mi po piętach, krzycząc: „zatrzymaj się, Steve!” co zostało przez niektórych zrozumiane jako „zatrzymać Steve’a!”, jako że wiele osób próbowało mnie powstrzymać, gdy gorączkowo wybiegałem z lokalu. Z całych sił starałem się im uciec, przymykałem więc wąskimi uliczkami. Na szczęście udało mi się dotrzeć do laboratorium, w którym zrzuciłem płaszcz, zakamuflowałem się jako pracowity kowal i zacząłem kuć żelazo, póki gorące. Jednak te środki ostrożności okazały się niepotrzebne; Zbiegłem moim prześladowcom. Przez wiele późniejszych lat, w nocy, gdy wyobraźnia zamienia się w widmo prozaicznych problemów, często myślałem, leżąc na łóżku, jak potoczyłaby się ta historia, gdyby złapał mnie tłum i dowiedział się, że nie jestem Steve’em Brodiem!


Inżynier, który złożył niedawno relację przed instytucją techniczną na temat nowatorskiego opracowania statyki opartej na „dotychczas nieznanym prawie natury”, wydaje się tak samo lekkomyślny jak ja sam, gdy twierdziłem, że zaburzenia te rozchodzą się w górę i w dół, podczas gdy w rzeczywistości emitowane przez nadajnik biegną wzdłuż ziemi. Oznaczałoby to, że kondensator, podobnie jak Ziemia wraz z gazową otoczką, może być ładowany i rozładowywany w sposób całkowicie sprzeczny z podstawowymi naukami zawartymi w każdym podręczniku fizyki elementarnej. Takie przypuszczenie zostałoby uznane za błędne, nawet w czasach Franklina, ponieważ fakty te były wówczas dobrze znane, a zbieżność między elektrycznością atmosferyczną a tą wytworzoną przez maszyny została w pełni ustalona. Oczywiście, zarówno naturalne, jak i sztuczne zakłócenia rozprzestrzeniają się przez ziemię i powietrze w dokładnie ten sam sposób, i oba wytwarzają siły elektromotoryczne nie tylko w poziomie, lecz także w pionie. Zakłóceń tych nie można wyeliminować żadnymi metodami, które zostały zaproponowane. Prawda jest taka, że w powietrzu potencjał wzrasta w tempie około pięćdziesięciu woltów na stopę wysokości, dzięki czemu występuje różnica wynosząca dwadzieścia, a nawet czterdzieści tysięcy woltów między górnym i dolnym końcem anteny. Masy naładowanej atmosfery są w ciągłym ruchu i oddają prąd przewodnikowi, nie w sposób ciągły, ale raczej zakłócający, co powoduje zgrzytliwy hałas we wrażliwym odbiorniku telefonicznym. Im wyżej znajduje się przyłącze i im większa przestrzeń zajmowana jest przez przewody, tym wyraźniejszy uzyskuje się efekt, ale należy zrozumieć, że jest to zjawisko czysto lokalne i ma niewiele wspólnego z prawdziwymi problemami.


W 1900 roku, podczas doskonalenia mojego systemu bezprzewodowego, jedna forma aparatu składała się z czterech anten. Zostały one starannie skalibrowane do tej samej częstotliwości i połączone wielokrotnie, aby zwiększyć czułość odbioru z dowolnego kierunku. Gdy chciałem ustalić źródło przesyłanych impulsów, każda para usytuowana po przekątnej została połączona szeregowo z cewką pierwotną zasilającą obwód detektora. W pierwszym przypadku dźwięk w telefonie był głośny; w drugim – dźwięku nie było słychać wcale – zgodnie z moimi oczekiwaniami, dwie anteny neutralizowały się wzajemnie. Jednak zarówno w jednym jak i w drugim przypadku, pojawiały się trzaski, którym musiałem przeciwdziałać, stosując różne metody.


W jaki sposób udało mi się wyeliminować problem generowany przez naładowane powietrze? Już wyjaśniam, tym bardziej ochoczo, że jest to naprawdę poważna wada obecnie stosowanych konstrukcji. Otóż wystarczyło wykorzystać dwa odbiorniki połączone z dwoma punktami w ziemi, co sugerowałem już od dawna. Co więcej, dokuczliwości wszelkiego rodzaju interferencji zostały zmniejszone w ten sposób o połowę, a to dzięki kierunkowemu charakterowi obwodu.


Choć było to całkiem oczywiste, to jednak stanowiło nie lada objawienie dla niektórych prostolinijnych zwolenników „bezprzewodowości”, których doświadczenie ograniczało się do urządzeń, które można ulepszyć za pomocą topora, i którzy chcieli usunąć skórę niedźwiedzia przed jego zabiciem. Jeśli wierzyć stwierdzeniu, że wyładowania atmosferyczne powodują takie zakłócenia, łatwo można by się ich pozbyć, odbierając sygnał bez użycia anten. Jednak tak naprawdę drut zakopany w ziemi, który według tego ostatniego twierdzenia powinien być absolutnie odporny na zakłócenia, jest bardziej podatny na pewne zewnętrzne impulsy niż ten umieszczony pionowo w powietrzu. Sprawiedliwie należy stwierdzić, że poczyniono tutaj pewien niewielki postęp, lecz nie zawdzięczamy go żadnej konkretnej metodzie czy nowemu urządzeniu. Zostało to osiągnięte poprzez odrzucenie ogromnych struktur, które co prawda umożliwiają nadawanie lecz całkowicie nie nadają się do odbioru i zastosowanie bardziej odpowiedniego rodzaju odbiornika. Jednak jak wskazałem w poprzednim artykule, aby raz na zawsze zlikwidować ów problem, należy dokonać radykalnej zmiany w systemie, a im wcześniej to nastąpi, tym lepiej.


Byłaby to naprawdę fatalna sprawa, gdyby w czasie – gdy sztuka przesyłania sygnałów drogą powietrzną wciąż jeszcze raczkowała, a zdecydowana większość ludzi, wliczając nawet ekspertów, nie miała pojęcia o jej ostatecznych możliwościach – dokonano zmian w prawie, który skutkowałyby monopolem rządowym na wykorzystanie tej technologii. Sekretarz Daniels, bez wątpienia wybitny urzędnik zaproponował to kilka tygodni wcześniej i złożył apelację do Senatu i Izby Reprezentantów ze szczerym przekonaniem, iż odniesie sukces. Jednak jak wskazują powszechnie znane dowody, najlepsze rezultaty zawsze uzyskuje się w ramach zdrowej wolnorynkowej konkurencji.


Istnieją jednak wyjątkowe powody, dla których bezprzewodowy dostęp do sieci powinien mieć jak największą swobodę rozwoju. Przede wszystkim oferuje on niewspółmiernie większe i istotniejsze perspektywy poprawy ludzkiej egzystencji niż jakikolwiek inny wynalazek lub odkrycie w dziejach. Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że ta cudowna sztuka rozwinęła się w całości w tym kraju i nazwanie jej „amerykańską”, będzie bardziej adekwatne niż w przypadku telefonu, lampy żarowej czy samolotu. Mimo to śmiali rzecznicy prasowi oraz pośrednicy giełdowi odnieśli tak duże sukcesy w rozpowszechnianiu dezinformacji, że nawet tak znakomity periodyk, jak czasopismo „Scientific American”, wyraził najwyższe uznanie dla uczonych z innych państw. Oczywiście Niemcy dali nam fale Hertza, a eksperci rosyjscy, angielscy, francuscy i włoscy szybko wykorzystali je do celów sygnalizacyjnych. Było to oczywiste zastosowanie nowego czynnika, którego dokonano za pomocą starej, klasycznej i nieulepszonej cewki indukcyjnej – niewiele więcej niż inny rodzaj heliografii. Promień transmisji cechował się znacznym ograniczeniem, osiągnięte wyniki miały niewielką wartość, a oscylacje Hertza jako medium przekazywania informacji wywiadowczych można było z powodzeniem zastąpić falami dźwiękowymi, co zresztą sam zalecałem w 1891 roku. Co więcej, wszystkie te próby podjęto po upływie trzech lat od chwili ustaleniu podstawowych zasad systemu bezprzewodowego, który jest obecnie powszechnie stosowany, a jego potężne narzędzia zostały jasno opisane i opracowane w Ameryce. Dziś nie znajdziemy żadnych śladów urządzeń i metod Hertza. Podążyliśmy bowiem w zupełnie innym kierunku, a wszystkie osiągnięcia zawdzięczamy twórczemu wysiłkowi obywateli tego kraju. Podstawowe patenty wygasły, czyli możliwości są otwarte dla wszystkich. Główny argument sekretarza stanowi możliwość ingerencji. Odnosząc się do jego oświadczenia, opublikowanego w „New York Herald” z 29 lipca, należy stwierdzić, iż sygnały z potężnej stacji mogą zostać przechwycone w każdej wiosce na świecie. Z uwagi na ten fakt, który wykazałem w moich eksperymentach z 1900 roku, nałożenie ograniczeń w Stanach Zjednoczonych nie miałoby większego sensu.


Rzucając światło na tę kwestię, mogę wspomnieć, że dopiero niedawno dziwnie wyglądający dżentelmen spotkał się ze mną w celu pozyskania moich usług do budowy światowych nadajników w odległych krainach.


– Nie mamy pieniędzy – powiedział – mamy jednak całe samochody litego złota, które możemy ci zaoferować. Powiedziałem mu, że chciałbym najpierw zobaczyć, co się stanie z moimi wynalazkami w Ameryce, co okazało się pretekstem do zakończenia rozmowy. Jestem jednak zadowolony z działania jakichś ciemnych mocy, ponieważ wraz z upływem czasu utrzymanie ciągłej komunikacji będzie coraz trudniejsze. Jedynym rozwiązaniem jest system odporny na zakłócenia. Został on dopracowany, istnieje i wszystko, co należy zrobić, to go uruchomić.


Wizja straszliwego konfliktu nadal panuje w ludzkich umysłach i być może największe znaczenie, jakie zostanie przypisane nadajnikowi powiększającemu, to jego zastosowanie jako maszyny do ataku i obrony, szczególnie w połączeniu z teleautomatyką. Wynalazek ten stanowi logiczną sumę moich obserwacji rozpoczętych w dzieciństwie i trwających przez całe życie.

Kiedy opublikowano pierwsze wyniki, w artykule wstępnym w „Electrical Review” stwierdzono, że stanie się on jednym z „najsilniejszych czynników rozwoju cywilizacji”. Nie upłynie wiele lat, zanim ziści się ta prognoza. W 1898 i 1900 roku rząd usłyszał propozycję otrzymania wynalazku, która mogła zostać przyjęta. Tak się bowiem składa, że jako jeden z nielicznych zawsze mogłem liczyć na Aleksandra Shepherda (wpływowego lidera obywatelskiego z Waszyngtonu). W tym czasie naprawdę myślałem, że mój wynalazek zlikwiduje wojnę przez swoją nieograniczoną, destrukcyjną moc i przez możliwość wyeliminowania człowieka z bezpośredniego uczestnictwa w walce. Choć obecnie nie straciłem wiary w jego potencjał, jednak moje poglądy w tej sprawie uległy zmianie.


Wojny nie da się uniknąć, dopóki fizyczna przyczyna jej ponownego wystąpienia nie zostanie usunięta, a w ostatecznym rozrachunku przyczyną tą jest ludzkość zamieszkująca ogromną część planety. Jedynie wyeliminowanie każdego rodzaju dystansu w formie, takiej jak przekaz informacji, transport pasażerów i zaopatrzenie oraz przesył energii, doprowadzi pewnego dnia do pojawienia się warunków, które umożliwią trwałość przyjacielskich relacji na całym świecie. Rzeczą, której teraz najbardziej potrzebujemy jest bliższy kontakt i lepsze zrozumienie między jednostkami i społecznościami na całej Ziemi, musimy także walczyć z fanatycznym oddaniem dla wzniosłych ideałów narodowego egoizmu i dumy, które to zjawiska od zawsze pogrążają świat w walce i pierwotnym barbarzyństwie. Żadne przymierze ani żaden akt parlamentarny nie jest w stanie zapobiec takiej katastrofie. Są to jedynie nowe regulacje zdające słabszych na łaskę silniejszych. Wypowiedziałem się w tym temacie 14 lat temu, kiedy to połączenie kilku wiodących rządów – swego rodzaju Święte Przymierze – zostało poparte przez zmarłego Andrew Carnegiego, którego można uznać za ojca tego pomysłu, nadał mu bowiem większy rozgłos niż ktokolwiek inny przed działaniami prezydenta. Chociaż nie można zaprzeczyć, że taki pakt może przynosić korzyści materialne niektórym mniej szczęśliwym narodom, niezdolny jest on do osiągnięcia głównego celu. Pokój może nastąpić tylko jako naturalna konsekwencja powszechnego oświecenia i połączenia narodów, a my wciąż jesteśmy daleko od realizacji tej błogiej idei.


Gdy patrzę na dzisiejszy świat, w świetle gigantycznej walki, której byliśmy świadkami, jestem przekonany, że interesom ludzkości najlepiej by służyło, gdyby Stany Zjednoczone pozostały wierne swoim tradycjom i trzymały się z daleka od uczestnictwa w skomplikowanych sojuszach. Położenie geograficzne z dala od teatrów wojennych nieuchronnie nadciągających konfliktów, brak bodźca do rozszerzania terytorium, niewyczerpane zasoby, ogromna populacja głęboko nasycona duchem wolności i prawości – wszystkie te czynniki sprawiają iż kraj ten zajmuje wyjątkową i uprzywilejowaną pozycję. Może zatem samodzielnie decydować o użyciu swej kolosalnej mocy i siły moralnej z korzyścią dla wszystkich, w sposób bardziej rozsądny i skuteczny niż jako członek Ligi Narodów.


W jednym ze szkiców biograficznych, opublikowanym w „Electrical Experimenter”, rozmyślałem nad moimi latami młodzieńczymi i opowiedziałem o chorobie, która zmusiła mnie do nieustannego ćwiczenia wyobraźni i samoobserwacji. Ta aktywność mentalna, początkowo mimowolna pod presją choroby i cierpienia, stopniowo stała się moją drugą naturą i ostatecznie doprowadziła mnie do uznania, że jestem zaledwie automatem pozbawionym wolnej woli w myślach i działaniu, wyczulonym jedynie na siły otoczenia. Nasze ciała cechują się tak złożoną budową, ruchy, które wykonujemy, są tak liczne i zawiłe, a wrażenia odbierane przez nasze zmysły są tak delikatne i nieuchwytne, że przeciętny człowiek nie jest w stanie pojąć tego faktu. A przecież dla wyszkolonego badacza nie ma nic bardziej przekonującego niż mechanistyczna teoria życia, którą w pewnym sensie już 300 lat temu wysunął Kartezjusz. Jednak w jego czasach wiele ważnych funkcji naszego organizmu pozostawało jeszcze nieodkrytych, a filozofowie błądzili po omacku zwłaszcza w jeśli chodzi o zagadnienia natury światła oraz budowy i działania oka.


W ostatnich latach postęp badań naukowych w tych dziedzinach nie pozostawia wątpliwości co do tego poglądu, na temat którego opublikowano wiele prac. Jednym z najzdolniejszych zwolenników tej teorii jest Felix Le Dantec, niegdyś asystent Pasteura. Profesor Jacques Loeb przeprowadził niezwykłe eksperymenty z heliotropizmem, jasno wykazując, że światło kontroluje ruch niższych form organizmów, a jego najnowszą książkę, „Forced Movements”, należy uznać za naprawdę odkrywczą. O ile jednak naukowcy akceptują tę teorię tak łatwo jak każdą inną, to dla mnie jest ona prawdą, którą potwierdzam każdym moim czynem, a nawet myślą.


Nieustannie towarzyszy mi świadomość istnienia zewnętrznego bodźca skłaniającego mnie do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego lub psychicznego. Tylko w bardzo rzadkich przypadkach, kiedy znajdowałem się w stanie wyjątkowej koncentracji, miałem trudności ze zlokalizowaniem tych pierwotnych impulsów.


Przytłaczająca większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, co dzieje się wewnątrz ich organizmów. Skutkiem tego miliony padają ofiarami chorób i umierają przedwcześnie. Najbardziej powszechne codzienne zdarzenia wydają się im tajemnicze i niewytłumaczalne. Człowiek czuje nagły przypływ smutku i z całych sił próbuje znaleźć wytłumaczenie, chociaż powinien zauważyć, że jest to spowodowane chmurą, która zasłania promienie słoneczne.


Taki człowiek może ujrzeć w wyobraźni obraz bliskiego mu przyjaciela w niecodziennych warunkach, gdy tymczasem na krótko przed tym minął go na ulicy lub zobaczył gdzieś jego zdjęcie. Gdy zgubi guzik kołnierza, awanturuje się i klnie przez godzinę, nie będąc w stanie przypomnieć sobie wcześniejszych działań i bezpośrednio zlokalizować utraconego przedmiotu. Niedostateczna obserwacja stanowi formę ignorancji i jest odpowiedzialna za wiele chorobliwych pojęć i głupich pomysłów. Z pewnością nie więcej niż jedna osoba na dziesięć jest na tyle oświecona by nie wierzyć w telepatię i inne zjawiska parapsychologiczne, spirytyzm i możliwość kontaktu z umarłymi oraz odrzuca słowa wyrachowanych oszustów. Aby zilustrować, jak głęboko zakorzeniona jest ta tendencja, nawet wśród beztroskiej społeczności amerykańskiej, pozwolę sobie wspomnieć o pewnym komicznym incydencie.


Krótko przed wojną, wystawa moich turbin w pewnym mieście wywołała rozległy komentarz w opracowaniach technicznych, spodziewałem się zatem, że producenci będą się zabijać o ten wynalazek. Sam oczekiwałem konkretnych propozycji ze strony znanego mężczyzny z Detroit, który posiadł niesamowitą zdolność gromadzenia milionów. Byłem tak pewny tego iż pojawi się on któregoś dnia, że podzieliłem się swoim przekonaniem z moim sekretarzem i asystentami. Pewnego ranka grono inżynierów z Ford Motor Company zgłosiło się z prośbą o omówienie ze mną ważnego projektu.


– A nie mówiłem? – zwróciłem się triumfalnie do moich pracowników, a jeden z nich odrzekł:
– Jest pan niesamowity, panie Tesla; wszystko dzieje się dokładnie tak, jak pan przewiduje.
Natychmiast po przywitaniu tych mężczyzn, zacząłem wychwalać cudowne cechy mojej turbiny, gdy przedstawiciele przerwali mi i powiedzieli:
– Wiemy na ten temat wszystko, przybywamy jednak z inną sprawą. Utworzyliśmy organizację psychologiczną w celu zbadania zjawisk psychicznych i chcemy, abyście przyłączyli się do nas w tym przedsięwzięciu.


Przypuszczam, że inżynierowie ci nigdy nie dowiedzieli się, jak niewiele brakowało bym od razu wyrzucił ich z biura.


Odkąd dowiedziałem się od niektórych z największych ludzi tamtych czasów, przywódców nauki o nieśmiertelnych imionach, że posiadam niezwykły umysł, skupiłem wszystkie swoje myśli na rozwiązywaniu wielkich problemów bez względu na poświęcenie. Przez wiele lat starałem się rozwikłać zagadkę śmierci i niecierpliwie czekałem na jakichkolwiek duchowy fakt. Jednak tylko raz w ciągu mojego życia doświadczyłem zjawiska, które chwilowo uznałem za nadprzyrodzone.


Zdarzyło się to w chwili śmierci mojej matki. Byłem całkowicie wyczerpany bólem i długim czuwaniem. Pewnej nocy zabrano mnie do budynku znajdującego się około dwóch przecznic od naszego domu. Gdy tak leżałem bezradny, pomyślałem, że jeśli moja matka umrze, gdy będę z dala od jej łóżka, z pewnością da mi znak. Dwa lub trzy miesiące wcześniej przebywałem w Londynie w towarzystwie mojego przyjaciela, sir Williama Crookesa, dyskutowaliśmy wówczas o spirytyzmie i moja uwaga skupiła się całkowicie na analizowaniu tego typu zjawisk. Mogłem nie zwracać uwagi na opinie innych ludzi, jednakże byłem podatny na argumenty Crookesa, ponieważ to jego epokowa praca nad promienną materią, którą przeczytałam jako student, skłoniła mnie do podjęcia kariery „elektrycznej”. Uznałem, że warunki do spojrzenia w zaświaty są jak najbardziej sprzyjające, ponieważ moja matka była genialną kobietą, wyróżniającą się doskonałą intuicją. Przez całą noc mój mózg czuwał w napięciu, jednak nic nie wydarzyło się aż do rana. Gdy w końcu zasnąłem, a może omdlałem, ujrzałem chmurę niosącą anielskie, cudownie wyglądające postacie. Jedna z nich patrzyła na mnie czule i stopniowo przybierała oblicze mojej matki. Zjawisko zawisło powoli nad pokojem i zniknęło, a mnie przebudziła nieopisanie słodka pieśń wielu głosów. W tej chwili byłem całkowicie pewny, że moja matka właśnie zmarła. I tak właśnie się stało.


Nie byłem w stanie zrozumieć olbrzymiego ciężaru bolesnej wiedzy, którą otrzymałem z góry. Napisałem list do Sir Williama Crookesa, będąc jeszcze pod silnym wpływem tych wydarzeń, ponadto nie odzyskałem jeszcze pełni sił. Gdy wyzdrowiałem, długo szukałem przyczyny tej dziwnej sytuacji i ku mojej wielkiej uldze, po wielu miesiącach bezowocnych wysiłków odniosłem sukces. Ujrzałem obraz słynnego artysty przedstawiający alegorycznie jedną z pór roku w formie chmury z grupą aniołów, która zdawała się unosić w powietrzu, byłem poruszony tym widokiem. Za wyjątkiem podobizny mojej matki, dokładnie to samo ukazało się w moim śnie. Muzyka pochodziła z występu chóru w pobliskim kościele podczas mszy wielkanocnej, co wyjaśniło wszystko w sposób zgodny z faktami naukowymi. Wydarzyło się to dawno temu i nigdy nie miałem najmniejszego powodu, aby zmienić poglądy na temat zjawisk psychicznych i duchowych, gdyż absolutnie nie ma do tego podstaw. Wiary nie można uznać za naturalne następstwo rozwoju intelektualnego. Dogmaty religijne nie są już akceptowane w ich ortodoksyjnym znaczeniu, jednakże każda jednostka chce wierzyć w pewnego rodzaju najwyższą moc. Wszyscy musimy mieć ideał, który będzie rządził naszym postępowaniem i zapewniał zadowolenie, nie ma jednak znaczenia, czy jest to wyznanie wiary, sztuka, nauka czy cokolwiek innego, o ile spełnia funkcję siły dematerializującej. Dla pokojowego istnienia ludzkości jako całości musi zwycięży jedna spójna koncepcja.


Ponieważ nie udało mi się uzyskać żadnych dowodów na poparcie twierdzeń psychologów i spirytystów, wykazałem w pełni automatyzm życia, nie tylko dzięki ciągłym obserwacjom działań poszczególnych jednostek, ale jeszcze bardziej ostatecznie za pomocą pewnych uogólnień. Sprowadzają się one do odkrycia, które uważam za najwspanialszy moment dla społeczeństwa ludzkiego i który pokrótce rozważę.


Pierwszy raz zrozumiałem tę zadziwiającą prawdę, gdy byłem jeszcze bardzo młodym mężczyzną, jednak przez wiele lat interpretowałem swoje obserwacje, jako zwyczajny zbieg okoliczności. Mianowicie, ilekroć ja lub osoba, do której byłem przywiązany, bądź idea, której byłem oddany, została zraniona lub obrażona przez innych w najbardziej niesprawiedliwy sposób, jaki można sobie wyobrazić, doświadczałem szczególnego i nieokreślonego bólu, który z braku lepszego określenia zakwalifikowałem jako „kosmiczny”. Wkrótce potem w każdym przypadku ci, którzy zadali ten ból, wpadali w tarapaty. Po wielu takich sytuacjach zwierzyłem się przyjaciołom, którzy mieli okazję przekonać się o prawdziwości teorii, którą stopniowo formułowałem i którą można wyrazić w kilku następujących słowach.


Nasze ciała mają podobną budowę i są narażone na te same wpływy zewnętrzne. Powoduje to podobieństwo reakcji i ogólnych działań, na których opierają się wszystkie nasze prawa i normy społeczne. Jesteśmy automatami całkowicie kontrolowanymi przez siły, które są bezwładne niczym korki rzucone na powierzchnię wody, mylimy jednak wypadkową zewnętrznych impulsów z wolną wolą. Ruchy i inne czynności, które wykonujemy, są zawsze środkami ratującymi życie i chociaż pozornie jesteśmy całkiem od siebie niezależni, to łączy nas niewidzialne ogniwo. Tak długo, jak organizm znajduje się w idealnym stanie, poprawnie reaguje na czynniki, które go pobudzają. Jednak w chwili, gdy u danej osoby pojawi się jakieś zaburzenie, jej zdolność do samozachowawczości zostaje osłabiona. Wszyscy rozumieją oczywiście, że jeśli ktoś jest głuchy, ma osłabiony wzrok lub kontuzje kończyny, maleją szanse na jego przeżycie. Stwierdzenie to jest również prawdziwe, w przypadku pewnych defektów mózgu, które w mniejszym lub większym stopniu ograniczają automatyzm zachowań, a przez to są jeszcze bardziej destrukcyjne. Człowiek to bardzo wrażliwa i spostrzegawcza istota, złożona z wielu współgrających ze sobą mechanizmów. Została ona obdarzona ponadprzeciętnym zmysłem mechanicznym umożliwiającym jej unikanie niebezpieczeństw subtelnych i prawie niedostrzegalnych. Kiedy wchodzi w kontakt z innymi, których organy kontrolne są radykalnie wadliwe, zmysł ten daje sygnał w postaci „kosmicznego” bólu. Teza ta została poparta setkami przypadków i zachęcam innych studentów przyrody do poświęcenia uwagi temu zagadnieniu, wierząc, że dzięki połączonemu i systematycznemu wysiłkowi osiągnięte zostaną wyniki o nieocenionej dla świata wartości.


Na pomysł skonstruowania automatu do potwierdzenia mojej teorii wpadłem dość wcześnie, jednak aktywną pracę nad nim podjąłem dopiero w 1893 roku, kiedy to rozpocząłem badania nad tematyką bezprzewodową. W ciągu kolejnych dwóch lub trzech lat zbudowałem wiele automatycznych mechanizmów uruchamianych na odległość, które prezentuję jako eksponat zwiedzającym moje laboratorium. W 1896 roku zaprojektowałem kompletną maszynę zdolną do wykonywania wielu operacji, jednak pracowałem nad nią prawie do końca 1897 roku. Maszyna ta została zilustrowana i opisana w moim artykule w „Century Magazine” z czerwca 1900 roku oraz w innych czasopismach z tamtych czasów, a jej pierwsza prezentacja na początku 1898 roku, wywołała sensację, jakiej nie spowodował żaden inny mój wynalazek.


W listopadzie 1898 roku udzielono mi podstawowego patentu na nowatorską umiejętność, jednak stało się to dopiero wtedy, gdy Główny Egzaminator przyjechał do Nowego Jorku i ujrzał pokaz. Pamiętam, że gdy później wykonałem telefon do urzędnika w Waszyngtonie, aby zaoferować rządowi mój wynalazek, ten wybuchnął śmiechem, gdy powiedziałem mu, co osiągnąłem. Nikt wtedy nie sądził, że istnieje choćby nikła perspektywa udoskonalenia tego urządzenia. Niefortunnie w tym patencie, za radą swoich prawników, wskazałem, że kontrola sprawowana jest za pomocą jednego obwodu i jednego dobrze znanego czujnika, nie zapewniając sobie wtedy jeszcze ochrony praw patentowych dla moich rozwiązań. W rzeczywistości moje łodzie były kontrolowane przez wspólne działanie kilku obwodów, dzięki czemu wykluczyłem wszelkiego rodzaju zakłócenia. Najogólniej rzecz opisując, stosowałem obwody odbiorcze w postaci pętli, w tym skraplacze, ponieważ wyładowania mojego nadajnika o wysokim napięciu jonizowały powietrze w hali, tak że nawet bardzo mała antena pobierała energię elektryczną z otaczającej ją atmosfery przez wiele godzin. Odkryłem na przykład, że żarówka o średnicy 12 cali, bardzo zużyta z jednym pojedynczym zaciskiem, do którego przymocowano krótki przewód, mogłaby dostarczyć nawet tysiąc kolejnych błysków przed zneutralizowaniem wszystkich ładunków znajdujących się w przestrzeni laboratorium.


Pętla odbiornika nie była wrażliwa na takie zakłócenia i – co ciekawe – w ostatnim czasie zyskała na popularności. W rzeczywistości zbiera znacznie mniej energii niż anteny lub długi uziemiony przewód, jednak zdarza się, że usuwa wiele wad właściwych dla obecnych urządzeń bezprzewodowych. Podczas prezentacji mojego wynalazku szerszej publiczności, poprosiłem gości, żeby zadawali pytania – niezależnie od tego, jaki mieli zawód czy zainteresowania, automat odpowiadał na ich pytania znakami. W tamtych czasach uważano to za magię, ale było to bardzo proste, ponieważ to ja udzielałem odpowiedzi za pomocą urządzenia. W tym samym okresie zbudowano kolejną większą łódź teleautomatyczną, której zdjęcie pokazano w wydaniu „Electrical Experimenter”. Była kontrolowana przez pętle, mające kilka zwojów, umieszczone w całkowicie wodoszczelnym i zdolnym do zanurzenia kadłubie. Maszyneria przypominała tę zastosowaną w pierwszej wersji z wyjątkiem niektórych specjalnych cech, jak na przykład żarówki, które wprowadziłem aby dawały namacalne dowody prawidłowego funkcjonowania urządzenia. Automaty te, kontrolowane w zasięgu wzroku operatora, stanowiły pierwszy i dość prymitywny krok ewolucji sztuki teleautomatyki, w kierunku który sobie obrałem.


Kolejny krok stanowiło zastosowanie tych urządzeń do automatycznych mechanizmów tam, gdzie nie można było ich zauważyć ze względu na odległość od ich ośrodka sterowania. Od tamtej pory opowiadałem się za ich wykorzystaniem jako narzędzi walki zamiast broni palnej.


W sposób co prawda niedoskonały, przy pomocy istniejących bezprzewodowych instalacji elektrycznych, można uruchomić samolot, wytyczyć mu określony przybliżony kurs i wykonać pewne operacje w odległości setek mil. Maszynę tego rodzaju można również kontrolować mechanicznie na kilka sposobów i nie mam wątpliwości, że może okazać się ona przydatna na wojnie. Jednak, o ile mi wiadomo, nie istnieją jeszcze żadne narzędzia, za pomocą których taki cel mógłby zostać osiągnięty w precyzyjny sposób. Poświęciłem wiele lat na badania tej materii i rozwinąłem wiedzę, dzięki której takie pozornie niewyobrażalne rzeczy byłyby łatwe do zrealizowania.


Jak już wcześniej wspomniałem, podczas studiów na uniwersytecie, wpadłem na pomysł maszyny latającej zupełnie innej niż te spotykane obecnie. Podstawowa zasada jej działania opierała się na wykorzystaniu dźwięku, ale nie mogłem jej ukończyć, gdyż w tamtym czasie nie dysponowałem napędem o odpowiednich parametrach. W ostatnich latach z powodzeniem rozwiązałem ten problem i obecnie planuję maszyny, które nie będą już potrzebowały ani skrzydeł, ani śmigieł, ani innego rodzaju, zewnętrznego napędu. Mimo braku takich części, moje urządzenia będą mogły osiągać ogromne prędkości i prawdopodobnie dostarczą potężnych argumentów na rzecz pokoju w najbliższej przyszłości. Tego typu maszyna unosząca się w powietrzu i napędzana poprzez właściwą reakcję może być sterowana mechanicznie lub bezprzewodowo. Budując odpowiednie stacje, z których będą one startować, możliwe będzie wystrzelenie tego rodzaju pocisku w powietrze i upuszczenie go niemalże w ściśle wyznaczonym miejscu, które może znajdować się tysiące mil od niego. Lecz nie zatrzymamy się na tym. Teleautomaty zostaną ostatecznie wyprodukowane i będą zdolne do działania w taki sposób, jakby posiadały własną inteligencję, a ich nadejście spowoduje rewolucję.

Jak już wspominałem, w czasie studiów zaprojektowałem maszynę latającą zupełnie inną od współczesnych konstrukcji. Podstawą jej działania był dźwięk, ale nie mogłem jej ukończyć z powodu braku odpowiedniej jakości napędu. W ostatnich latach udało mi się rozwiązać ten problem i obecnie projektuję maszyny latające, które w przeciwieństwie do dzisiejszych samolotów nie będą potrzebowały skrzydeł, śmigieł i innego zewnętrznego oprzyrządowania, aby rozwijać ogromne prędkości i w niedalekiej przyszłości dostarczą silnych argumentów na rzecz pokoju. Mogą być one sterowane zarówno mechanicznie, jak i za pomocą energii bezprzewodowej. Budowa odpowiedniego rodzaju elektrowni umożliwi skonstruowanie pocisku, który wzniesie się w powietrze i uderzy niemal idealnie w wyznaczony cel, oddalony nawet o całe tysiące mil. Nie zamierzamy jednak na tym poprzestać. Teleautomaty docelowo będą zdolne do działania w taki sposób, jakby posiadały własną inteligencję, a ich pojawienie się spowoduje prawdziwą rewolucję.


Już w 1898 roku zaproponowałem przedstawicielom dużego zakładu produkcyjnego budowę i publiczną prezentację pojazdu, który mógłby bez kontroli człowieka wykonywać różnorodne operacje, wśród nich niektóre przypominałyby rozeznawanie się czy osąd (uwaga od polskiego wydawcy: Tesla ma w tym miejscu na myśl prawdopodobnie sztuczną inteligencją). Jednak moja propozycja została wówczas uznana za nieprawdopodobną i nic z tego nie wyszło.


Obecnie wiele najznakomitszych umysłów pracuje nad sposobem w jaki można zapobiec powtórzeniu się okropnego konfliktu, który zakończono tylko w teorii, a którego czas trwania i główne problemy prawidłowo przewidziałem w artykule wydrukowanym w „The Sun” 20 grudnia 1914 roku. Proponowany sojusz nie stanowi lekarstwa, a wręcz przeciwnie, w opinii wielu kompetentnych ludzi, może przynieść rezultaty wręcz odwrotne. Szczególnie godne ubolewania jest to, że określając warunki pokoju, przyjęto politykę karną, jako że za kilka lat możliwa będzie wojna bez armii, statków lub pistoletów, lecz za pomocą broni o wiele straszniejszej, o destrukcyjnym działaniu i praktycznie nieograniczonym zasięgu. Miasto w dowolnej odległości od wroga może zostać przez niego zniszczone i żadna moc na ziemi go nie uratuje. Jeśli chcemy uniknąć nadchodzącego nieszczęścia i stanu rzeczy, który może przekształcić ten świat w piekło, powinniśmy przyspieszyć rozwój latających maszyn i bezprzewodowego przesyłu energii bez chwili zwłoki, z całą mocą i angażując wszystkie zasoby narodu.

Jeśli chcesz poznać dalsze losy serbskiego wizjonera to zakup biografię powstałą w całości na bazie jego tekstów. Biografia ta jest dostępna w Storytel, Audiotece lub w Empiku. W abonamencie Empik GO biografia Nikola Tesli jest dostępna za darmo.