Już w dzieciństwie Steve Wozniak marzył o zostaniu inżynierem, co z pewnością było sporą zasługą ojca, który często powtarzał: „Jako inżynier możesz zmienić zarówno swój świat, jak i sposób życia wielu innych ludzi”. Rozpalało to wyobraźnię małego chłopca, który po latach – już jako dorosły – przyzna:

Do dziś uważam, że inżynierowie należą do arcyważnych ludzi na świecie.

Steve zawsze podchodził z dużą dozą empatii i otwartości do potrzeb innych, dlatego też perspektywa dokonania wielkich rzeczy dla dobra ludzkości stanowiła dla niego idealny plan na przyszłość.

Wyjątkowy talent młodego Steve’a stał się z czasem tematem wielu anegdot, z których część zapewne jest prawdziwa, a niektóre nieco wyolbrzymione i podkoloryzowane. Bez wahania można jednak stwierdzić, że nawet jeśli nie był dzieckiem zapowiadającym się na przyszłego geniusza, to wyróżniała go ponadprzeciętna dociekliwość i chęć zgłębienia różnych dziedzin wiedzy. Ze wspomnień z tamtego okresu wyłania się portret ciekawskiego chłopca, który często wątpił, sprawdzał i nigdy nie rezygnował z podejmowania kolejnych prób i eksperymentów, do których wiele osób straciłoby cierpliwość. Pod tym względem miał w sobie coś z postaci tej miary co Thomas Edison, Nikola Tesla, Ferdynand Porsche, Benjamin Franklin czy Henry Ford. (…)

Steve uwielbiał bujać w obłokach, zastanawiając się nad tym, nad czym inni przechodzili do porządku dziennego. Chadzał ścieżkami, po których przed nim kroczyli inni odkrywcy i badacze – tacy, którzy nie przyjmowali do wiadomości, że coś jest niemożliwe; że nie można czegoś udoskonalić; że coś już zostało ostatecznie zdefiniowane. W takich poszukiwaniach zawsze wspierali go rodzice, którym żadne z najbardziej abstrakcyjnych pytań syna nie wydawało się głupie czy zbędne. Utwierdzali w ten sposób chłopca w słuszności podawania w wątpliwość nawet naukowych aksjomatów, wpajając zasadę ujętą w znanym porzekadle: „kto pyta, nie błądzi”.

Od razu też podkreślmy, że w domu państwa Wozniaków nie stosowano metod wychowawczych spod znaku „krew, pot i łzy”, by za wszelką cenę wyhodować „child prodigy”, jak zwykli określać „cudowne dzieci” Amerykanie. W życiu Steve’a nie znajdziemy epizodów typowych dla „małych Sokratesików”, jak moglibyśmy nazwać geniuszy pokroju Pascala, Mozarta czy Chopina. Ci znani naukowcy i artyści przejawiali bowiem od najmłodszych lat fenomenalne talenty, które często też pozbawiały ich dziecięcej beztroski i możliwości swawoli. (…)

Steve miał niecałe pięć lat, kiedy ojciec zaczął opowiadać mu o elektronice. Często zabierał syna do siedziby firmy, w której pracował –  Electronic Data Systems nieopodal Los Angeles. Pokazywał Steve’owi różnego rodzaju urządzenia, pozwalał się nimi bawić, łączyć jeden element z drugim. Kilkuletni Woz, jak wspominał kilkadziesiąt lat później w rozmowach z dziennikarzami, uważał wtedy, iż jego tata ma ciekawą pracę, w której nie ma prawa narzekać na nudę.

To wówczas w głowie małego chłopca zrodziło się przekonanie, że i on sam powinien zrobić wszystko, by w przyszłości zająć się zawodowo czymś, co będzie go ekscytowało i dawało mu prawdziwą radość tworzenia. Obserwując ojca, którego tak bardzo pochłaniały projekty firmowe, sam pragnął kiedyś znaleźć zajęcie, które będzie nie tylko pasjonujące i satysfakcjonujące, ale też dostarczy mu frajdy. (…)

Od dziecka fascynowały go nauki ścisłe. Steve przejawiał nietypowy talent do łamigłówek i zawiłych matematycznych zadań oraz bardzo wcześnie przyswoił sobie zasady logicznego myślenia. Zdarzało się, że już jako kilkulatek przez całe dni nie wychodził z pokoju i rozwiązywał zadania, których stopień trudności wskazywał, że ich adresatami powinny być zdecydowanie starsze od niego dzieci.

Pasję do elektroniki i technologii wzniecał w nim ojciec, a robił to bardzo subtelnie, nie zmuszając go do niczego, a jedynie zachęcając do podejmowania różnych eksperymentów. Bez nacisków odsłaniał przed nim świat inżynierii, wskazując, że to zaledwie jedna z możliwych życiowych dróg. Ten nienachalny sposób ukierunkowania zainteresowań syna na nowinki technologiczne przynosił pożądane efekty. Steve z coraz silniejszymi wypiekami na twarzy chłonął wiedzę teoretyczną, dla której potem szukał zastosowań w praktyce. Będąc młodym chłopcem, przyswoił sobie ważną zasadę, którą później stosował przez całe życie: kluczem do sukcesu jest poznanie zasady działania danego mechanizmu. Nigdy nie uczył się niczego na pamięć, lecz zawsze próbował zrozumieć cały proces. Poza tym podczas pracy wykazywał się niebywałą cierpliwością. Wszystko starał się robić dokładnie. Krok po kroku.

Chłopiec postrzegał ojca jako autorytet oraz zawsze mógł liczyć na jego wsparcie i radę. Kiedy nastała taka potrzeba, rodzic pokazywał, jak działa dany sprzęt, objaśniał zawiłości techniczne i pobudzał kreatywność młodego majsterkowicza. Tłumacząc, na czym polega praca poszczególnych elementów, z których składają się skomplikowane maszyny, pan Wozniak wykładał przy okazji synowi podstawy fizyki i chemii. Małemu Steve’owi nieobce były takie terminy jak atomy czy elektrony. Po latach nasz bohater wspomina ojca słowami: „Czasami wyciągał szkolną tablicę i odpowiadając na moje pytania, rysował na niej diagramy”. Steve w wywiadzie dla magazynu „Forbes” mówiąc o nim, stwierdził, że był on nie tylko wspaniałym rodzicem, lecz także pedagogiem, który potrafił wytłumaczyć nawet najbardziej skomplikowane projekty za pomocą prostych i trafiających do wyobraźni słów.

W domu państwa Wozniaków, prócz wspomnianej wcześniej pracy ojca, nie było tematów tabu. Dzieci rozmawiały z rodzicami o wszystkim: zarówno sprawach błahych, jak i bardziej skomplikowanych, takich jak religia, ekonomia, polityka oraz oczywiście nauki ścisłe. Ich dom był otwarty dla gości, a w wolnym czasie rodzina uwielbiała debatować nad kwestiami, które przynosiła otaczająca ich rzeczywistość. Każdy mógł wyrazić swoje poglądy i podzielić się wątpliwościami, nie narażając się na krytykę czy osąd.

Ogromna w tym zasługa pani Wozniak, która często stawała się inicjatorką dyskusji na tematy polityczne i religijne, zachęcając tym samym swoje pociechy do budowania własnej opinii w tych kwestiach. (…) Rozwijała również w dzieciach postawy prospołeczne, stając się dla nich autorytetem i wzorem do naśladowania. Jak później przyzna siostra Steve’a, Leslie, ich mama zawsze wspierała szeroko pojmowany aktywizm i zachęcała do bezinteresownej pracy na rzecz innych. Zanim założyła rodzinę, po ukończeniu uniwersytetu w Waszyngtonie objęła stanowisko dyrektora ds. reklamy w Vine Institute, organizacji reprezentującej ponad tysiąc kalifornijskich winnic, zajmującej się m.in. działaniami na rzecz zrównoważonego rozwoju.

Już po przyjściu na świat potomstwa, angażowała się w organizację kampanii wyborczych na szczeblu stanowym i krajowym. Walczyła o równość i prawa kobiet, a o tym, że nie dawała sobie w kaszę dmuchać, może świadczyć choćby jedna z dumą powtarzanych rodzinnych opowiastek. Odwołuje się ona do sytuacji, kiedy to Margaret Wozniak energicznie zareagowała na regulamin wprowadzony w szkole średniej, do której uczęszczała jej córka Leslie. W spisie obowiązujących w szkole zasad pani Wozniak znalazła wytyczne wyraźnie dyskryminujące dziewczynki. Jako matka i gorąca zwolenniczka równouprawnienia nie mogła wobec tego faktu przejść obojętnie. Jej bojowniczy duch w walce o słuszne sprawy stał się potem podstawą do przyznania jej w 1987 roku przez lokalny dziennik „San Jose Mercury News” tytułu jednej z najbardziej wpływowych osób w Dolinie Krzemowej. To wszystko sprawiło, że kiedy na ekranach telewizyjnych wyświetlono film Piraci z Doliny Krzemowej nie potrafiła pogodzić się ze sposobem, w jaki ją tam sportretowano. Zżymała się na wizerunek „gospodyni domowej”, z którym się w ogóle nie utożsamiała, a jej córka ze śmiechem dodawała, że ich matka nawet nigdy nie miała fartucha kuchennego.

To właśnie w tamtym okresie kształtował się system wartości Steve’a, na którym oparte będzie całe jego życie. Rodzice nie tyle słowami, co swoim przykładem sugerowali, czym należy się kierować w codziennym postępowaniu. W domu państwa Wozniaków, którzy byli ludźmi bardzo nowoczesnymi, ceniono tradycyjne – a według niektórych – staromodne podejście do wartości, jaką był honor. Dzieci wiedziały, że „kłamstwo ma krótkie nogi” i w każdej sytuacji należy postępować uczciwie. Jeśli „dało się słowo” – nie była to czcza deklaracja. Dyskrecja i dotrzymanie powierzonej tajemnicy stanowiły nienaruszalne zasady. Poza tym wpajano dzieciom etos pracy, a ojciec zwykł mawiać, że jest ona najważniejszą sprawą w życiu; tym samym podkreślał, iż jej utrata stanowi jedno z najgorszych przeżyć, jakich można doświadczyć. Steve zapamięta ojcowskie słowa i szybko zacznie zarobkować, zawsze jednak pamiętając, że praca jest wartością samą w sobie i nie należy na nią patrzeć tylko przez pryzmat wynagrodzenia, które się otrzymuje. Rzeczywiście, zdarzy mu się odrzucać atrakcyjne finansowo propozycje zawodowe na rzecz takich, które oferowały coś niewymiernego: satysfakcję i przyjemność.

Rodzina nauczyła naszego bohatera konieczności etycznego zachowania bez względu na okoliczności. Sam Woz określał to wielokrotnie „skrajną uczciwością”, zwracając uwagę na to, że odziedziczył ją po ojcu. Charakter Francisa Jacoba został z kolei ukształtowany dzięki wychowaniu w rodzinie, w której religia pełniła istotną rolę, a on sam przez długi czas był gorliwym katolikiem. Jako ciekawostkę dodajmy, iż wujek Steve’a przyjął święcenia kapłańskie, jednak fakt, iż w rodzinie Wozniaków był ksiądz nie wpłynął w żaden sposób na religijność naszego bohatera. Woza ominęła bowiem konieczność uczęszczania do kościoła, co było konsekwencją decyzji jego ojca, który w pewnym momencie przestał praktykować i oddalił się od wiary.

Woz miał okazję poznać na swej drodze osoby, dla których duchowość stanowiła istotny element życia i które należały do różnych wspólnot religijnych. Przykładowo jedna z żon Steve’a rzekomo należała do Świadków Jehowy, natomiast Bill Fernandez, sąsiad i kolega, z którym zbudował pierwszy komputer ochrzczony przez chłopców jako „Cream Soda”, był wyznawcą bahaizmu. Wozniak w czasach studenckich, mieszkając w akademiku, zaprzyjaźnił się z praktykującym chrześcijaninem, jednak sam nigdy nie odczuwał potrzeby definiowania się przez pryzmat jakiejkolwiek religii. Pytany o swój stosunek do religii, odpowiadał: „Nigdy nawet nie wszedłem do kościelnego budynku i wolę myśleć samodzielnie”. W odróżnieniu od jego późniejszego partnera biznesowego, z którym założy firmę Apple, nie zostanie też orędownikiem tak modnego w okresie rozkwitu kultury hipisowskiej duchowego oświecenia. (…)

Po latach przyzna dziennikarzom magazynu „Fortune”, że to właśnie dzięki jednoznacznie określonym zasadom wpajanym mu od wczesnej młodości mógł zawsze żyć zgodnie z własnym sumieniem i robić to, co umiał najlepiej, nie krzywdząc nikogo wokół. Nigdy też nie zapomni słów ojca: „Prawda jest ważniejsza niż cokolwiek innego. Jeśli kogoś zabijesz, a potem skłamiesz na ten temat – kłamstwo będzie gorsze”. Dlatego też Steve zapewnia, że nigdy nie konfabuluje. Jak się później okaże, nie zawsze wychodzi na tym korzystnie.

Z domowego środowiska Steve wyniósł także empiryczne podejście niemal do wszystkiego, co go otacza. Ten oświeceniowy duch Francisa Bacona czy Johna Locke’a unosić się będzie zarówno nad eksperymentami z okresu dziecięcego, jak i późniejszymi projektami Wozniaka, dla których zawsze punktem wyjścia była ciekawość i chęć weryfikacji idei, które rodziły się w jego genialnym umyśle. Genezy tego wszystkiego należy upatrywać w dzieciństwie, kiedy dzięki dyskusjom z ojcem Steve stopniowo poznawał świat i prawa nim rządzące.

Inną cechą jego charakteru ukształtowaną w domu rodzinnym był brak przywiązania do dóbr materialnych. Jak przyznał w rozmowie dla „Brisbane Times”: „Dorastając (…) kosiliśmy trawniki sąsiadów, ale zamiast prosić o pieniądze – prosiliśmy o słoiki po majonezie pełne różnych części, z których można by coś stworzyć”. To pokazuje, że Steve nie był przeciętnym dzieciakiem zainteresowanym jedynie szybkim zyskiem, lecz kimś, komu bardziej niż na pieniądzach zależy na rozwoju pasji i konstruowaniu urządzeń ułatwiających życie innym. Nawet gdy odnosił sukcesy jako współtwórca Apple, profity finansowe nie były dla niego najważniejsze.

Mimo technologicznego zacięcia Wozniak od zawsze starał się patrzeć na zagadnienia dotyczące elektroniki z nieco humanistycznej perspektywy. Mówiąc o wychowaniu naszego bohatera, warto zaznaczyć, że podczas gdy elektronicznego bakcyla zaszczepił mu ojciec, tak matka starała się rozbudzać jego artystyczne zapędy. Sama pochodziła z niezwykle muzykalnej rodziny oraz ceniła kulturę i sztukę, za sprawą których rozwija się wrażliwość i otwartość. Przyglądając się późniejszemu życiu Woza, można śmiało stwierdzić, że zabiegi pani Wozniak nie poszły na marne, a on sam po latach przyzna, że zamiłowanie do wielu „nietechnicznych części życia” w znaczący sposób ukształtowało jego osobowość.

Powyższy wpis jest fragmentem audiobooka pt. Steve Wozniak. Geniusz Apple. Jeśli ciekawi Cię biografia tego utalentowanego inżyniera i jednego z głównych założycieli Apple, książkę w wersji audio znajdziesz m.in. w Empiku, Audiotece, Legimi oraz Storytel.