Woz powtarzał zawsze, że chce pozostać zwykłym inżynierem i że nie jest stworzony do władzy, zarządzania zespołem czy wydawania poleceń i podejmowania ważnych decyzji. Można niemalże z pewnością stwierdzić, że podpisałby się pod słowami fińskiego programisty Linusa Torvaldsa, który uważa, że: „to wcale nie pieniądze stanowią najsilniejsze źródło motywacji”. Według twórcy wolnego oprogramowania Linux:

Ludzie dają z siebie wszystko wtedy, gdy kieruje nimi pasja, i gdy robią coś, co sprawia im przyjemność. Ta zasada sprawdza się w odniesieniu do dramatopisarzy, rzeźbiarzy czy przedsiębiorców. Z informatykami jest dokładnie tak samo.

Wozowi w pracy zawsze musiała towarzyszyć przyjemność płynąca z tego, co robi; świadomość, że to, co jest efektem połączenia umysłu, talentu ze zręcznością manualną, będzie służyło innym. Musiała asystować temu właśnie prawdziwa pasja. Tego dnia, kiedy Wozniak uświadomił sobie wielkie pragnienie zbudowania komputera osobistego, narodził się konkretny pomysł na urządzenie, które potem nazwane zostanie Apple I.

Pierwsze szkice wykonał w nocy. Przypomniało mu to czasy liceum i college’u, gdy projektował modele na kartkach papieru. Przez kolejne miesiące zdobywał potrzebne elementy. Obmyślił wiele innowacyjnych rozwiązań, a jednym z nich był program, który przekazywał komputerowi, jak ma odczytywać klawiaturę. Chciał usprawnić kierowanie programu do pamięci tak, aby skrócić czas od uruchomienia sprzętu do momentu, gdy nadaje się on do użycia. W Altairze proces ten zajmował pół godziny, w Apple I przy zastosowaniu klawiatury – mniej niż minutę. Przed projektem Wozniaka wszystkie komputery posiadały panele z przełącznikami i światełkami. Dopiero jego pomysł na dołączenie klawiatury i ekranu okazał się rewolucyjny i przyjęty przez większość inżynierów.

W Stevie Wozniaku na nowo obudziła się fascynacja komputerami. Chciał dowiedzieć się o nich wszystkiego. Zbierał informacje, zgłębiał dane zamieszczane w czasopismach i podręcznikach, jednocześnie wizualizując w głowie projekt swojego komputera.

Do Apple I wykorzystał mikroprocesor 6502 firmy MOS Technologies kompatybilny z Motorolą 6800. Koszt kości wyniósł […] 20 dolarów. Kupił więc kilka i ruszył do domu konstruować swoje cudo. Połączenie wszystkich elementów zajęło kilka godzin. Później na kartce rozpisał program monitorujący. Ostatnią czynnością było zamontowanie osobnej płytki ze statyczną pamięcią RAM.

Komputer nie zadziałał od razu, ale to nie zniechęciło cierpliwego w dążeniu do celu Wozniaka. Po godzinach wprowadzania poprawek Steve mógł wznieść ręce w geście triumfu. Później wytrwale, niczym średniowieczny mnich siedzący w klasztornym skryptorium nad kopiowanymi księgami, wpisywał dane i sprawdzał, czy pojawiają się one na ekranie. Niedzielny wieczór 29 czerwca 1975 roku, jak twierdził później sam Woz, wpisał się prawdopodobnie do historii jako ten, w którym po raz pierwszy na ekranie komputera osobistego pojawił się ten sam symbol, który przed chwilą człowiek wybrał na klawiaturze.

[…] Wozniak nigdy nie krył jednak, że realizowane przez niego technologiczne projekty mówią same za siebie, a nawet ułatwiają porozumiewanie się z innymi. W jednym z wywiadów dla amerykańskiej prasy powiedział:

Moje pomysłowe projekty służyły mi jako łatwiejszy, bardziej swobodny sposób na kontakt z innymi. Myślę, że każdy z nas ma wewnętrzną potrzebę komunikowania się z ludźmi.

[…] W końcu bowiem przełamał opór przed publicznymi wystąpieniami i co dwa tygodnie wyruszał na spotkania klubowe objuczony cennym bagażem. Dumny z postępującej pracy nad komputerem, prezentował członkom Homebrew Computer Club prototyp i omawiał kolejne zastosowane rozwiązania. Był ciekaw uwag na temat swojego wynalazku i z otwartością przyjmował sugestie od pasjonatów technologii. W ten sposób społeczność Homebrew jako pierwsza miała okazję ujrzeć Apple I, który jeszcze wtedy nie nosił takiej nazwy.

Odwagi do wystąpień przed większą publicznością dodawał mu kumpel Steve Jobs, który był pod ogromnym wrażeniem efektu pracy Woza. Dla niego jednak był to nie tylko świetny wynalazek i przejaw inżynierskiego geniuszu Wozniaka. Jobs dostrzegał w tym ogromny potencjał komercyjny i może nawet przyszłą żyłę złota. Kto wie, czy zachęcając Woza do wystąpienia przed klubowiczami wykazał się więc tylko bezinteresowną przyjacielską postawą, czy może chęcią zbadania potencjalnego rynku; upewnienia się, że intuicja go nie myli; sprawdzenia, jak duże zainteresowanie wzbudza wynalazek i przyjrzenia się reakcjom widowni. Zostawmy te pytania, na które i tak nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi, a wróćmy do zestresowanego Woza stojącego przed szerszą publiką w Homebrew Computer Club.

Zdążyliśmy już nieco poznać Wozniaka i wiemy, że zazwyczaj trudno było go zmusić do wyjścia przed szereg, ale w tym wypadku czuł tak wielką dumę z tego, co stworzył, że koniecznie chciał się tym pochwalić przed osobami, które docenią jego dzieło. Woz, udając się ze swoim wynalazkiem na spotkania klubowiczów, wiedział, że padnie wiele pytań, a on jak nigdy wcześniej miał potrzebę i chęć, aby na nie odpowiedzieć. Wyjaśniał między innymi, jak go zbudował i dlaczego panel frontowy z przełącznikami zastąpił klawiaturą.

Członkowie klubu od początku krążyli wokół wynalazku Woza jak ćmy wokół płomienia. Ze zdumieniem przecierali oczy, widząc efekt eksperymentów tego niepozornie wyglądającego chłopaka. Zdecydowana większość klubowiczów była zachwycona prezentowanym przez Wozniaka urządzeniem. Do tej grupy należeli w głównej mierze fascynaci programowania, którzy na widok wynalazku już myśleli o własnym wkładzie w pracę tego sprzętu. Ale bądźmy szczerzy: nie wszystkim członkom klubu podobało się to, co zaprezentował nasz bohater. Nie wynikało to z krytycznej oceny możliwości samego urządzenia, ale z faktu, że spora część członków klubu lubiła samodzielnie wszystko składać, kombinować, majsterkować. Gotowe rozwiązanie w postaci urządzenia, które wystarczy wyjąć z pudełka, zespolić z klawiaturą i monitorem oraz podłączyć do gniazdka zasilania, nie było szczytem ich marzeń. Oni nadal chcieli czerpać radość z własnych poszukiwań i eksperymentów, a tę frajdę odbierał gotowy komputer Woza.

Oczywiście nie umniejsza to zasług naszego bohatera, który w rozmowie z reporterami „The Washington Post” powiedział, że miał poczucie, iż uczestniczy w największej rewolucji, jaka kiedykolwiek się wydarzyła. Podobną opinię wyraził Bill Gates w swojej książce Droga ku przyszłości, w której przyznał:

Generacja komputerowych chłopców na całym świecie zabrała ulubioną zabawkę z dzieciństwa w dorosłość. Wywołaliśmy swego rodzaju rewolucję – całkiem bezkrwawą (…).

I miał rację. Warto przy tej okazji przytoczyć również słowa reżysera […] filmu Piraci z Doliny Krzemowej, który zapytany o to, dlaczego twórcy Apple i Microsoftu stali się ikonami, stwierdził:

Jobs i Gates są prawdziwymi rewolucjonistami naszych czasów. Nie studenci, którzy okupowali dziekanaty po koniec lat 60. Nie uczestnicy antywojennych marszów, którzy chcieli obalić establishment. To Jobs i Gates zmienili sposób, w jaki świat myśli, działa i komunikuje się.

Pierwszą cegiełkę w tej rewolucji Woz położył właśnie w tamtym momencie, pracując nad komputerem, który zostanie wkrótce ochrzczony jako Apple I.

W omawianym okresie Steve Wozniak wykazał się też zarówno bezgranicznym zaufaniem, jak i naiwnością. W myśl hasła przyświecającego działalności klubu, brzmiącego: „Pomagaj innym”, rozdawał członkom grupy mnóstwo egzemplarzy swojego rewolucyjnego projektu. W sumie nie powinno nas to dziwić, gdyż było to tak bardzo typowe dla Woza, który od dzieciństwa marzył, by robić coś dobrego dla innych, bezinteresownie i ze szlachetnych pobudek. Nie dla zysku, ale dla satysfakcji i poczucia, że zostawiło się po sobie ślad, który uczynił świat lepszym. Jego idealizm był czasem naprawdę rozbrajający. Opowiadając o tym incydencie, zaznaczał:

Kserowałem wszystkie swoje schematy i rozdawałem je – upewniwszy się, że znalazło się na nich moje nazwisko – bo byłem bardzo nieśmiały. Pomyślałem, że moje nazwisko stanie się dzięki temu znane, że będę robił fajne rzeczy.

Steve pragnął jednak przede wszystkim, aby dzięki jego pomysłom członkowie klubu mogli sami zbudować komputery i jak po latach tłumaczył: „Chciałem dać mój projekt innym, zupełnie za darmo”.

Tutaj jednak dość szybko zastrzeżenia do idealistycznej wizji Woza zgłosił Jobs, któremu świtał już w głowie pomysł, jak nadać pasji biznesowe oblicze. Widząc reakcje członków klubu na zaprezentowany wynalazek, nie mógł przejść obok tego obojętnie. W Homebrew Computer Club nie kryto bowiem zaskoczenia tym, co udało się Steve’owi stworzyć. Zachwyt wzbudził na przykład fakt, że zbudował urządzenie z zaledwie trzydziestu paneli sterowniczych. Zaznaczmy przy tej okazji, że później Wozniak zmieni nieco poglądy dotyczące idealnego projektu. […]

[…] I tu na scenie z powrotem pojawia się jedna z najbardziej intrygujących postaci w całej tej historii, czyli dawny przyjaciel Woza, Jobs. Uprzedźmy też od razu, że występuje w roli początkującego impresaria i przekonującego biznesmena na razie bez grosza przy duszy. Kiedy Wozniak pochwalił się koledze wynalazkiem, który potem stanie się Apple I, Jobs był pod ogromnym wrażeniem urządzenia, a w szczególności tego, że sprzęt jest kompletny i gotowy do użycia bez składania go z przeróżnych części, a nie tak, jak bywało to wcześniej. Zaczęli snuć wizję przyszłości. Jobs, wierząc w pomyślność dalszych projektów, załatwił drogie i bardzo rzadkie kości DRAM firmy Intel, które pozwoliły Wozowi na przeprojektowanie i udoskonalenie komputera. Zastąpienie miniprocesorów AMI tymi od Intela zrobiło kolosalną różnicę. Urządzenie bowiem nie tylko zmalało, ale także było szybsze. W tego typu działaniach Jobs nie miał sobie równych i Woz zdawał sobie sprawę, że komercyjny sukces jego pomysłów może mieć tylko jednego ojca. Będzie nim właśnie Jobs, co wielokrotnie podkreślał nasz bohater, przyznając: „Steve umiał rozmawiać z przedstawicielami handlowymi. Ja nigdy bym sobie z tym nie poradził. Jestem zbyt nieśmiały”.

Po jednym z wielu spotkań grupy Homebrew Computer Club Steve Jobs uznał, że nadszedł już czas, by przekształcić działalność hobbystyczną w prawdziwą firmę. […] Wozniak w tamtym momencie nie widział w tym biznesie większego sensu, ale zuchwały Jobs słusznie zwęszył interes życia, który z czasem przekształci się w jedną z najważniejszych firm ery cyfrowej. Woza wyróżniało niecodzienne wyczucie w sprawach inżynieryjnych, miał też doskonałą wyobraźnię programistyczną, ale powiedzmy sobie szczerze – kompletnie brakowało mu żyłki do interesu. Sam zresztą zawsze definiował się jako inżynier, a nie biznesmen i kiedyś przyznał: „firmy nie były moim konikiem, moim hobby była technologia”.

[…] Po wielu latach Woz w jednym z wywiadów opowiadając o tych jakże skromnych początkach biznesu komputerowego, oświadczył:

Przeczuwaliśmy, że to wpłynie na życie ludzi w całym kraju. Ale myliliśmy się co do powodu. Wydawało nam się, że każdy ma dość umiejętności technicznych, żeby wykorzystać możliwości komputera, pisać własne programy i rozwiązywać w ten sposób problemy.

Nie spodziewali się, jak powszechnym, czy wręcz pospolitym, urządzeniem będzie wkrótce komputer, który stanie się naturalnym elementem wyposażenia domowego. Nie przeczuwali, jak szerokie znajdzie zastosowanie w codziennych czynnościach. Jak szybko okaże się łatwym w obsłudze towarzyszem człowieka. I jak wielu ludzi z czasem nie będzie wyobrażało sobie bez niego życia. Olbrzymia w tym zasługa obydwu Steve’ów i firmy, która właśnie powstawała.

Powyższy wpis jest fragmentem audiobooka pt. Steve Wozniak. Geniusz Apple. Jeśli ciekawi Cię biografia tego utalentowanego inżyniera i jednego z głównych założycieli Apple, książkę w wersji audio znajdziesz m.in. w Empiku, Audiotece, Legimi oraz Storytel.