Frédéric Bastiat dał się poznać jako jeden z pierwszych wolnorynkowych ekonomistów obnażających socjalistyczne rozwiązania gospodarcze. Swoje teksty pisał prostym, a zarazem trafiającym do każdego, językiem. Nierzadko wplatał w nie ironię oraz przykłady zrozumiałe nawet przez osoby niezaznajomione z mechanizmami działania makroekonomii.

Poniżej zamieszczamy jeden z esejów Bastiata, skupiający się na kwestii podatków. Tekst pochodzi z jego najważniejszego dzieła “To, co widzialne i to, czego nie widać“.

Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się usłyszeć:

Nie ma lepszej inwestycji niż podatki. Zobaczcie tylko, ile rodzin utrzymują wydatki rządowe i zastanówcie się, jak wpływają na przemysł. Oto niewyczerpany strumień, oto samo życie.

Aby zwalczyć tę doktrynę, muszę odwołać się do mojego poprzedniego wywodu. Polityczni ekonomiści wystarczająco dobrze wiedzą o tym, że argumenty nie przemawiają za tą tezą. Dlatego też wykorzystali przysłowie „powtarzanie jest matką nauki” dla własnego pożytku.

Profity, za którymi opowiadają się urzędnicy należą do rodzaju tych, które są widoczne. Korzyść, która przypada usługodawcom także jest tą, która jest widoczna. To zaślepia wszystkie oczy.

Ale wady, z którymi podatnicy muszą uporać się sami, są tymi, których nie widać, a szkoda, która spada na dostawców, także jest tym, czego nie widać, choć powinno to być oczywiste.

Kiedy urzędnik wydaje określoną sumę dla własnej korzyści, oznacza to, że podatnik wydaje na siebie mniej o dokładnie tę samą sumę. Ale wydatek urzędnika jest widoczny, ponieważ czynność jest wykonywana, natomiast wydatek podatnika nie jest widoczny, ponieważ, niestety, w ogóle do niego nie dochodzi.

Być może porównujesz naród do spękanej ziemi, a wydatki rządowe finansowane z podatków do użyźniającego deszczu. Niech tak będzie. Ale powinieneś też zadać sobie pytanie, gdzie są źródła tego deszczu i czy to nie sam podatek odciąga wilgoć od ziemi, wysuszając ją?

I tutaj znów należy zadać sobie pytanie: „Czy jest to możliwe, że gleba może otrzymać tyle samo tej cennej wody przez deszcz, ile jej traci podczas parowania?”.

Jedno jest pewne. Kiedy nasz sklepikarz odlicza określoną kwotę dla poborcy podatkowego, nie otrzymuje niczego w zamian. Później, kiedy urzędnik wydaje te pieniądze i zwraca je sklepikarzowi, to w zamian otrzymuje taką samą wartość zboża lub pracy. Ostatecznym rezultatem jest strata sklepikarza, Jakuba B., wynosząca pięć franków.

Prawdą jest, że często, być może nawet bardzo często, urzędnik wykonuje dla sklepikarza równoważną usługę. W takim przypadku nie ma straty po żadnej ze stron, jest tylko wymiana. Dlatego moje argumenty w ogóle nie odnoszą się do pożytecznych urzędników. Jeśli chcesz stworzyć urząd, udowodnij jego użyteczność. Wykaż, że jego wartość dla sklepikarza, poprzez świadczone mu usługi, jest równa temu, co ponoszone przez niego koszty. Ale poza tą rzeczywistą użytecznością, nie podawaj jako argumentu korzyści, jakie zyskuje urzędnik, jego rodzina i jego dostawcy dóbr. Nie twierdź, że stanowi to zachętę do pracy.

Gdy nasz sklepikarz daje sto pensów urzędnikowi państwowemu w zamian za naprawdę pożyteczną usługę, to jest to dokładnie tym samym, co płacenie szewcowi za parę butów.

Ale kiedy oddaje on sto pensów urzędnikowi państwowemu i w zamian nie otrzymuje nic, chyba że tylko przykrości, to równie dobrze mógłby je oddać złodziejowi. Nonsensem jest twierdzić, że urzędnik wyda te sto pensów z wielką korzyścią dla narodowego dobrobytu. Złodziej zrobiłby to samo, podobnie jak nasz sklepikarz Jakub B., gdyby tylko nie został zatrzymany na drodze do realizacji tego celu przez legalnie działającego, urzędowego pasożyta, ani przez innego działającego legalnie darmozjada.

Rozważmy jeszcze jeden argument na rzecz wyższych podatków. Brzmi on:

Dla dobra powagi funkcji państwowych konieczne jest otoczenie niektórych urzędów splendorem i godnością, aby przyciągnąć do nich zasłużonych ludzi. Zachowanie pewnego stylu w rządowych salonach jest częścią konstytucyjnych mechanizmów.

Chociaż takie argumenty mogą wydawać się kontrowersyjne, to z pewnością zasługują na poważne zbadanie. Opierają się one na interesie publicznym, niezależnie od tego, czy jest on słusznie oszacowany, czy nie. Jeśli o mnie chodzi, mam dla nich o wiele więcej szacunku niż wielu naszych naśladowców Katona, którzy kierują się ograniczonym duchem skąpstwa lub zazdrości.

Ale tym, co brzydzi ekonomiczną część mojego sumienia i sprawia, że wstydzę się za niedostatek zasobów intelektualnych mojego kraju, jest moment, kiedy ten absurdalny relikt feudalizmu wysuwa się na pierwszy plan. Nie dość, że stale ma to miejsce, to jeszcze jest akceptowane z przychylnością. Inna wątpliwa teza brzmi następująco:

Poza tym, luksus czekający na wielkich urzędników państwowych zachęca do krzewienia sztuki, przemysłu i pracy. Głowa państwa i jego ministrowie muszą wydawać bankiety i uroczyste kolacje, które spowodują, że w żyłach ciała społecznego będzie tętnić życie. Zmniejszenie środków przeznaczanych na ten cel zdusiłoby paryski przemysł, a w konsekwencji cały naród.

Cóż… Muszę was błagać, panowie, abyście przynajmniej w jakimś stopniu uwzględniali zasady arytmetyki i nie przekonywali Zgromadzenia Narodowego Francji, że dodawanie daje inną sumę, w zależności od tego, czy sumuje się od dołu do góry, czy od góry do dołu kolumny.

Załóżmy, że chcę się umówić z robotnikiem, aby wykopał mi rów melioracyjny za sto pensów, gdyż chcę osuszyć moje pole. W chwili, gdy zawieramy nasz układ, przychodzi poborca podatkowy, zabiera moje sto pensów i wysyła je do ministra spraw wewnętrznych. Praca nie zostaje wykonana, ale minister na tym zyska. To on będzie miał jeszcze jedno danie dodane do swojego stołu. Na jakiej podstawie ośmielasz się twierdzić, że ten urzędowy wydatek pomaga rozwojowi narodowej przedsiębiorczości? Czy nie widzisz zachodzącego tutaj odwrócenia relacji między zadowoleniem i pracą?

Minister ma swój stół lepiej nakryty, to prawda, ale dodatkowo prawdą jest również to, że jako rolnik mam teraz gorzej osuszone swoje własne pole. Paryski karczmarz zyskał sto pensów, zgoda, ale trzeba zgodzić się, że robotnikowi kopiącemu rowy uniemożliwiono zarobek. Wszystko sprowadza się do tego, że urzędnik i paryski karczmarz są zadowoleni – to jest to, co widać. Jednak pole pozostaje nieodwodnione, a pracownik kopiący rowy melioracyjne pozbawiony jest pracy. To jest właśnie to, czego nie widać. A niech mnie! Ileż to kłopotów jest z udowodnieniem, że dwa i dwa to cztery. A jeśli już uda ci się to udowodnić, to mówi się, że „sprawa jest tak oczywista, że aż męcząca” i głosuje się tak, jakbyś w ogóle niczego nie udowodnił.

Powyższy wpis jest fragmentem książki pt. To, co widzialne i to, czego nie widać. Jeśli zainteresował Cię powyższy esej Bastiata, całą książkę w wersji audio znajdziesz m.in. w EmpikuAudioteceLegimi oraz Storytel.