Wpis jest fragmentem z książki pt. “Wspomnienia z mego życia. Autobiografia Wernera Siemensa“.

Moje studia przerwało zdarzenie, które w swoich skutkach zupełnie zmieniło bieg mego życia. Wiadomo jak często zdarzają się sprzeczki i niesnaski pomiędzy wojskowymi różnej broni, szczególnie w małych miasteczkach. Właśnie zaszło jakieś nieporozumienie pomiędzy oficerem piechoty a zaprzyjaźnionym ze mną oficerem artylerii. Doszło do pojedynku, w którym byłem zmuszony sekundować memu przyjacielowi. Pojedynek zakończył się wprawdzie tylko lekką raną naszego przeciwnika – jednak na skutek denuncjacji oddano nas pod sąd wojenny. Kary przepisane prawem za pojedynki były bardzo surowe, ale zazwyczaj wkrótce następowało ułaskawienie i umorzenie kary. Bądź co bądź, wojenny sąd magdeburski skazał w tym wypadku obu przeciwników na dziesięć, a sekundantów na pięć lat więzienia w fortecy.

Do odsiadywania kary wyznaczono mi cytadelę magdeburską i sam miałem się tam stawić. Perspektywa tego bezczynnego życia przez co najmniej pół roku bynajmniej mi się nie uśmiechała; pocieszałem się tylko tym, że bez żadnej przeszkody oddam się nauce. Chcąc jak najkorzystniej wykorzystać ten czas, po drodze do cytadeli wstąpiłem do składu chemikaliów i tam zaopatrzyłem się w środki potrzebne do moich doświadczeń elektrolitycznych. Uprzejmy subiekt obiecał mi nadal dostarczać cichaczem do cytadeli wszystko, czego będę potrzebował i swego przyrzeczenia sumiennie dotrzymał.

W okratowanej, ale obszernej celi urządziłem sobie małe laboratorium i byłem zupełnie zadowolony z mojego położenia. Przy pracach sprzyjało mi szczęście. Kiedyś próbowałem z moim szwagrem Himly’m w Getyndze odbijać obrazy fotograficzne według metody Daguerre’a, znanej wówczas od niedawna; stąd pamiętałem, że podsiarkan sodu rozpuszcza sole złota i srebra. Postanowiłem wtedy dalej iść tym tropem i przekonać się, o ile rozczyny te dadzą się stosować do elektrolizy. Ku mojej wielkiej radości, doświadczenia udały się nad wyraz dobrze. Zdaje mi się, że była to jedna z najprzyjemniejszych chwil w moim życiu, gdy łyżeczka najzylbrowa (wykonana z mosiądzu wysokoniklowego, zwanego „nowym srebrem”), którą połączyłem z biegunem ujemnym elementu Daniella, zanurzona w naczyniu, napełnionym roztworem podsiarkanu złota, w kilka minut pokryła się lśniącą warstwą złota; biegun dodatni połączony był ze złotą monetą.

Galwaniczne złocenie i srebrzenie było w Niemczech czymś zupełnie nowym i zrobiło niemałe wrażenie w gronie moich przyjaciół i znajomych. Dlatego też zaraz porozumiałem się z pewnym magdeburskim jubilerem, który dowiedziawszy się o tym cudzie, odwiedził mnie w cytadeli i za 40 luidorów (złotych monet francuskich) kupił ode mnie prawo stosowania mojego wynalazku. Suma ta umożliwiała mi dalsze doświadczenia.

Tak minął miesiąc mojego aresztu i byłem przekonany, że jeszcze mam przed sobą co najmniej kilka miesięcy spokojnej pracy. Ulepszyłem moją pracownię i złożyłem podanie o patent, na które otrzymałem nadspodziewanie prędką odpowiedź w formie pruskiego patentu na lat pięć. Aż tu nagle zjawia się oficer dyżurny i ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu wręcza mi królewskie ułaskawienie. Tak niespodziewane odciągnięcie od pracy, dającej tak świetne wyniki, było naprawdę bolesne. Zgodnie z przepisami powinienem był tego samego dnia opuścić cytadelę, a ja nie miałem mieszkania, do którego mógłbym przenieść moje laboratorium, ani nie wiedziałem nawet dokąd zostanę skierowany.
Napisałem więc podanie do komendanta twierdzy, w którym poprosiłem, aby było mi wolno pozostać jeszcze kilka dni w mojej celi, dopóki nie uporządkuję moich rzeczy i nie ukończę rozpoczętych doświadczeń. Ale popełniłem błąd! Około północy obudził mnie ze snu oficer dyżurny i oświadczył, że ma rozkaz wyprowadzenia mnie natychmiast poza mury cytadeli. Komendant uważał moją prośbę za dowód niewdzięczności za łaskę monarszą. I tak wśród nocy zostałem wydalony z fortecy i musiałem w mieście szukać mieszkania.

Na szczęście nie odesłano mnie do Wittenbergi, tylko zostałem odkomenderowany do Spandau, do zakładów pirotechnicznych. Mój wynalazek zyskał już rozgłos i najwyraźniej przekonał moich przełożonych, że mniej się nadaję do służby praktycznej. Powierzona praca bardzo mnie zainteresowała i z przyjemnością zabrałem się do roboty. Wkrótce jakoś dostaliśmy zamówienie na nowe fajerwerki, które miały być odpalone w dzień urodzin rosyjskiej cesarzowej w parku ks. Karola w Glenicke pod Poczdamem.

Najnowsze odkrycia w dziedzinie chemii umożliwiały wytwarzanie bardzo pięknych kolorowych płomieni, ale te odkrycia nie były znane starym pirotechnikom. Dlatego moje fajerwerki na jeziorze Hawelskim ogromnie się podobały i sprowadziły na mnie rozmaite odznaczenia i honory.

Zostałem zaproszony do książęcego stołu i na regaty z młodym księciem Fryderykiem Karolem, ponieważ łódź, na której przybyłem ze Spandau odznaczała się niezwykłą szybkością i co więcej, pokonałem nawet późniejszego sławnego zwycięzcę z nieprzyjacielskich armii.

Wraz z odpaleniem fajerwerków skończył się mój pobyt w Spandau i ku mojej wielkiej radości zostałem odkomenderowany do Berlina, do warsztatów artyleryjskich. Spełniło się teraz najgorętsze moje życzenie: miałem czas i sposobność do dalszych studiów przyrodniczych i do rozszerzania zakresu moich wiadomości technicznych. Oprócz tego miałem i inne powody, dla których uważałem tę zmianę za korzystną. Po śmierci rodziców ciążył na mnie obowiązek opiekowania się młodszym rodzeństwem. […] Musiałem postarać się o własne źródło dochodu, ażeby móc spełnić obowiązki głowy rodziny. A to wydawało mi się łatwiejszym do osiągnięcia w Berlinie, niż w jakimkolwiek innym mieście.

Mój brat Wilhelm, tymczasem skończył szkołę magdeburską i za moją radą spędził cały rok w Getyndze na studiach przyrodniczych. Następnie wstąpił jako praktykant do fabryki w Magdeburgu. Tam bardzo pilnie zajął się budową maszyn, która wówczas w Niemczech szybko się rozwijała z powodu wprowadzenia kolei żelaznych. Wciąż pisywałem do niego i często przysyłał mi zadania, nad którymi miał pracować jako konstruktor. Jego projekty nie zawsze mnie zadowalały, przedstawiałem mu moje uwagi i z tej wymiany zdań powstawały nieraz rzeczy nowe i pożyteczne, między innymi regulatory przy maszynach parowych. […]

Moje starania, ażeby coś zrobić w Berlinie, wkrótce odniosły pomyślny skutek, jakkolwiek jako oficer byłem niesłychanie skrępowany w wyborze środków.

Udało mi się zawrzeć umowę z fabryką nejzylbru J. Hennigera, na mocy której miałem dla niej założyć i urządzić zakład do złocenia i srebrzenia według mego patentu. Miałem za to otrzymać udział w zyskach. Było to pierwsze tego rodzaju przedsiębiorstwo w Niemczech.

Już przedtem w Anglii niejaki p. Elkington urządził podobną pracownię, opierając się na innej metodzie, a mianowicie na złoceniu i srebrzeniu za pomocą soli cyjanowych; zakład ten wkrótce rozwinął się do znacznych rozmiarów.

Przy układaniu i przy samym urządzeniu warsztatu bardzo dopomógł mi Wilhelm. Skorzystał też ze swego pobytu w Berlinie, żeby nakłonić jedną z fabryk maszyn do wprowadzenia u siebie naszego regulatora. Przekonałem się więc, że do tego rodzaju interesów i układów był bardzo zdolny. A że przy tym miał ochotę jechać do Anglii, zadecydowaliśmy, że weźmie urlop ze swojej fabryki i uda się do Londynu w celu spieniężenia moich wynalazków.

Nie mogłem mu dać do rozporządzenia wielkich sum, a jednak mimo to potrafił doskonale się wywiązać z powierzonej mu misji. Postępując z wielkim taktem, udał się przede wszystkim do naszego konkurenta Elkingtona i po pokonaniu pewnych trudności sprzedał mu nasz patent za 1500 funtów. Dla nas była to wówczas kolosalna suma, która na długo wybawiła nas od wszelkich kłopotów.

Po powrocie z Londynu Wilhelm nie mógł się przyzwyczaić do małomiasteczkowych stosunków w swojej magdeburskiej fabryce i postanowił przenieść się na stałe do Anglii. Zamiar ten i ja uważałem za pożyteczny. Postanowiliśmy opatentować i spieniężyć tam także inne moje odkrycia.

Właśnie w tym czasie wykonałem dwa wynalazki. Pierwszy polegał na pokrywaniu drogą galwanoplastyczną płyt, używanych do miedziorytów, cienką warstwą niklu. Płyty takie były o wiele trwalsze i dawały znacznie większą liczbę odbitek zachowujących całkowitą delikatność rysunku. Wynalazek ten nie dał jednak spodziewanych korzyści, gdyż wkrótce potem nauczono się pokrywać płyty warstwą żelaza – były one wprawdzie mniej trwałe, ale warstwa żelaza dawała się z łatwością usuwać i zastępować świeżą. Drugi wynalazek polegał na przystosowaniu wynalezionej wówczas cynkotypii do drukarskich maszyn rotacyjnych. Przy pomocy zręcznego mechanika, zegarmistrza Leonhardfa, udało mi się zbudować model takiej prasy drukarskiej, która zupełnie dokładnie wykonywała wszelkie operacje litograficzne za pomocą walcowato zgiętej płyty cynkowej. Jednak późniejsza eksploatacja tego wynalazku na wielką skalę wykazała, że cynkotypia nie wytrzymuje tak szybkiego tempa.

Mój brat napotkał w Anglii na wielkie trudności; udałem się więc osobiście do Londynu, ale mimo usilnych starań, nie zdołaliśmy ich przezwyciężyć. Przekonaliśmy się, że spekulacje oparte na wynalazkach są zawsze rzeczą niepewną, że rzadko bywają zwieńczone pomyślnym skutkiem, a przede wszystkim wymagają, oprócz znajomości rzeczy, znacznych środków materialnych.

Mnie osobiście podróż ta przyniosła wielką korzyść: wszystkim moim wysiłkom nadała poważniejszy i bardziej krytyczny kierunek. Nauczyłem się więcej wagi przywiązywać do pewności założenia, niż do bezpośrednio pożądanych wyników. Wielką zachętą do pracy była dla mnie także moja dalsza podróż, bowiem stamtąd udałem się do Paryża, gdzie mogłem zwiedzić pierwszą wielką przemysłową wystawę paryską, urządzoną w najświetniejszej chwili panowania Ludwika Filipa. […]

Wróciwszy do Berlina, zastanowiłem się poważnie nad moim dotychczasowym życiem i działalnością. Doszedłem do przekonania, że uganianie się za wynalazkami, do czego mnie skłoniło pierwsze tak łatwe powodzenie, zarówno mi, jak mojemu bratu może wyjść na zgubę. Wyrzekłem się wtedy poszukiwania wszelkich wynalazków, sprzedałem nawet mój udział w fabryce berlińskiej i oddałem się poważnym studiom naukowym.

Słuchałem wykładów na uniwersytecie, ale niestety przez uczęszczanie na wykłady sławnego matematyka Jacobi’ego wkrótce przekonałem się, że nie posiadam należytego wykształcenia przygotowawczego. Ten brak, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, często stał mi na przeszkodzie i zmarnował niejedną moją pracę. Tym większą czuję wdzięczność dla moich dawnych profesorów, fizyków Magnusa, Dove’a i Riessa za uprzejme obchodzenie się ze mną. Równie wiele zawdzięczam młodszym berlińskim fizykom, którzy pozwolili mi należeć do założycieli Towarzystwa Fizycznego. Było to ożywione grono młodych i utalentowanych przyrodników, z których niemal każdy z czasem wsławił się jakimś znakomitym dziełem. […]

Obcowanie i wspólna praca z ludźmi tak genialnymi i tak poważnego sposobu myślenia, utwierdziło we mnie zamiłowanie do studiów naukowych i obudziło niezłomne postanowienie służenia nadal wyłącznie poważnej nauce. Ale okoliczności były silniejsze od mojej woli i wrodzony pociąg do stosowania wiadomości nabytych drogą naukową do celów użytecznych i praktycznych wciąż zwracał mój umysł ku technice. I to pozostało mi na całe życie. Nade wszystko kochałem wiedzę, a pracowałem w dziedzinie techniki. […]

W owym czasie naukowców od techników dzieliła jeszcze przepaść. Wielce zasłużony Beuth, którego można uważać za założyciela i twórcę niemieckiej techniki, przeistoczył Berliński Instytut Przemysłowy na zakład, który przede wszystkim miał na celu kształcenie młodych techników w naukach przyrodniczych. Działalność i wpływ tego instytutu, zamienionego następnie na Akademię Przemysłową, a w końcu na Politechnikę Charlotenburską za krótko jeszcze trwały, aby należycie podnieść poziom wykształcenia ówczesnych przemysłowców.

Prusy były wówczas państwem czysto militarnym i urzędniczym. Tylko między urzędnikami znajdowali się ludzie wykształceni. Z dziedziny przemysłu jedno tylko gospodarstwo rolne cieszyło się ogólnym poważaniem. Kraj zubożały i zniszczony długoletnimi wojnami nie posiadał zamożnego stanu mieszczańskiego, który dorównywałby wykształceniem i majątkiem stanowi wojskowemu i urzędniczemu. Po części winę za ten stan rzeczy należy przypisać temu, że krzewiciele nauki uważali za niezgodne ze swoją wysoką godnością osobiście interesować się postępem techniki. To samo da się powiedzieć o sztukach pięknych, których adepci uważali wówczas (ja powiedziałbym, że także i dziś) za niewłaściwe i poniżające to, by choćby małą cząstkę swej twórczej siły poświęcić na wprowadzenie sztuki do przemysłu.

Moja działalność w Towarzystwie Politechnicznym wyrobiła we mnie przekonanie, że wykształcenie przyrodnicze i naukowe metody badania podniosą technikę na niebywały stopień rozwoju. Mnie zaś przyniosła i tę korzyść, że wszedłem w osobiste stosunki z berlińskimi przemysłowcami i naocznie mogłem sobie zdać sprawę z dobrych i słabych stron ówczesnego przemysłu. Fabrykanci często zwracali się do mnie po radę, wskutek czego poznałem ich rozmaite urządzenia i metody. Nabyłem także przeświadczenie, że postępy techniki nie mogą być nagłymi i wielkimi skokami, jak się to dzieje w nauce dzięki twórczości znakomitych umysłów. Wynalazek techniczny dopiero wtedy nabiera znaczenia i wartości, gdy sama technika jest już tak posunięta, że wynalazek jest możliwy do wykonania i stał się niezbędnym do zaspokojenia pewnych potrzeb. Dlatego widzimy, że najważniejsze wynalazki nieraz całe dziesiątki lat spoczywają nietknięte, a potem nagle nabierają wielkiego znaczenia, gdy wybije ich godzina.

Powyższy wpis jest fragmentem audiobooka pt. Wspomnienia z mego życia. Autobiografia Wernera Siemensa. Cześć 1. Jeśli ciekawią Cię życie i dokonania tego utalentowanego wynalazcy i konstruktora w dziedzinie elektrotechniki, książkę w wersji audio znajdziesz m.in. w Empiku, Audiotece, Legimi oraz Storytel.