Wpis jest fragmentem z książki pt. “Google. Narodziny imperium” autorstwa Joanny Ziółkowskiej.

Historia Google zaczyna się w 1998 roku, kiedy to Larry Page rozpoczął pracę nad swoim doktoranckim projektem o nazwie World Wide Web. Zapewniał promotora, że zdoła stworzyć na swoim komputerze bazę wszystkich danych dostępnych w internecie. Gdy wieść ta rozniosła się po uczelnianych korytarzach, podśmiewano się z jego – bądź co bądź – szalonego pomysłu. Zwłaszcza, że twierdził, iż nie spędzi nad tym zbyt wiele czasu. Szybko jednak przekonał się o pomyłce w dokonanych przez siebie szacunkach. Pomimo, że do pomocy w projekcie zaangażował się Sergey Brin, a do przeczesywania stron internetowych i zapisywania linków chłopacy użyli bota, to cały czas było to pracochłonne i kosztowne zajęcie.

Jednak ambitne zadania tylko motywowały Page’a do jeszcze większego zaangażowania. Dostrzegł, że im więcej linków kieruje użytkownika do danej strony, tym jest ona popularniejsza. Jednak kwestia jakości tych stron internetowych była już wątpliwa. Postanowił uporządkować w sposób hierarchiczny linki – tak, by wyświetlały się w pierwszej kolejności te ze znanych, popularnych stron. Metodę tę nazwał PageRank, nawiązując w sposób żartobliwy do swojego nazwiska. Razem z Brinem zadecydowali, że to dobry trop do rozszerzenia swoich doktoratów. Zajęli się planowaniem, jak PageRank może ulepszyć korzystanie z internetu. Zgłębiając zagadnienie, wspólnie z ich opiekunem naukowym – Motwanim – doszli do wniosku, że to trafność jest najsłabszym punktem wyszukiwania.

W 1997 roku Page stworzył, raczej archaiczną, wyszukiwarkę, którą nazwał BackRub, której nazwa nawiązywała do „back links” – linków kierujących na daną stronę. Był to prototyp ich sztandarowego projektu – wyszukiwarki Google. Nazwę podsunął ich kolega, Sean Anderson. Zaproponował, że ich produkt mógłby nazywać się googolplex – od ogromnej liczby, podobnie jak przewidywana ilość danych odnajdywanych w wyszukiwarce. Trop się spodobał, ale nazwa była za długa. Zaproponowano googol, jednak Sergey wpisał w internet nazwę z błędem ortograficznym jako dobrze dziś znane – google. Zobaczył, że nikt wcześniej nie zarezerwował tej nazwy, więc ją przyjęli. Od razu poszli za ciosem i założyli witrynę Google.com, a na drzwiach swojego gabinetu wywiesili tabliczkę. Zdziwili się dopiero rano, kiedy koleżanka poprawiła ich błąd. Nazwa jednak pozostała w niezmienionej formie. Jak się później okazało jej poprawna wersja oczywiście była już zarezerwowana.

W pierwszej kolejności, niejako w roli testerów, z wyszukiwarki korzystali pracownicy i studenci Uniwersytetu Stanford. Jej pierwszy adres to google.stanford.edu. Bardzo szybko kampus uczelniany obiegła doskonała opinia na temat jej jakości. I tak metoda marketingu szeptanego sprawiła, że większość ówczesnych użytkowników ustawiła ją sobie jako stronę startową.

Ciekawa jest też geneza jej wyglądu, bo zdecydowanie wyróżniała się na tle innych. Jej prostota i minimalizm podyktowane były sytuacją finansową – Brina i Page’a nie stać było na opłacenie profesjonalnego grafika, a oni sami nie posiadali wielkich umiejętności plastycznych. Projekt Brina okazał się strzałem w dziesiątkę. Z witryny startowej nic nie krzyczało „kup mnie”, nie raziło w oczy kolorem, ani nie straszyło wyskakującymi okienkami. A wszystkie te cechy posiadały konkurencyjne wyszukiwarki, które zupełnie nie trafiały w gust założycieli Google.

Popularność wyszukiwarki rosła z każdym dniem, więc Brin i Page musieli zadbać o powiększenie sieci serwerów. Skupowali części starych pecetów i samodzielnie składali je na miejscu, w swoim pokoju naukowym, a następnie w akademiku, w pokoju Page’a. Przydatne komputery odnajdywali też na uczelni i rekwirowali je do swojego projektu. Z pomocą przyszły władze placówki, które przeznaczyły na zakup sprzętu 10 tysięcy dolarów. Kwota ta, w początkowym zamyśle, miała zostać przeznaczona na projekt wirtualnych bibliotek.

Wiara kadry uczelni w ich pomysł dodała im wiatru w żagle. Postanowili spotkać się z Paulem Flahertym, jednym z założycieli AltaVisty. Swego czasu była to topowa wyszukiwarka, jednak młodzi i ambitni informatycy chcieli przekonać Paula, że Google jest w stanie znacznie przebić ją swoją precyzją znajdowania adekwatnych wyników. Zakładali, że po otrzymaniu patentu uda się sprzedać PageRank AltaViście. Po wysłuchaniu opisu działania systemu, Paul obiecał przedstawić propozycję całej grupie kierowniczej. Po jakimś czasie nadeszła jednak odmowna decyzja z uzasadnieniem, że unowocześnienie wyszukiwarki nie jest priorytetowym działaniem firmy. Skupiała się ona bowiem w tamtym okresie na innych swoich produktach, jak choćby poczcie elektronicznej, serwisie newsowym czy rozwijaniu zakupów online.

Po tej niekorzystnej informacji, młodzi naukowcy postanowili odezwać się do innych właścicieli wyszukiwarek takich, jak np. Excite. Jednak ani oni, ani inne firmy nie były zaciekawione produktem. Był to czas jeszcze dość małej konkurencji, zyski były spore, a dodatkowe nakłady finansowe w imię udoskonalenia wyszukiwania nie leżały w polu zainteresowania przedsiębiorców. Nawet Yahoo nie wykazało większego entuzjazmu po otrzymaniu oferty zakupu systemu PageRank. Z dzisiejszej perspektywy odmowa ich przedstawicieli jawi się jako ogromny błąd, tym bardziej gdy weźmiemy pod uwagę, że kwota zakupu wynosiła wówczas zaledwie milion dolarów. Należy jednak uwzględnić kontekst sytuacji, w jakim padła ta propozycja. Przede wszystkim nie istniała wówczas jeszcze marka Google, jedynie system PageRank. Dodatkowo rynek był przesycony młodymi firmami technologicznymi. Yahoo nie było jedyną firmą, która odmówiła studentom. W tym przypadku odrzucenie motywowane było zupełnie innymi potrzebami. Mianowicie w zamyśle tej firmy użytkownicy nie mieli szybko przechodzić z wyszukiwarki do znalezionego wyniku, a spędzać czas właśnie na Yahoo.

Frustracja doktorantów była coraz większa. David Filo, współtwórca Yahoo, osobiście doradzał im założenie własnej firmy. Wahali się jednak, bo nie mogli zdecydować czy biznes uczynić swoją główną aktywnością, czy może zajmować się tym z doskoku. W końcu cały czas mieli jeszcze w planach zrobienie doktoratów. Odwlekali tę decyzję i zajęli się udoskonalaniem Google. I tak Sergey, podczas prób opanowania programu graficznego GIMP, stworzył nowe logo firmy. Radosna, trochę infantylna forma, zapisana wersalikami w podstawowych kolorach przypominała najbardziej naiwny rysunek. Prostota pasowała jednak do idei przewodniej Google.

To, co ciekawe i warte zauważenia, to sposób komunikacji Larrego i Sergeya z użytkownikami, wówczas zupełnie niespotykany w branży. By dostosować Google do oczekiwań odbiorców wysłali maila do znajomych, którzy już od jakiegoś czasu w ramach testów korzystali z ich wyszukiwarki. Wiadomość zawierała prośbę o przesłanie jej dalej.

Brzmiała następująco:

Od ponad miesiąca nie zmienialiśmy w Google pojemności bazy danych i nadszedł czas na małe badanie opinii publicznej. Czy rezultaty wyszukiwania spełniają Wasze oczekiwania? Co sądzicie o nowym formacie i logo? Czy odpowiadają Wam nowo wprowadzone dodatki? Podzielcie się z nami swoimi uwagami, wypominajcie nam nasze błędy. Wszelkie komentarze i sugestie będą mile widziane. Pozdrawiamy was serdecznie, Larry i Sergey.

Bezpośredniość i szczery zwrot do odbiorców były nowatorskim krokiem w stosunku do działań konkurencji. Z czasem takie podejście okazało się najlepszym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę, że budżet na kampanię reklamową był zerowy. Z perspektywy dzisiejszej popularności Google może wydawać się szokujący fakt, że swój sukces informatycy oparli na metodzie reklamy szeptanej i poleceniach.

Ciągła praca nad produktem zaprocentowała tym, że internauta czuł się doceniony. Kolejnym ulepszeniem wyszukiwarki było wprowadzenie streszczenia (summary), które wyświetlało się pod adresem strony. Dzięki temu wyodrębnieniu tekstu użytkownicy szybko mogli stwierdzić czy dana witryna odpowiada ich oczekiwaniom. Z racji tego, że mogli się w tym zorientować zanim weszli na daną stronę, oszczędzali czas, co także wywierało na nich pozytywne wrażenie.

Tymczasem nasi bohaterowie pogodzili się z decyzją o porzuceniu studiów i ruszeniu drogą prowadzenia własnego biznesu. Kwestia, która bez wątpienia ich hamowała, była najczęściej spotykaną rozterką młodych przedsiębiorców – skąd wziąć pieniądze na dalszy rozwój firmy?

Szczęśliwie wsparcie ponownie znaleźli wśród swoich wykładowców. Jeden z nich, David Cheriton, polecił ich znajomemu, Andy’emu Bechtolsheimowi. Był to ceniony informatyk, który odniósł biznesowy sukces, ale pomimo fortuny, ciągle interesowało go inwestowanie, głównie w młode, dobrze rokujące firmy informatyczne. Pomysł ambitnych chłopaków z jego branży przypadł mu do gustu, wersja demo wyszukiwarki również zrobiła na nim wrażenie. W biznesie jednak liczy się zysk, a inwestor był świadomy faktu, że takie kolosy jak np. AltaVista zaczynały przynosić straty. Opłacalność przedsięwzięcia widział w zaradzeniu istniejącym trudnościom, bez specjalnie dużego nakładu pracy. Nie bez znaczenia pozostawała również własna intuicja, która podpowiadała mu czy dany projekt jest przyszłościowy i opłacalny. Kontakt z ekipą, która za nim stała, także uważał za ważny. Wiedział, że posiadają odpowiednie kompetencje, są wytrwali i uzdolnieni. Dodatkowa rekomendacja inżynierów z Uniwersytetu przesądziła o wyniku spotkania. Zaimponowała mu nie tylko rzutkość, ale i plany Brina i Page’a, bo cały czas mówili o potrzebie rozwoju, zakupie nowych części, by składać kolejne komputery konieczne do rozbudowania sieci. Nie chcieli nabywać już złożonego sprzętu. Taniej i lepiej było zrobić to samemu, pomimo że wydłużało to proces. I co najistotniejsze – ani słowem nie zająknęli się o kapitale na reklamę.

Postanowili, że jeśli produkt będzie dobry, sam się obroni…

Powyższy wpis jest fragmentem audiobooka pt. Google. Narodziny imperium. Jeśli ciekawi Cię historia giganta branży informatycznej, zasady funkcjonowania, a także jasne i ciemne strony przedsiębiorstwa, książkę w wersji audio znajdziesz m.in. w EmpikuAudioteceLegimi oraz Storytel.