Poniższy wpis jest fragmentem rozszerzonego i zaktualizowanego wydania książki Skuteczny Inwestor autorstwa Justyny Jaciuk, Mateusza Sawickiego i Łukasza Tomysa. Już niebawem planujemy wydać papierową wersję książki (dotychczas dostępnej tylko w formie cyfrowej), uzupełnioną o wiedzę zdobytą na przestrzeni ostatnich lat oraz wspartą przykładami z naszego rynku. Wszystkich zainteresowanych większą ilością informacji na ten temat zapraszamy do zajrzenia TUTAJ.

Inwestowanie defensywne nie jest pozbawione ryzyka. Dotyczy to również tej części kapitału, która została ulokowana w obligacjach. Dane obligacje należy uznać za niebezpieczne, jeśli emitent przestaje płacić odsetki bądź odmawia terminowego wykupienia. W przypadku akcji, o tym, że papiery są niebezpieczne, świadczy obniżenie dywidendy czy odwołanie wypłaty w przypadku akcji kupionych z nastawieniem, że stopa dywidendy będzie utrzymywana na takim samym poziomie. Co więcej, inwestycję należy uznać za ryzykowną, jeśli istnieje prawdopodobieństwo, że inwestor będzie musiał sprzedać papiery ze względu na osobistą sytuację. W takim wypadku jest możliwe, że cena akcji lub obligacji będzie znacznie niższa od kosztów nabycia. Właśnie dlatego tak ważne jest posiadanie poduszki bezpieczeństwa, np. na wypadek utraty pracy lub choroby.

Wyobraźmy sobie, że inwestor jest przedstawicielem handlowym jeżdżącym do klientów w całej Polsce. Odniósł ciężkie obrażenia, jeżdżąc na nartach, i nie był dodatkowo ubezpieczony. Doszło do tego pod koniec 2008 roku po upadku banku Lehman Brothers. Przez pół roku nie jest w stanie pracować w zawodzie, jego pobory znacznie spadają. Na utrzymaniu ma dwójkę dzieci i musi spłacać kredyt mieszkaniowy. Do tego musi wydać spore kwoty na rehabilitację. Nie ma poduszki bezpieczeństwa w formie lokaty bankowej, więc zmuszony jest sprzedać część akcji i obligacji, czyli przedwcześnie wyjść z długoterminowej inwestycji. Ponosi przy tym olbrzymią stratę sięgającą 30%. W takim wypadku inwestycja ta, choć spełniała wszystkie kryteria Grahama, może okazać się ryzykowna. Dzieje się tak, pomimo tego, że portfel inwestycyjny składa się z dobrze wyselekcjonowanych akcji i obligacji, które w pierwotnie zaplanowanym terminie przyniosłyby zysk.

Zdaniem Benjamina Grahama taka sytuacja nie świadczy o ryzyku w praktycznym sensie tego słowa. Przedwczesne wyjście z inwestycji jest niekorzystne nie tylko w przypadku rynków finansowych. Osoba, która kupiła nieruchomość na kredyt, może wiele stracić, jeżeli będzie zmuszona sprzedać lokum w niekorzystnym okresie, gdy ceny mieszkań spadły. Nie uwzględnia się tego w ocenie wartości lub ryzyka zwykłych inwestycji hipotecznych. Mianowicie jedynym kryterium są w takim przypadku punktualne spłaty. W podobny sposób ocenia się ryzyko związane z tradycyjną działalnością gospodarczą, uwzględniając możliwości utraty pieniędzy, nie zaś pod względem tego, co się stanie, jeśli właściciel będzie musiał szybko sprzedać firmę. Takie same zasady powinniśmy przyjąć również dla inwestycji na giełdzie.

Inwestor giełdowy musi być tak samo odpowiedzialny i finansowo zabezpieczony jak osoba prowadząca dużą firmę, i tak samo jak ona myśleć w perspektywie kilkunastu lat, a nie kilku miesięcy naprzód.
Inwestor nie traci pieniędzy, ponieważ maleje wartość rynkowa jego pakietu. To, że może nastąpić spadek, nie świadczy o tym, że podejmuje ryzyko straty. W sytuacji, gdy na przestrzeni wielu lat pakiet wybranych w odpowiedni sposób akcji osiąga ogólnie satysfakcjonującą stopę zwrotu, inwestycję uznaje się za „bezpieczną”. Przez cały okres inwestycja podlega wahaniom, więc można przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że w pewnym momencie jej wartość będzie niższa niż koszty zakupu. Jeżeli miałby to być powód, dla którego miałaby się wiązać z ryzykiem, to równie dobrze można nazywać ją jednocześnie ryzykowną i bezpieczną.

Dowiedz się więcej klikając TUTAJ

Można tego uniknąć, uznając „ryzyko” wyłącznie za spadek ceny w chwili faktycznej sprzedaży bądź w wyniku pogorszenia sytuacji spółki lub gdy akcje zakupiono po cenie znacznie wyższej od rzeczywistej fundamentalnej wartości. Spadek realnej wartości odnosi się do wielu spółek, które są źle zarządzane lub wytwarzają np. słaby produkt i łatwo ulegają konkurencji, dlatego że są niskomarżowe.

Graham natomiast uważa, że jeśli inwestujemy w prawidłowo dobraną grupę akcji, to tego rodzaju ryzyko jest niewielkie, w związku z czym nie należy przypinać określenia „ryzykowne” jedynie ze względu na wahania cen. Jednak do ryzykownych należy zaliczyć sytuację, gdy cena akcji okazała się znacznie wyższa niż wartość obliczana standardowo, nawet jeżeli akcje wiele lat po znacznym spadku odzyskają wcześniejszą cenę. Zatem jeśli ktoś kupił akcje mało rentownej firmy za zbyt wysoką cenę, ale udało mu się na nich w długim terminie zarobić, to i tak nie zmienia to faktu, że ryzykował.

Graham podkreśla, że defensywny inwestor powinien w większym stopniu poświęcać czas i energię na zawartość portfela, zaś w mniejszym polegać na tolerancji na ryzyko. Jeśli postępuje się w odpowiedni sposób, to inwestowanie w akcje jest tak samo łatwe jak zakup obligacji czy umieszczenie środków na lokacie, ponieważ kupno udziałów w funduszu indeksowym jest niezwykle proste i nie wymaga żadnego wysiłku.

Cykl koniunkturalny, a więc przeplatające się co kilka lat okresy szybkiego tempa wzrostu i recesji są doskonałą okazją dla inwestorów. Niestety, większość oszczędzających osób w Polsce obawia się zakupu akcji, szczególnie gdy jest ku temu okazja. Pod koniec wielkiej hossy lat 2003–2007 prospekty funduszy inwestycyjnych kusiły kupujących tabelkami z historycznymi stopami zwrotu, za ostatnie miesiące lub nawet kilka lat wstecz. Przysłowiowy Kowalski kupował więc akcje na „górce”. Później zaś, w momencie bessy na rynku akcji, gdy opłacało się kupić udziały w spółkach giełdowych, bankowi sprzedawcy reklamowali fundusze obligacji. Wynika to z naszej ludzkiej skłonności do antycypowania, że trend będzie trwał.

Przykładowo w 2007 roku można było z dumą zaprezentować tabelkę, w której fundusz chwalił się stopą zwrotu 20% rocznie na akcjach małych i średnich polskich spółek osiąganą przez kilka lat z rzędu. W domyśle trend ten miał być kontynuowany. Niestety ta pułapka w sposobie myślenia, polegająca na prymitywnej ekstrapolacji minionego trendu, słono kosztowała tysiące Polaków. Jeszcze w 2007 roku średnia wycena polskich „maluchów” z indeksu sWIG80 wynosiła 4 pod względem wskaźnika cena/wartość księgowa. Natomiast w pierwszych miesiącach 2009 roku zaledwie 0,7! Część polskich firm była wyceniona nie tylko poniżej wartości księgowej, ale wręcz poniżej wartości likwidacyjnej, tym samym marzenie nawet tak konserwatywnego inwestora jak Benjamin Graham ziściło się. Oczywiście mimo tak atrakcyjnych wycen chętnych do zakupów było jak na lekarstwo, a fundusze inwestycyjne akcji polskich notowały odpływy środków.

Przez wiele lat po krachu z 2008 roku trudno było dostrzec na polskich ulicach pamiętane z 2006 i 2007 roku ogromne reklamy akcyjnych funduszy inwestycyjnych. Pierwsze billboardy zachęcające do inwestowania w spółki z GPW pojawiły się dopiero na początku 2017 i okazały się doskonałym antywskaźnikiem. Pewien pozytyw można było dostrzec podczas pandemii z 2020 roku, gdy liczne grono Polaków, szczególnie młodych ludzi, zdecydowało się na otwarcie rachunków maklerskich i zakup akcji po okazyjnych cenach.

Powyższy wpis jest fragmentem książki będącej skarbnicą wiedzy na temat inwestowania. Książka oparta jest na zasadach stworzonych przez Benjamina Grahama i Warrena Buffetta, a także wzbogacona wieloletnią wiedzą inwestycyjną autora bloga. Już niebawem trafi do druku. Wszystkich zainteresowanych większą ilością informacji na ten temat zapraszamy do zajrzenia TUTAJ.